Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
dudek
http://ksiezniczkanaziarnkukawy.blog.pl/Piątek, 25 listopada 2011, 15:53
Strona główna » Archiwum » 2009 » 04 » Zapomniana klątwa
„Pamięć jest jak fikcja literacka. Wybieramy to co najjaśniejsze i najciemniejsze, odrzucając to co napawa nas wstydem, i w ten sposób tkamy rozłożysty dywan naszego życia”.
– Muszę uratować wnuczkę – powiedziała.
Był rok 1901. W Krakowie szykowano się do premiery „Wesela” Wyspiańskiego, a w Warszawie było niespokojnie, trwały aresztowania wśród działaczy socjalistycznych kółek studenckich. Żandarmeria rosyjska zatrzymała na ulicy babkę mojej klientki. Wystarczyło, że szła pod rękę z poszukiwanym konspiratorem, przyjacielem jej narzeczonego. Oboje dostali wyroki więzienia i pięcioletnią zsyłkę na Syberię. Agnieszka i Stach po półtora roku twierdzy wyruszyli do Jenisiejska, gdzie wyznaczono im osiedlenie. Tam w 1905 przyszła na świat ich córka Mara, matka mojej klientki. Sześć lat później wszyscy wrócili do kraju.
– A co z dawnym narzeczonym? – zapytałam.
– Pobrali się, gdy babka owdowiała.
– Stracili tyle lat… – wyrwało mi się.
– Podobny los spotkał moją matkę – starsza pani ledwie panowała nad emocjami. – Był rok 1924. Tuż przed ślubem Mara pokłóciła się ze swoim ukochanym Janem. Suknia już wisiała w szafie. Z białej żorżety, z trenem. Ale on po kłótni z narzeczoną uniósł się honorem i wyjechał.
Nikt nie wiedział, dokąd. Po miesiącu okazało się, że mama jest przy nadziei. Babka Agnieszka namówiła zrozpaczoną córkę na ślub z synem jej przyjaciół. Od dawna wymarzonym zięciem. Nie takim lekkoduchem jak Jan.
– Poznała pani kiedyś swojego ojca? – zapytałam znowu.
– On mnie poznał – uśmiechnęła się do tego wspomnienia.
– Mimo że nie wiedział o moim istnieniu. Miałam 20 lat, na palcu pierścionek zaręczynowy, który podarował mamie. No i byłam do niej bardzo podobna. Zaprosiłam go do domu. Ojczym powiedział, że nigdy nie zgodzi się na rozwód, więc mama po prostu od niego odeszła.
– Tak działa ta klątwa? Najpierw plącze drogi życia, a potem je naprawia?
– Tak, mnie też się to przytrafiło. 1 sierpnia 1944 roku pożegnaliśmy się z moim narzeczonym Jerzym i każde z nas zgłosiło się do swojego oddziału. Byłam w powstaniu sanitariuszką. Jednemu z rannych kolegów, Krzysztofowi, umierającemu na moich rękach, obiecałam, że nigdy go nie opuszczę. I stał się cud. Jego stan zaczął się poprawiać. Potem, po wojnie, nie miałam sumienia cofnąć swojej obietnicy. Pobraliśmy się i szybko rozstaliśmy. Oboje byliśmy w tym związku nieszczęśliwi.
– Wtedy zjawił się dawny narzeczony Jerzy?
– Nie nie było go w kraju. Spotkaliśmy się przypadkiem kilka lat później w Dubrowniku. Pojechałam do Jugosławii z Orbisem na moją pierwszą zagraniczną wycieczkę.
– Rozumiem, że pani córka dorzuciła do rodzinnej opowieści o klątwie swoją historię?
– Joasię rozłączył z ukochanym mężczyzną wypadek samochodowy. On był w trakcie rozwodu, kiedy jego żonę potrącił na pasach pijany kierowca. W tej sytuacji Marek musiał zostać z żoną przykutą na zawsze do wózka. Ale choć żyją z Joasią osobno, mają wspaniałą córkę, moją wnuczkę Sonię, i są szczęśliwi.
Spojrzałam w karty. Chciałam z nich wyczytać, dlaczego Sonia nie wyjdzie za mąż za tego, w którym się zakochała… i nie znalazłam ważnego powodu.
– Pani wnuczka może zmienić swój los – powiedziałam. – Musi tylko zaufać swojemu sercu i konsekwentnie dążyć do celu, nie zważając na trudności, które się pojawią. Pani może jej w tym pomóc. Kto wie, czy to nie jest sposób na rodzinną klątwę?
Przed Wielkanocą zadzwoniła do mnie siostra mojej babci ze strony ojca z propozycją wspólnego z jej rodziną świątecznego śniadania. Chciałam jej powiedzieć, że od jakiegoś czasu także o tym myślałam. Ale pewnie by mi nie uwierzyła. A po świętach umówiłyśmy się na oglądanie starych zdjęć z naszych rodzinnych albumów… w sepii.
Anna Złotowska
Piątek, 25 listopada 2011, 15:53
Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.