Strona główna » Archiwum » 2010 » 02 » Z szydełkiem przed gilotyną



Z szydełkiem przed gilotyną

Dlaczego odczuwamy potrzebę odkrywania się i czerpiemy przyjemność z patrzenia, jak robią to inni? Cztery niezwykłe kobiety w rozmowie o kiczowatym Olimpie, publiczności oczekującej na egzekucję i nielicznych sytuacjach, kiedy mówienie o intymności ma sens.

Z szydełkiem przed gilotyną

O sprawach intymnych podobno się nie mówi.


Olga Lipińska
reżyser,
scenarzystka, satyryk
Dorota Landowska
aktorka
prof. Anna Sobolewska
krytyk i historyk literatury
Halina Mlynkova
piosenkarka

Olga Lipińska: A o czym trąbią pierwsze strony gazet? Mówią o nich w sposób obrzydliwy, uwłaczający ludzkiej godności.
Halina Mlynkova: Pytanie o wszystko stało się normą. Ale mam też wrażenie, że z drugiej strony ludzie po prostu chcą o swojej intymności opowiadać. Posługują się nią. Im bardziej jesteś kontrowersyjny, tym bardziej będziesz widoczny.
O.L.: To kokietowanie motłochu! Jest pewna grupa dziennikarzy, nazywam ich żurnalistami, którzy robią ze swojej pracy magiel. W medialnym żargonie to tak zwana „jatka”. Szukanie paskudnych szczegółów, które ucieszą gawiedź. Niech Kiepski zatrzyma przed paszczą puszkę piwa ze zdziwienia. To niesmaczne. Nie czytam tych gazet, nie oglądam tych programów. Język, którym się posługują, jest tandetny.
Anna Sobolewska: Ale wina rzeczywiście nie leży po stronie dziennikarzy, to jest rodzaj współpracy.
Liczy się wymierny zysk.
A.S.: Polowanie na okruchy intymności gwiazd, a z drugiej strony ciche przyzwolenie i otwartość celebrytów wobec tej gry. Dla mnie równie obrzydliwe jest dziennikarstwo od tej drugiej strony – traktującej brudne zwierzenia jako formę autoreklamy. Autopromocję uprawiają dzisiaj wszyscy: piosenkarze, pisarze, aktorzy, politycy. Istotne jest jednak, czy odbiorca może sprawdzić ich wiarygodność, czytając książkę, słuchając płyty, idąc do teatru. Natomiast jeżeli ktoś promuje się, ogłaszając: „Jestem dobra w łóżku”, co możemy zrobić z taką informacją?
Odetchnąć z ulgą, że nie musimy jej weryfikować!
O.L.: No właśnie, to do kogo skierowana jest taka autopromocja? Do motłochu.
A.S.: Niestety, mam wrażenie, że do masowej wyobraźni.
O.L.: Interesują panie takie zwierzenia?
Dorota Landowska: Po pierwsze nie interesują, po drugie w znaczącej części są wyssane z palca. Ze zdziwieniem zauważam, że ludzie po prostu zmyślają rozmaite historie. Próbują zalepić dziurę, która akurat jest do wypełnienia. Bo właśnie takie jest zapotrzebowanie wobec pani X.
O.L.: A czy my naprawdę musimy zaspokoić plotkarę z trzeciego piętra? Czy prasa, radio, telewizja nie kreują przypadkiem naszych gustów?
H.M.: A czy nie odpowiadają przypadkiem właśnie na nasze gusty? Mam wrażenie, że czasy, kiedy media pełniły rolę edukacyjną, odeszły w niepamięć.
O.L.: O tym mówię, to jest podlizywanie się motłochowi! Na litość boską, przecież mamy w ręku niesamowite narzędzie, wielką trybunę. Taki będzie ten naród, jaka jest telewizja, którą Polacy oglądają przez cztery godziny każdego dnia. Nie wolno tego lekceważyć.
D.L.: Pewnie, że to my mając dostęp do mediów, jesteśmy odpowiedzialni za kształtowanie gustów. Odpowiedzialność to ciężar. Droga na skróty jest prostsza.
Naprawdę nie ma już dzisiaj żadnej granicy w zaglądaniu w czyjeś życie?
A.S.: Nie ma a do tego ciągle podpieramy się stereotypem, że zadawanie intymnych pytań ma szczytny cel przełamywania tabu. To bzdura. Tak było sto lat temu. Wszystkie tabu już dawno zostały przełamane. Dzisiaj liczy się wyłącznie cena. Wyznań, zachowań. Liczy się ich wartość rynkowa.
Pytanie można przecież zawsze zostawić bez odpowiedzi.
H.M.: No właśnie, to od nas zależy, czy jesteśmy postrzegani jako ktoś, kto odpowie na każde pytanie, czy nie.
O.L.: Jeżeli pani celebrytka sama biegnie do kolorowej prasy i potrafi o sobie przypominać, ba potrafi nawet zapłacić za swoją obecność na łamach, to niech się nie dziwi, że potem wyciera się nią ulicę.
A.S.: Z jednej strony to wycieranie kimś ulicy, ale jest przecież ta druga strona, która wręcz sakralizuje gwiazdy kultury masowej. Zwróciłam ostatnio uwagę na ten charakterystyczny zaimek: „oni”. Jak oni śpiewają, jak oni grają, jak oni tańczą na lodzie. „Oni” mówiło się kiedyś o władzy. Zrozumiałe, byliśmy my i oni, to miało swój znaczący wymiar. Dzisiaj oni to ci którzy żyją na jakimś kiczowatym Olimpie.
