Strona główna » Archiwum » 2010 » 02 » Koszmar pierwszej randki



Koszmar pierwszej randki

Ręce drżą, ciało się poci, w głowie pustka. Brzmi znajomo? Nie to nie matura. To egzamin z obycia, swobody i poczucia własnej wartości.

Koszmar
pierwszej randki

Pamiętacie Bena Stillera, partnera Jenifer Aniston, w filmie „Nadchodzi Polly”? Na filmowej Polly zależało mu tak bardzo, że zgodził się na pierwszą randkę w marokańskiej restauracji, choć wiedział, że jego żołądek buntuje się przeciwko arabskim specjałom. Po kolacji wpadli do niej. Na herbatę. Pół wieczoru okupował łazienkę. Papier toaletowy wykorzystał do ostatniego kawałka. Na koniec pozostało mu już tylko użyć ręcznie haftowanej serwety zdobiącej pralkę. Pech chciał, pamiątki po babci. Przetykanie klozetu skończyło się powodzią. Wyglądało na to że kolejnej randki nie będzie. Bo gorzej być nie mogło. A jednak stało się inaczej. Dokładnie tak, jak u Małgosi, kosmetyczki.

Ideał w zasięgu ręki
Adama, obecnego narzeczonego, Małgosia poznała na ślubie koleżanki. Stał po drugiej stronie kościelnej nawy. Wysoki, ciemne oczy, kaszmirowy płaszcz. W ręku trzymał gustowną wiązankę. Tyle zdążyła dostrzec, zerkając na niego dwa razy. Poczuła, że nie powinna się tak bezczelnie gapić w stronę… ideału.
– Jest kardiologiem – szepnęła jej do ucha Basia, przyjaciółka panny młodej. – Podobno ciężko go uwieść. Niejedna już próbowała.
Z kościoła Małgosia uciekła szybko, ale o Adamie myślała dzień i noc. Los chciał, że dwa tygodnie później przywiozła na kardiologię swoją mamę. Miał dyżur.
– To pewnie niewłaściwe miejsce i pora, ale widziałem panią na ślubie moich znajomych – powiedział, gdy po badaniu okazało się, że z mamą nie jest źle. – Chciałem zaprosić panią na kawę, ale wyszła pani tak szybko – dodał.
Nie wierzyła we własne szczęście. Ten wyśniony facet zaprasza ją na kawę! Nosiła rozmiar 40, a jej twarz przypominała rumiane jabłko. Jak mogła mu się podobać? Ona, niebywała w świecie kosmetyczka, która nosiła ciuchy z wyprzedaży w H&M?

