Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum » 2009 » 12 » Dawanie i brania
Dawanie i brania
Z emocjonalnym dawaniem i braniem jest tak, jak z ofiarowywaniem świątecznych prezentów. Jakość ważniejsza jest od ilości.
To był dziwny związek
- z tych wymuszonych koniecznością. On rozwiedziony na rozstaju dróg, ona -
koniecznie chcąca się do kogoś przytulić wieczorową porą. Od początku czuła, że
to ona inicjuje, to jej bardziej zależy, to ona się stara. On owszem,
przyjmował seksualne i emocjonalne dowody miłości i z ociąganiem dawał coś z siebie, ale robił dobrą minę do złej gry. Ona też udawała, że wszystko gra. Do momentu swoich 30. urodzin, które zaplanowała tylko w duecie. W prezencie
przyniósł jej... informacyjne broszury wojskowe (pracował w MON-ie).
- Poczytasz sobie, wiem, że lubisz takie
książeczki - powiedział z uśmiechem.
Rzeczywiście, trochę interesowała się
wojskiem, ale... liczyła na coś bardziej osobistego.
- Zatkało mnie, poczułam się upokorzona,
zdobyłam się jedynie na coś w rodzaju skrzywienia warg - wspomina Martyna. -
Kiedy następnym razem podarował mi wojskowe albumy, w tym okropne wydanie „Księgi
Pieśni Polskich", zrozumiałam, że nawet nie zastanawia się nad prezentem dla
mnie, tylko sięga do swojej wojskowej szafki i wyciąga to co mu tam zalega. Dotarło do niej, że te odkurzane
książki to tak naprawdę symbol jego uczuć: letnich, niewymagających wysiłku,
bez pasji, łatwych, dostępnych na wyciągnięcie ręki.
Warunkowo i bez granic
W tamtym miejscu i czasie Martyna nie chciała sobie pozwolić na samotność. Spotykali się jeszcze przez rok. Ona
powoli dojrzewała do odejścia. Ale... zaczęła się niezobowiązująco spotykać z interesującym kolegą z pracy. Któregoś wieczoru Pan
Militarny zjawił się u niej z... prawdziwym prezentem. Były to klipsy i naszyjnik. W kiepskim stylu i niepasujące do niej, ale Martyna wiedziała, że to znak tego, że on się właśnie zakochał. I rzeczywiście tak było. Pan Militarny
zaproponował wspólny wyjazd do USA. Tyle tylko, że Martynie już przestało zależeć.
Kolega z pracy okazał się hojniejszy w dzieleniu się z nią uczuciami.
Psychologowie twierdzą, że są wśród nas
Dawcy i Biorcy. Ci pierwsi to ludzie hojni, uwielbiający obdarowywać i dzielić
się tym, co mają. Ci drudzy - nastawieni są na branie.
- Rzadko trafiają się szczęściarze,
którzy umieją w równym stopniu brać i dawać. Tych, związanych z przeżywaniem
bliskości, umiejętności nabywa
się w rodzinie - mówi psycholog Izabela Kurzejewska.
A ponieważ większość z nas jest kochana
przez rodziców albo warunkowo („Kocham cię za to że jesteś taką dobrą uczennicą")
albo - bezgranicznie („Wnusiu, nie bij dziadka, możesz ewentualnie na niego pluć"
- przykład rzeczywisty!), nasze wyobrażenie bliskości jest mierzone hojnością
lub skąpstwem.
Beata Markowska, trener rozwoju osobistego
z centrum Solaris, jest przekonana, że większość Dawców to kobiety:
- Bo od wczesnego dzieciństwa są
przyuczane do usługiwania. Co więcej
- widzą codzienną troskę i empatię swoich matek. Dawno temu usłyszałam w audycji radiowej wypowiedź pięciolatki, która na pytanie: „Kto ma lepiej w życiu,
tatuś czy mamusia?" zdecydowanie odpowiedziała: „Tatuś, bo mamusia jest dla
wszystkich, a tatuś tylko dla siebie".
To świetny obraz genezy tego zjawiska. Dzieci uczą się przez obserwację i naśladowanie.
W ten sposób kształtują swoje postawy życiowe. Przy takim wzorcu
rodziny trudno się dziwić, że większość kobiet to Dawcy - mówi Markowska.