I kiedy pokażą nam już, jak śpiewają, tańczą, gotują, naturalną koleją rzeczy zapytamy, jak i z kim się kochają, bo wiemy, że tym też chętnie się z nami podzielą.
A.S.: I za sugestią Tomasza Jastruna zrobimy w końcu program dotyczący klozetowej strony życia gwiazd: jakie oni mają kafelki i jak oni się wypróżniają.
H.M.: Był już Michał Wiśniewski, który pozwolił zainstalować sobie kamery w całym domu…
To przecież droga bez powrotu.
D.L.: Zaczynam się zastanawiać, co jest intymnością. Może dzisiaj, ratując się, powinniśmy uznać, że zdjęcie majtek czy dzielenie się swoimi seksualnymi doświadczeniami w imię jakże cennej popularności to nic takiego i jeżeli ktoś nie opowiada o bardzo głębokich przeżyciach duchowych, nie powinniśmy mu się dziwnie przyglądać.
O.L.: Co jest takiego w ludziach, co każe im za wszelką cenę, nawet za cenę własnej intymności, zaistnieć? To rodzaj teatralizacji życia. Każdy z nas się jakoś kreuje, ale ten rodzaj fałszu, który przemawia przez celebrytów, to tworzenie od nowa własnej pikantnej biografii na potrzebę „bycia” zakrawa na jakieś szaleństwo.
A kiedy już się zaistnieje, posługując się często swoją intymnością, z kiczowatego Olimpu słychać ciągły lament, że świat z butami ładuje się bezbronnym gwiazdom do domu. Nie ma refleksji, że to narzędzie, które działa w dwie strony. Bo to też już w jakimś sensie norma: osoba publiczna musi liczyć się z tym, że śledzony jest jej każdy krok.
O.L.: I, niestety, nie może liczyć na uwzględnienie faktu, czy sama tym narzędziem próbowała się posługiwać. Śledził mnie kiedyś paparazzo, to znaczy amator, zrobił zdjęcie, a kiedy powiedziałam: „Co pan robi, nie ma pan prawa”, usłyszałam: „Jest pani osobą publiczną”.
H.M.: Pamiętam, jak odebrałam telefon z pytaniem: „Kiedy pokażecie dziecko?”. Powiedziałam: „Nigdy, nie zamierzamy tego robić”. „Więc spotkamy się na spacerze w parku”, odrzekł uroczy dziennikarz.
Przecież to oczywiste – dziecko piosenkarki i aktora jest dobrem publicznym.
O.L.: Ale zwykli ludzie też mają w sobie niesamowitą zdolność oswajania się z osobami publicznymi. Pamiętam, jak kiedyś pani na bazarku powiedziała do mnie bez żadnego skrępowania: „Boże, jaka pani paskudna, co też muszą z panią robić w tej telewizji, że jakoś tam pani wygląda”. Ludziom naprawdę się wydaje, że jesteśmy powszechną własnością.
D.L.: Nigdy nie zapomnę, jak zobaczyłam w jakimś kolorowym pisemku zdjęcie od trzech lat nieżyjącej Darii Trafankowskiej, a pod nim komentarz: „Wsadzą go do więzienia? Ciekawe, co ona by na to powiedziała?”. Jeżeli dziennikarza stać na to aby w takiej sprawie umieszczać zdjęcie aktorki, która odeszła, dlatego, że była kiedyś z panem X związana, to jest to kompletny upadek obyczajów.
O.L.: Wie pani, mam czasami wrażenie, że wszelkie przekraczanie granic wynika z braku wychowania. Dzieciom wpaja się pewne zasady. Albo nie. A jak nie to potem wszystko wolno. Nie ma zahamowań, wstydu. Mamy demokrację. Polska demokracja to warcholstwo. I chamstwo.
No właśnie, demokracja. Wkraczanie w cudzą intymność przyszło z kraju o najlepiej rozwiniętej i najsprawniej funkcjonującej demokracji – ze Stanów Zjednoczonych. Tam politykowi wchodzi się do łóżka – to zasada.
A.S.: W jakimś sensie wydaje mi się to słuszne, a obrażanie się za to polityków – śmieszne. To jest część ich świata, należy ją przyjąć. Ktoś, kto decyduje się na publiczną drogę, może oczywiście na pewne pytanie próbować nie odpowiadać, ale jego osoba musi być przejrzysta.
O.L.: W sferze kompetencji zawodowych i finansów. Wyłącznie. W Ameryce na peryferiach, w tym ich rzeczywistym świecie, jest straszne kołtuństwo. Nasze polskie nie dorasta im do pięt. Przy prezydencie będzie stała żona, córki i pies. Kodeks Haysa będzie mówił, że filmowy pocałunek może trwać najwyżej 15 sekund.
A.S.: I że nie można pokazać wewnętrznej części uda.
D.L.: Ale zewnętrzną już można…
A.S.: Teoretycznie, kiedy polityk zamyka za sobą drzwi domu, może wszystko, chociaż tych drzwi w dzisiejszym świecie nie da się domknąć. Technika pozwala wkraczać wszędzie, warto o tym pamiętać.
Szczególnie kiedy jest się człowiekiem, który próbuje ze swojego miejsca tłumaczyć ludziom, co dobre, a co złe?
O.L.: Jeżeli ktoś chce być moralistą, za zamkniętymi drzwiami też musi pamiętać o prawdach, które głosi, i tak, mamy prawo go z tego rozliczać.




Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.