Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum » 2008 » 07 » Wakacje w celi
Wakacje w celi
Rodzina była zszokowana, gdy dwa lata temu usłyszała, że wybieram się do klasztoru – wspomina Anna, szefowa oddziału w dużym banku. – Dopiero kiedy dodałam, że nie na zawsze, a tylko na dwa tygodnie, odetchnęli z ulgą. Dziś wszyscy wiemy, że dzięki temu wyjazdowi nadal jesteśmy razem.

Szła przez życie jak burza, szkolenia za granicą, celujące oceny z kolejnych egzaminów, uznanie szefów, awans za awansem. W wieku 35 lat osiągnęła wszystko, co zaplanowała: wysokie stanowisko, własny dom, dobry samochód.
– W pewnym momencie spostrzegłam, że nie potrafię odejść nawet na godzinę od komputera, nie wypuszczam z ręki komórki, wciąż wciskam palce w jakieś klawiatury i coś załatwiam. Im więcej pracowałam, tym więcej miałam do zrobienia. Nawet rozmowa z córką wydawała mi się stratą czasu.
Wiedziała, że powinna odpocząć, wyluzować się, ale ciągle odkładała to na później. Bo w ostatniej chwili zawsze pojawiał się jakiś ważny klient lub „życiowa szansa”.
– Nie byłam zwyczajnym pracoholikiem – mówi. – Byłam strasznym pracoholikiem.
Człowiek może wiele wytrzymać, ale do czasu. Anna stawała się coraz bardziej znerwicowana, nie opuszczało jej rozdrażnienie. Nadal miała mnóstwo pomysłów, lecz gdy się urzeczywistniały, wcale jej nie cieszyły. Wciąż czegoś chciała, ale już sama nie wiedziała czego. To jej wewnętrzne rozdygotanie było widać na pierwszy rzut oka.
Któregoś dnia na służbowym przyjęciu, gdy jak zwykle w jednej ręce trzymała kieliszek z winem, a w drugiej komórkę, podszedł do niej znajomy z czasu studiów. Powiedział, że zna świetne miejsce dla takich jak ona. Po długiej rozmowie uznała, że warto zaryzykować.
Za klasztorną furtką
Nie był to luksusowy ośrodek odnowy biologicznej ani pięciogwiazdkowy hotel w tropikach. Zamiast pod palmy uciekła od codzienności do klasztoru. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo przecież nie od dziś tłumy Europejczyków pielgrzymują na Wschód, by szukać ukojenia wśród hinduskich ascetów czy buddyjskich mnichów. Jednak Anna nie pojechała tak daleko.
– Raz jeszcze okazało się, że cudze chwalimy, a swego nie znamy – mówi. – Szukamy mistrzów duchowych gdzieś w świecie, a tymczasem mamy ich niemal na wyciągnięcie ręki.
Mało kto wie, że już kilkadziesiąt polskich klasztorów oferuje osobom świeckim wypoczynek w swoich progach. Nie tylko tym głęboko religijnym, chcącym w skupieniu pogłębiać swą wiarę. Większość przyjmie każdego, kto godzi
się na skromne warunki i akceptuje surowe reguły rządzące życiem zakonników.
Kameduli z Rytwian w województwie świętokrzyskim prowadzą nawet specjalne programy dla pracoholików, ich działalność wspiera finansowo Unia Europejska.
Najbardziej znane, głównie za sprawą polityków, którzy wybierają się tam na wielkanocne rekolekcje, nie omieszkując wszystkich o tym poinformować, jest opactwo benedyktynów w Tyńcu pod Krakowem. Jednak taki grupowy wyjazd ze znajomymi raczej nie przyniesie pożądanych efektów. Wraz z nimi ciągniemy za sobą cały ten bagaż, od którego chcemy się przecież oderwać. Dlatego większość klasztorów przyjmuje wyłącznie gości indywidualnych.
Odwyk od cywilizacji
By uniknąć nieporozumień, warto przed wyjazdem dopytać się o szczegóły i warunki. Może się zdarzyć bowiem, zwłaszcza w klasztorach żeńskich, że przeorysza poprosi o rekomendacje od proboszcza. Ale równie dobrze może nie zadawać żadnych pytań, uznając, że duchowa pomoc należy się każdemu.
”Po wcześniejszym telefonicznym uzgodnieniu terminu do klasztoru może przyjechać każdy, kto odczuwa potrzebę wewnętrznej przemiany i kontemplacji”, piszą w internecie siostry dominikanki z Radonii na Mazowszu.
Podpatrując życie braci i sióstr, można poszerzyć swą wiedzę i zobaczyć, czym różnią się reguły różnych zakonów. Niezależnie jednak od tego, czy będą to kameduli z Rytwian, benedyktyni z Tyńca, franciszkanie z Pińczowa czy paulini z Mochowa na Opolszczyźnie, trzeba być przygotowanym na silny wstrząs, jaki wywoła gwałtowne wyhamowanie tempa życia.