Mężczyźni częściej są Biorcami, bo to „w
ich brzuchach" - jak podkreśla Izabela Kurzejewska - najczęściej mieszkają
mamy, chcące spełniać każde życzenie „swoich małych mężczyzn". A oni - widząc
na to przyzwolenie, skłonni są traktować instrumentalnie każdą osobę, z którą
się zwiążą.
Jak plus do minusa
Dawcę ciągnie do Biorcy. Jak plus do minusa, a czerń do bieli. Kłopot w tym, że w takim związku trudno
zachować harmonię.
- Bo tu nie chodzi po prostu o podział ról
- wyjaśnia Izabela Kurzejewska.
- Dawca bowiem chce od czasu do czasu coś dostać, za to Biorca - nigdy nie ma dosyć brania.
Psychologowie mówią, że świat dąży do zachowania równowagi. Najlepiej więc byłoby dostawać tyle, ile się daje. W sensie emocjonalnym i każdym innym.
Ale jak to wyliczyć? Nikt nie potrafi określić, czy dwuminutowy szczery śmiech
może zabliźnić ranę po dwuminutowym rozpaczliwym płaczu. I czy jedno czułe dotknięcie
dłoni potrafi wyleczyć trzy ostre słowa, a może potrzeba takich
dotknięć więcej?
- W rzeczywistości, w emocjonalnym,
fizycznym, intelektualnym dawaniu i braniu chodzi o jakość, a nie ilość. I każdy
z nas indywidualnie czuje deficyt bądź przesyt - mówi Kurzejewska.
Dlatego, mimo że to trudne, Biorca
powinien od czasu do czasu popatrzeć na siebie z perspektywy Dawcy.
- Biorcy mogą narzucić sobie pewne
ograniczenia, kontrolować wyrażanie swoich potrzeb, ale kiedy pozwolą sobie na chwilę nieuwagi, odpuszczą autokontrolę, poczują się pewnie - ich wewnętrzny
Biorca wypłynie na powierzchnię.
To tak, jakbyśmy przełączali się na funkcję autopilota. Jak tylko odwracamy
naszą uwagę, nieświadomie realizujemy określony wzorzec. I wcale nie jest powiedziane,
że Biorca jest lepszym wzorcem od Dawcy. To tylko z pozoru tak dobrze wygląda.
Ostatecznie, życie zawsze wystawia nam rachunek. I to z odsetkami
- mówi Beata Markowska.
Dawca z kolei - musi się nauczyć
cieszyć również z otrzymywania, a nie tylko z dawania.
- On jest ciągle na zawołanie, pomocny dla innych, zawsze można na niego
liczyć, jest kochający, niesamolubny, wczuwający się, współczujący, opiekuńczy,
zainteresowany sprawami innych, zachęcający innych do działania, inspirujący,
empatyczny - wylicza Beata Markowska. - Jest jak anioł stróż, spieszący z pomocą
każdemu i w każdej sytuacji. Nawet wrogowi potrafi darować, kiedy ten
potrzebuje wsparcia. I niestety, ma to niewiele wspólnego z chęcią. To jest głęboka
nieuświadomiona potrzeba dawania innym. On nie chce, a MUSI
dawać siebie.
Nie umiem brać
Tak jak 45-letnia
Lucyna, mama 16-letniej Moniki, która właśnie wprowadza się z córką do domu
swojego partnera, z którym spotykała się dwa lata.
W tajemnicy przed nim i córką chodzi na terapię, bo choć w jej życiu wszystko świetnie
się układa, ona czuje się fatalnie. Nie może sobie poradzić z... otrzymywaniem.
- Nie wiedziałam, że może to być takie
trudne. Totalnie gubię się w swoich uczuciach. Z jednej strony węszę podstęp, z drugiej - mam wrażenie, że muszę odpłacić za to CZYMŚ NAPRAWDĘ WIELKIM -
zwierza się Lucyna.
Jej problem to czterech dotychczasowych
najpoważniejszych partnerów (w tym ojciec Moniki). Wszyscy jak jeden mąż żyli
na garnuszku Lucyny. Jeden był artystą rzeźbiarzem, drugi - założył sklep
internetowy, trzeci - uwielbiał oglądać mecze, a czwarty - miał wydawnictwo
oraz wspaniałe wizje i plany, które nigdy nie doczekały się realizacji.
