Strona główna » Archiwum » 2008 » 12 » Otwórz drzwi marzeniom



Otwórz drzwi marzeniom

Niektórzy potrafią dostrzec swoją gwiazdę, nawet jeżeli nie świeci ona pełnią blasku. Podążają drogą, którą wskazuje i docierają do celu, jakim jest realizacja ich marzeń. Są uważni i otwarci, bo nowe może przecież przyjść nieoczekiwanie. Czasami jako możliwość ukojenia skrywanej latami tęsknoty, innym razem w postaci niespodziewanej propozycji złożonej przez dobry los.

Zdarza się, że choć z pozoru osiągnęliśmy już wszystko, mamy dobrą pracę i szczęśliwą rodzinę, wciąż czujemy jakiś nieokreślony niedosyt. Jednak żeby pozostawić za sobą to co znamy i wyruszyć w podróż do wymarzonego celu, trzeba odwagi, której wielu z nas brakuje. Warto ją w sobie odnaleźć. Być może Gwiazda Betlejemska przypomni nam o skrywanych marzeniach. I stanie się jasnym drogowskazem, który poprowadzi nas ku spełnieniu. Inspiracją niech będą opowieści o tych, którzy świadomie podążają własną ścieżką.

Szkoła bez ocen

Danusia Adamczyk, masażystka ma-uri i lomi lomi nui, nauczycielka masażu, nauczanie – jak mówi – „wyssała z mlekiem ojca”, który uczył biologii i był dyrektorem szkoły. Jako dziewczynka marzyła o tym, by pójść w jego ślady. Studiowała biologię, wybrała kierunek pedagogiczny. Uczyła 32 lata. – Marzyłam o szkole bez ocen. Wiedziałam, że występ przed tablicą to potworny stres. Wymyśliłam więc bezstresowy sposób zdobywania ocen. Kładłam na ławce kartkę z pytaniami z zakresu ostatnich dwóch lekcji, a uczeń miał parę minut na odpowiedź. Już wtedy wiedziała, że krytykując, nikogo nie mobilizujemy. Za to pochwała sprawia, że człowiek rozkwita.
Często rozmawiała z uczniami. O życiu, szczęściu, nieuchronności zmian, odpowiedzialności. Na początku lekcji pytali, czy będzie trudny, czy łatwy temat. Woleli łatwy, bo wtedy zostawał czas na rozmowy, lekcję mogli sami doczytać z książki. Ostatnia klasa maturalna przygotowała jej albumik. „Dziękuję za wszystko, czego mnie pani nauczyła, przede wszystkim między wierszami biologii” – brzmiał jeden z wpisów. – Coraz bardziej czułam, że już nie chcę uczyć o rozmnażaniu grzybów czy chemizmie fotosyntezy. Chciałam pomagać innym odnajdywać drogę do szczęśliwego, spełnionego życia. Dedykacja w albumie mnie w tym utwierdziła.
Agata, córka Danusi, postawiła kiedyś tarota z pytaniem o życiową misję mamy. Patrząc w karty, powiedziała: „Do tej pory pomagałaś ludziom, mówiąc. Teraz będziesz robić to samo, ale używając rąk”. Danusia śmiała się, że pewnie kopiąc ziemię w ogródku nowego domu.
Kilka miesięcy później usłyszała o polinezyjskim masażu ma-uri. Zapisała się do masażysty Juliana Roka. Była pod wrażeniem. Czuła się niezwykle, gdy masażysta „tańczył” wokół niej, poruszając się specjalnym krokiem. „Chociaż leżałam naga, przykryta ręcznikiem, czułam się bezpieczna i szanowana. Od razu zapytałam, gdzie można się tego nauczyć”.
Zadzwoniła do córki: „Pomyślisz, że zwariowałam. Zapisałam się na kurs masażu”. A Agata przypomniała jej, co pokazały karty.
Początek nie był łatwy, po pierwszym dniu chciała zrezygnować. Ale już następnego dnia było lepiej. Doświadczyła, jak warstwa po warstwie usuwane były napięcia mięśniowe z jej ciała, czuła, jak się ono poddaje, rozluźnia i odzyskuje miękkość. Odbieranie tego rodzaju dotyku pozwala na spotkanie z głęboko skrywanymi w ciele emocjami. Jeśli jest się na to gotowym, masaż działa na wszystkich trzech poziomach: fizycznym, emocjonalnym i duchowym.
Została nauczycielką masażu ma-uri.
Później poznała hawajski masaż lomi lomi nui. Kolejne odkrycie. To już nie tylko niezwykły dotyk, ale sposób nauki. Każdy w swoim tempie uczył się tego, na co w danym momencie był gotowy. Bez komentarzy: „Nie tak, źle, tak nie rób!”. Nauczycielka, Susan Pa’niu Floyd, podchodziła, cierpliwie pokazywała ruchy po raz kolejny, potem jeszcze raz i jeszcze raz. W hawajskiej szkole nie ma klas, w każdej chwili możesz wejść i rozpocząć naukę, która polega na naśladowaniu i zachęcaniu do pracy. Szkoła bez ocen! Danusia cały czas pracowała w liceum. Na realizowanie swojej nowej pasji miała mało czasu. W pewnym momencie doszła do punktu, w którym nie mogła pogodzić tych dwóch rzeczy. – Uczenie biologii już nie było moje. Praca w szkole przestała mnie cieszyć.

