Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum » 2008 » 02 » Każdy może się ogrzać
Każdy może się ogrzać
Są jak latarnie, które jednym dają światło, innym wskazują drogę, a podążających własnymi szlakami ostrzegają przed niebezpieczeństwem. Nazywa się ich duchowymi mistrzami, wielkimi przewodnikami, autorytetami moralnymi.

Pisarz Witold Gombrowicz porównał ich do ogniska, przy którym każdy może się ogrzać, a jeśli odczuwa potrzebę, zabrać kilka iskier, by samemu zajaśnieć. Nikt z nas nie dorówna oczywiście takim gigantom jak Jan Paweł II Dalajlama, Bill Gates czy Mahatma Gandhi, ale również oni od nikogo tego nie oczekują.
Przewodnicy jedynie przekazują mądrość i energię, która w najzwyczajniejszym człowieku potrafi wyzwolić siłę pozwalającą dokonywać czynów na miarę jego prawdziwych możliwości. Jedni osiągną więcej, inni mniej, najliczniejsi są jednak ci którzy w ogóle nie podejmują wyzwania, a potem narzekają na swoje nieudane życie. Winą za niepowodzenia obarczają wszystkich, z jednym wyjątkiem – samego siebie. Dlaczego tak wielu z nas nie chce lub nie potrafi wykorzystać drzemiącego w każdym potencjału i poddaje się bez walki?
Obrazowej odpowiedzi na to trudne pytanie udzielił w jednej ze swych opowieści Anthony de Mello. Oto pewien człowiek znalazł jajo orła. Nie wiedział, co z nim zrobić, więc podrzucił je do gniazda kwoki. Z jaja wykluł się orzeł, który zachowywał się jak inne kurczęta, a gdy dorósł – jak kogut. Biegał po podwórku, grzebał w ziemi, zjadał robaki. Nauczył się nawet gdakać i piać. Mijały lata i orzeł-kogut się zestarzał. Któregoś dnia zobaczył szybującego wysoko, wspaniałego ptaka. Patrzył na niego z podziwem i zazdrością. Oszołomiony zapytał gdaczącą obok kurę, kim jest to szybujące w przestworzach, majestatyczne stworzenie. „To orzeł, król ptaków” – odrzekła kura. – „Ale nie myśl o nim. My jesteśmy inni. Ani ja ani ty nigdy mu nie dorównamy i nie wzbijemy się tak wysoko”. Orzeł posłuchał rady i nigdy więcej o nim nie myślał. Umarł przekonany, że jest jedynie podwórkowym kogutem.
– Byłam na granicy kompletnego załamania – opowiada Krystyna, elegancka 40-latka, sprawiająca już na pierwszy rzut oka wrażenie kobiety sukcesu.
– W ciągu paru miesięcy zawalił się cały mój świat.
Najpierw straciła pracę. Byle jaką, jak dziś mówi, lecz wtedy bardzo ważną.
– Siedziałam za biurkiem, przekładałam papiery, ale przyzwyczaiłam się i było mi z tym dobrze.
Doskonale pamięta pierwszy dzień po zwolnieniu, gdy wstała z łóżka i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Przejrzała gazety z ogłoszeniami, wysłała kilka ofert, nie doczekała się nawet odpowiedzi. Zgodnie ze swą naturą znów zaczęła się przyzwyczajać, tym razem do bezczynności. I wtedy rzucił ją mąż, po ośmiu latach małżeństwa.
– Powiedział, że stałam się tak rozmemłana, iż ma mnie dość. To był oczywiście wykręt, już wcześniej podejrzewałam, że z kimś się spotyka, ale
nie dopuszczałam tej myśli do siebie. Jak zawsze liczyłam, że wszystko się jakoś ułoży.
Nie ułożyło się. Gdy została sama, poczuła się rozpaczliwie bezradna.
– Ślęczałam przed telewizorem, gryzłam paznokcie i bałam się.
To był czas, gdy często pokazywano chorego papieża. Krystyna była jednak tak zdekoncentrowana, że nie wsłuchiwała się ani w to co on mówił, ani w to co mówiono o nim.
Wciskała pilota i skakała z programu na program. Nie mogła się skupić nawet na filmach sensacyjnych. I nagle wydarzyło się coś, co do dziś stanowi dla niej zagadkę.