Piąty - okazał się
szefem nieźle prosperującej fabryki okien, z własnym domem i bez pretensji do konta bankowego Lucyny.
- Okazało się nagle, że nie tylko nie muszę
się martwić o zawartość mojego portfela, ale że on zaprasza mnie na wakacje i za wszystko płaci! To dla mnie
zupełna nowość. Staram się więc
ze wszystkich sił, by mu to wynagrodzić
- mówi Lucyna.
Jak? Gotuje, sprząta, mówi mu jak bardzo
go kocha i docenia i... drży, że to nie wystarcza. Stop! To krok w złą stronę.
- Wystarczyłoby tylko powiedzieć: „Kochanie,
jesteś cudowny" i zaprosić
go na wysmakowaną kolację w świetle świec, ale tylko raz - mówi Izabela
Kurzejewska. - Bez potrzeby ciągłego udowadniania sobie i jemu, że ktoś jest tu komuś coś winien.
Nie zawsze tak samo
Może się tak zdarzyć i raczej na pewno się
zdarzy, że Piąty Mężczyzna Lucyny w końcu przestanie tak hojnie dawać. I wcale
nie będzie w tym nic niepokojącego. Nasze dawanie jest zależne
od tego, na jakim etapie znajduje się nasz związek.
- Oczywiste jest, że w jego początkowej
fazie nawet najbardziej zagorzali Biorcy dają z siebie wszystko - mówi Izabela
Kurzejewska. - Jesteśmy zafascynowani, chcemy zrobić jak najlepsze wrażenie.
Potem się to zmienia, warto to przyjąć i zrozumieć. Inaczej prędzej czy później
skonfrontujemy się z gorzkim: „Przed ślubem byłaś(-eś) zupełnie inny(-a)".
Renata jest po czterdziestce, żyje w wolnym związku z dużo starszym od siebie mężczyzną. Właśnie weszli w fazę „postzauroczeniową".
Od pół roku czeka na bukiet kwiatów, który jeszcze półtora roku temu dostawała
każdego siódmego, siedemnastego i dwudziestego siódmego dnia miesiąca. I doczekać się nie może. Uśmiecha się:
- Z doświadczenia już wiem, że nie można
się przyzwyczajać do dawanych rzeczy czy gestów. Jak już pogodzimy się, że to raczej mija, mamy przecież w zamian większą stabilność, zaufanie, wspólną
codzienność, czasem niespodziankę w postaci kwiatka czy upominku raz na jakiś
czas - ale jak to wtedy cieszy!
Nie tylko dawanie
Naukę brania warto zacząć od myślenia o tym, co mamy do ofiarowania sobie samym. Można, na przykład, dać sobie prezent, czerpiąc ze swojej wewnętrznej siły i mądrości, ciesząc się, że doświadczenie życiowe podpowiada nam właściwą drogę. Ale można także dać sobie przyzwolenie na bycie czasem słabszą, nieporadną, powolniejszą, niekoniecznie zawsze silną i wszechwiedzącą.
Jak odróżnić Biorcę od Dawcy
– Typowym Biorcą jest osoba,
która rzadko dopuszcza nas do głosu. Zbyt często myli dawanie ze sprzedażą – wyjaśnia Piotr Pawłowski z firmy zajmującej się doradztwem matrymonialnym www.loveaid.pl.
– Jeśli ktoś zaczyna zdanie od „ja”,
też raczej nie chce nam dać czegoś innego niż własna wizja rzeczywistości. Dawca, odwrotnie
niż Biorca, częściej użyje słowa
„ty” lub „my”. Dawcę poznasz
nie po atrakcyjnych prezentach pod świątecznym drzewkiem
czy z okazji urodzin.
Raczej po tym, że każdego roku będzie pamiętał o twoich
imieninach i urodzinach.
– Przy wybieraniu prezentów
będzie myślał o tym, co zadowoli obdarowywanego – dodaje Izabela Kurzejewska. – Biorca zwróci uwagę przede wszystkim na to jak będzie postrzegany
jako ofiarodawca, dlatego jego prezenty mogą być hojniejsze.