I chociaż od emerytury dzieliły ją tylko dwa lata, odeszła. Porzuciła to co znane i bezpieczne. Zaczęła od nowa. Nie oglądała się za siebie. Znajomi pukali się w czoło. Ale czy uczyć można tylko biologii? Danusia, namówiona przez Susan, założyła szkołę masażu lomi. Jej nazwa – Manawa – znaczy: „Teraz jest moment mocy”. Tę moc Danusia czuła w sobie. Była potrzebna i spełniona. Kiedyś pragnęła mieć tylko takich uczniów, którzy chcą się uczyć. Mówiono o niej „marzycielka!”. Teraz właśnie takich uczniów miała. Dzięki lomi nauczanie zyskało dla niej inny wymiar. Jurek, jej mąż, zawsze ją wspierał. Dzięki niemu i „na nim” uczyła się masować. Pomagał, woził stoły do masażu. A przede wszystkim obserwował. Aż w końcu porzucił swoje komputery, by rozpocząć pracę z ludźmi. Teraz oboje z Danusią są trenerami masażu lomi lomi nui, wspólnie prowadzą zajęcia.

Danusia mówi, że ucząc, sama wciąż się uczy. Procentuje otwartość na to co nowe. Dwa lata temu usłyszała od Susan, że za bardzo się stara nauczyć swoich uczniów. Wtedy zrozumiała, że pomyliła dwie rzeczy – uczyć i nauczyć. Rolą nauczyciela jest uczyć, ale to uczeń jest odpowiedzialny za to ile się nauczył. Ona ma po prostu dzielić się tym, co potrafi. Dziś Danusia mogłaby chyba powiedzieć, że prawdziwie podąża za swoją gwiazdą. Prowadzi ją marzenie, żeby pokazywać innym piękne strony życia. I żeby ludzie potrafili kochać siebie.

W krainie muz

Tomasz Ossoliński swój pierwszy gorset wyśnił. Był wtedy uczniem technikum krawieckiego. W jego szkole miało się odbyć spotkanie z autorytetem mody tamtych czasów Jerzym Antkowiakiem.
Tomek chciał wypaść jak najlepiej. Wymyślił, że urządzi pokaz mody. Dyrektorka technikum oznajmiła, że nie bierze odpowiedzialności za całe przedsięwzięcie. Jeżeli coś się nie uda, Tomek zostanie wyrzucony ze szkoły. I wtedy, we śnie, olśniło go: uszyje gorsety! Dla chłopaka, który nie miał pieniędzy na pokaz, było to rozwiązanie idealne: gorset wymaga użycia małej ilości materiału.
Z obawy, czy modelki przeżyją, kiedy je zasznuruje, konstrukcje konsultował z lekarzem. Dowiedział się, pod jakim kątem trzeba ściskać żebra, żeby ich nie złamać, i jak pracuje uwięzione w gorsecie ciało. Pokaz okazał się sukcesem. Tomek należy do tych szczęśliwców, którzy od zawsze wiedzieli, czego chcą w życiu. Od zawsze, czyli od momentu, kiedy skończył siedem lat i ukochana babcia posadziła go przy maszynie do szycia. Babcia była pierwszą muzą Tomasza.
Pokazała, jak wyczarować coś z niczego. W czasach, kiedy cudem zdobywało się ładne ubrania, babcia stanowiła wzór elegancji. Dla małego chłopca marzącego o wielkiej modzie inspiracją był jej styl.
Całe jego zawodowe życie to konsekwentne, uparte dążenie do celu. Po maturze dostał propozycję-marzenie: stanowisko głównego projektanta w Zakładach Odzieżowych Bytom, gdzie zatrudniano wtedy trzy tysiące ludzi. Swoją szansę wykorzystał, choć na początku nie do końca zdawał sobie sprawę, jakie stoi przed nim wyzwanie. Pierwszą kolekcję około trzystu garniturów przygotował w trzy miesiące! To w Bytomiu pokochał projektowanie męskich ubrań, o wiele trudniejsze – nie wszyscy to wiedzą! – od damskich.
Niebawem powrócił jednak do damskiej mody. Jego nową muzą została Grażyna Szapołowska. Aktorka wielokrotnie wystąpiła na pokazach i sesjach mody w kreacjach jego projektu.
Tomasz przeniósł się do stolicy. To był następny przemyślany krok.
– Gdybym liczył na gwiazdkę z nieba i na sponsora, nadal mieszkałbym w Katowicach. Jednak odważyłem się i postanowiłem zrobić swój pierwszy pokaz w Warszawie.
Był zatytułowany „Godziny” na cześć filmu-inspiracji. Ossolińskiemu chodziło nie tylko o prezentację ubrań. Na wybieg przeniósł świat ze swojej wyobraźni. Wszystko musiało z sobą współgrać: scenografia, muzyka, światło, modele. To znaki szczególne także kolejnych prezentacji.
– Na początku mojej drogi chciałem znaleźć partnera lub sponsora – mówi. – Po kilku próbach przekonałem się, że najlepiej samemu dochodzić do wszystkiego. To gorzka lekcja, ale smak sukcesu staje się dzięki temu lepszy. To co sam wypracuję, ma najwyższą wartość, której nikt mi nie odbierze.
Ubrania z metką Ossoliński zostały docenione przez gwiazdy. Kilka lat temu to w jego kreacji Hania Polak wystąpiła na oscarowej gali: kolejne spełnione marzenie. Od pięciu lat Tomasz znowu projektuje męską modę. Pod własnym szyldem i w fabryce, w której zdobywał ostrogi. Uznawany jest za jednego z najlepszych polskich projektantów, w tym roku obchodzi piętnastolecie pracy. Czego pragnie?
– Marzę o tym, aby zawsze królowała wolność twórcza. Żebym mógł się realizować. I żeby niezmiennie pojawiały się marzenia.




Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.