Najtrudniejsze są pierwsze godziny. Przed przekroczeniem klasztornej bramy oddaje się do depozytu wszystko, co łączy ze światem pozostawianym za murami – laptopy, komórki, odtwarzacze mp3, niekiedy nawet zegarki.
– Byłem przerażony – wspomina Marcin, wiecznie zagoniony menedżer z koncernu handlowego. – Czułem trudny do określenia lęk przed czasem, którego niczym nie wypełnię.
Anna zabrała z sobą książki, notatnik, długopisy. Nawet ich nie wyjęła. Życie zakonnych braci jest monotonne, ale szczelnie wypełnione. Dzień zaczyna się pobudką, z reguły o 6.00 rano.
Potem nabożeństwo, skromne śniadanie, praca, obiad, kontemplacja, modlitwa, kolacja, nabożeństwo i o 22.00 cisza nocna. Goście mogą, ale nie muszą dostosowywać się do tego rytmu, nie wolno im natomiast wybijać z niego mnichów. Dlatego do klasztorów męskich nie przyjmuje się kobiet, a do zgromadzeń żeńskich – mężczyzn.
Habitów nakładać nie trzeba, ale jeśli ktoś wyrazi takie życzenie, prośba bywa spełniana. Ojciec Wiesław Kowalewski z Rytwian mówił dziennikarzom, że dopuszczalne jest wszystko, co nie koliduje z regułą zakonu, nawet wstawienie do celi zamiast łóżka trumny. Tak nietypowe zlecenia zdarzają się jednak bardzo rzadko, bo ludzie chcą spędzić urlop w klasztorze nie po to by pokutować czy umartwiać się.
– Większość przyjeżdżających to osoby uzależnione od cywilizacji, które potrzebują czasu na przemyślenia – wyjaśniał ksiądz Kowalewski. – My pomagamy im w oderwaniu się od szumu codzienności.
Wolność za murami
Czasu z pewnością nie zabraknie. W celach nie ma bowiem jego największych pożeraczy – telewizorów, radia, gazet, internetu. Jedynie stół, łóżko, stolik, krzesło, krzyż na ścianie, Pismo Święte, czasem bukiet kwiatów. Nikt nikogo nie pogania, do niczego nie zmusza, nie rozlicza z wykonanych zadań. Na początku trudno się do tego przyzwyczaić. Ale po dwóch–trzech dniach znika poczucie, że „trzeba koniecznie zrobić coś ważnego i pilnego”.
– To niezwykły stan – opowiada Marcin. – Jakiś niewysłowiony luz, wrażenie, że chociaż zamknąłem się za murami, jestem wreszcie wolny.
O tym, że z czasem dzieje się coś dziwnego, mówią wszyscy, którzy spędzili urlop w takich miejscach. Za klasztornymi murami biegnie on o wiele szybciej niż w normalnym życiu, gdy gonimy z zegarkiem w ręku. A może właśnie dopiero wtedy, gdy jest go pod dostatkiem, zaczynamy go dostrzegać i doceniać te chwile, które zostały nam dane? Bo przecież tak naprawdę to nie czas przemija, lecz my. On jest wieczny. W codziennym zagonieniu nawet o tym nie myślimy. I nie widzimy, jak wiele rzeczy tracimy.
Siostry z klasztoru kamedułek w Złoczewie pod Łodzią, które jako pierwsze kobiece zgromadzenie zakonne w Polsce pozwoliły świeckim zamieszkać obok siebie, zachęcają gości do wspólnej pracy w ogrodzie.
Dla wielu mieszczuchów jest to często pierwszy od lat tak bliski kontakt z naturą. Nie muszą wykonywać żadnych konkretnych czynności, mogą robić to na co mają ochotę. I zdumieni
spostrzegają, że delektując się czasem, zaczynają inaczej patrzeć na świat. Uważniej, wnikliwiej, spokojniej.
Wpatrując się w drgające liście, rozkwitające kwiaty, a wieczorem w rozgwieżdżone niebo, dostrzegają, ile piękna jest wokół. I jak kojąco działa zachwycanie się nim. Co ciekawe, te zwyczajne, ale obserwowane w skupieniu obrazy zapisują się w pamięci o wiele wyraźniej niż wiele innych rzeczy, które oglądaliśmy i które wydawały się nam „niesłychanie ważne”.
– Do dziś pamiętam smugę światła, która wpadała przez okienko w celi – opowiada Anna. – Leżałam na łóżku, wpatrywałam się w wirujące pyłki i było mi po prostu dobrze.