Strona główna » Archiwum » 2007 » 11 » Wiara w siebie



Wiara w siebie

Gdy nagle spada na nas coś nieoczekiwanego, trudnego, upadamy na duchu. To tak, jakbyśmy szły prostą, wygodną drogą i zaskoczyła nas burza z piorunami, która poprzewracała drzewa. Teraz leżą przed nami i zagradzają drogę. Co robimy? Zanim wpadniemy na pomysł, jak je ominąć albo przejść ponad nimi, siadamy na drodze i ogarnia nas smutek. Zanim pójdziemy dalej, dobrze jest przyjrzeć się przeszkodom. To nie jest stracony czas.

OPOWIEŚĆ EWY
Znaliśmy się od dziecka. W podstawówce siedzieliśmy w jednej ławce. I te imiona – Adam i Ewa – jakby nasi rodzice przeczuwali, że się spotkamy i nazwali nas tak, żebyśmy od razu się odnaleźli. Byliśmy nierozłączni. Ludzie, którzy widzieli nas po raz pierwszy, brali nas za rodzeństwo. Gdy patrzę na nasze zdjęcia z dzieciństwa, rzeczywiście widzę fizyczne podobieństwo: krótkie blond włoski, długie patykowate nogi, nawet szczerba w przednich zębach taka sama!
Kochałam go. Gdy w liceum złamał nogę, popołudniami siedziałam przy jego łóżku i opowiadałam mu co się wydarzyło w szkole, odrabiałam z nim lekcje, czytałam mu na głos Gombrowicza i wiersze Leśmiana. Płakaliśmy razem i śmialiśmy się do rozpuku.
Był częścią mnie. Gdy wyjeżdżał gdzieś z rodzicami, bardzo tęskniłam. Dzwoniliśmy do siebie kilka razy dziennie. Wszystkie sprawy, którymi żyłam, były związane z nim. Tak samo myśleliśmy, podobały nam się te same książki, filmy, muzyka. Na jakie studia zdajemy? Oczywiście na medycynę! Dostaliśmy się za pierwszym razem! Oboje! Wyprowadziliśmy się z rodzinnego miasteczka. W dużym akademickim mieście wspólnie wynajęliśmy mieszkanie i zaczęliśmy studiować. „Pobierzcie się” – naciskali rodzice. „W końcu i tak mieszkacie razem”. Obiecaliśmy sobie, że jeśli zaliczymy pierwszy rok studiów, to się pobierzemy. I tak się stało. Jakby wszechświat zapalał nam zielone światła na drodze. Na trzecim roku studiów urodziła się nasza córeczka Nina. A rok później... mój ukochany odszedł do innej.
Jakbym wewnętrznie umarła. Jakby z nim odeszło wszystko, co było we mnie najlepsze: miłość, przyjaźń, zaufanie, wiara, nadzieja. Najbardziej wiara w siebie. Kim jestem, skoro mężczyzna, który jest dla mnie całym światem, odchodzi? Jestem nikim, jestem zerem – tak brzmiała odpowiedź.
Ale miałam dziecko, więc musiałam żyć.
Nie wiem, jak przetrwałam pierwszy rok po rozstaniu. Rozpaczałam. Płakałam, płakałam, płakałam. Między falami rozpaczy – kończyłam studia. Przyjechała mama, zamieszkała ze mną i zajęła się małą Ninką. Wylewałam żale, do kogo się tylko dało – jakbym nieustannie pytała siebie, jak to się mogło stać? Co zrobiłam nie tak? Jaki mam feler? Znalazłam w internecie stronę, gdzie zdradzone żony opowiadały swoje historie i dołączyłam do kółka Skrzywdzonych Kobiet. To trwało wiele miesięcy, aż ból całkowicie się wylał.
Któregoś dnia po prostu obudziłam się, wstałam z łóżka, podeszłam do lustra i... uśmiechnęłam się. Już nie chciało mi się płakać. Ani żalić. Skończyło się. Jak nożem uciął. Miałam ochotę zacząć od nowa. Zaprosić przyjaciół i bawić się.
Przyjaciółka pomogła mi zorganizować imprezę Na Nowy Początek. Każdy z zaproszonych gości przyniósł mi prezent Na Nowy Czas. Bawiliśmy się do rana. Dostałam kompas, wyrzeźbiony w drewnie drogowskaz z napisem „Nowe!”, wiersze, obrazy, kwiaty. Przyjaciółka zadbała, aby każdy z zaproszonych gości powiedział, jakie mam zalety i w czym tkwi moja siła. Usłyszałam, że jestem twórcza, inteligentna i odważna. Ktoś przypomniał, jak w grupie studenckiej zorganizowałam wyjazd w góry do jaskiń (mam talent organizatorski). Ktoś inny mówił o tym, jak zaimponowało mu gdy skrzyknęłam ludzi, opowiedziałam o chorym dziecku znajomej i zebrałam pieniądze na leki (mam wrażliwe i współczujące serce).
Przyjaciółka podziękowała mi że poprosiłam ją o pomoc w zorganizowaniu tego przyjęcia, bo to dla niej fantastyczna okazja do poznania siebie. „Jakie to szczęście, że miałaś odwagę poprosić o pomoc” – dodała.
Przyjęcie dla przyjaciół okazało się przełomowe. Dotarło do mnie, że jestem wartościową osobą BEZ ADAMA, bez mężczyzny, sama z siebie. Że jestem silna, lubiana, otwarta, że mogę dawać siebie innym i brać od nich to wszystko, czego będę potrzebowała. Tak, zdecydowanie odzyskałam wiarę w siebie. Kończę studia. Coraz bardziej cieszę się Niną. Tydzień temu byłam na randce. Wokół mnie żyją ludzie, na których mogę liczyć. Poradzę sobie ze wszystkim.



Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.