Kozaczki od Jacobsa
Na pierwszą randkę od zamożnej koleżanki pożyczyła wiśniową sukienkę i kozaczki Marca Jacobsa. Trochę ciasne, ale pocieszała się, że przecież nie będzie w nich długo chodzić. Czuła, że płoną jej policzki, kiedy podjechał po nią swoim samochodem. Zabrał ją do kawiarenki, gdzie podobno podaje się „najlepsze tiramisu w Gdyni”. Bała się odezwać, bo czuła, że wszystko, co ma do powiedzenia, jest głupie. Cały czas myślała tylko o tym, że on na pewno naśmiewa się po cichu z jej pucołowatej twarzy.
– Tak się zachowują osoby, które chorobliwie boją się oceny – tłumaczy psycholog i psychoterapeuta Jacek Borkiewicz. – Sądzą, że ich prawdziwe „ja” jest do niczego, myślą, że są beznadziejni. Dlatego starają się „sprzedać” kogoś zupełnie innego niż osoba, którą są w rzeczywistości. Kontrolują swoje zachowanie tak bardzo, byle tylko nikt nie odkrył ich prawdziwego wnętrza. Są zestresowani, bo pierwsza poważna randka, która służy nie tyle pójściu do łóżka, co nawiązaniu głębszej relacji, to „obwąchiwanie się” partnerów, badanie wzajemnej atrakcyjności. Gdy ktoś się nam podoba, idealizujemy go. I nie chcemy tego ideału odstraszyć. Nie chcemy zawieść oczekiwań, pokazać się od złej strony. Przy czym to my sami definiujemy, co jest tą „złą stroną”. Co jest „złym strojem”, „złym makijażem”, „nieciekawą osobowością”. A może Adam, kardiolog, lubił właśnie dziewczyny o okrągłych twarzach?
Małgosia wtedy tak o tym jednak nie myślała. Była wściekła na kelnerkę, że namówiła ją na ciastko z kruchym spodem! Kiedy mocniej na nie nacisnęła, poleciało prosto na jego marynarkę. Zerwała się zbyt gwałtownie, żeby ją wyczyścić i wylała herbatę. On błyskawicznie osuszył serwetkami stół. Cały czas się uśmiechał i zapewniał, że nic się nie stało, ale ona i tak umierała z zażenowania. Jakby tego było mało, do kawiarni wpadła jej koleżanka, straszna plotkara. Bardzo atrakcyjna plotkara. Małgosia niechętnie przedstawiła jej Adama. Widać było, że ją olśnił i chętnie zagięłaby na niego parol. Zamiast tego wykrzyknęła niby z zachwytem: – Śliczne kozaczki. Pożyczyłaś od Kaśki?
Zanim zdążyła coś odpowiedzieć, plotkara rzuciła: – To pa muszę lecieć!
– Czułam się tak niezręcznie, że nawet nie pomyślałam o jej chamstwie, tylko o tym, że głupio zrobiłam, pożyczając te buty. Chwilę później miałam się przekonać, że to był najgorszy z pomysłów – wspomina – bo Adam zaproponował mi spacer. Bulwarem. Marzyłam tylko o tym, żeby zdjąć kozaki i obejrzeć bąble. Prawie się do niego nie odzywałam, bo z bólu musiałam zaciskać zęby. Byłam pewna, że wysadzi mnie przy domu i nigdy więcej się nie odezwie. Zadzwonił na drugi dzień. Pytał, jak moje stopy i czy nie przywieźć mi plastrów z opatrunkiem.
Trzy tygodnie później Małgosia usłyszała od Adama, że ma piękną twarz.
– Często coś, co dla nas jest wadą, którą próbujemy ukryć, dla drugiej osoby bywa niezauważalne lub wręcz przeciwnie, stanowi atut – dodaje Jacek Borkiewicz.

Kiedy zaczyna się gra

Marta zaprosiła kolegę na kolację. Wszystko przygotowywała w ciemnej kuchni. Nie mógł się nadziwić, że ona nie zapala światła. A jak miała to zrobić, skoro całą kuchnię widać było z pokoju?
– Kiedy byłam odwrócona tyłem, patrzyłby cały czas na mój wielki tyłek – tłumaczy jak coś najbardziej oczywistego na świecie. – On sądził, że jestem przesadnie oszczędna, a ja dopiero rok później dowiedziałam się, że pupa w rozmiarze większym niż ta Jenifer Lopez to jego ideał. Przez to moje ciągłe „chodzenie tyłem” spotkanie kompletnie się nie udało.
– Prawdopodobieństwo, że na pierwszej randce nie wypadniemy dobrze, jest niestety wysokie – tłumaczy Jacek Borkiewicz. – Denerwujemy się tak bardzo, że brak nam swobody, dystansu do siebie. A wtedy bardzo łatwo o fałszywy ruch, faux pas.
Czasem boimy się nie tyle oceny własnego wyglądu, co życiowej sytuacji, braku wiedzy, oczytania. Wstydzimy się tego, co robimy naprawdę.
Tak jak Maciek, właściciel eko-zieleniaka. Martę poznał na plaży. Opalony i muskularny, bez piętna brokułów, poczuł się jak zdobywca nowej ziemi.
– Kobiety potrzebują Bondów – wyjaśnia, tłumacząc, dlaczego udawał oficera straży pożarnej. – Co miałem jej powiedzieć? Że na co dzień noszę skrzynki z marchwią?
Wszystko wydało się dwa miesiące później. Stęskniona Marta odwiedziła go w Warszawie.
– Co mi powiedziała? Że nie chce mieć nic wspólnego z kłamcą. I że dla niej wcale nie było ważne, co robię, ale jaki jestem – przyznał. – Nigdy więcej jej już nie widziałem.

Być jak Forrest Gump

Marketingowiec tylko wzruszył ramionami na pytanie o pierwszą randkę z ważną dla niego kobietą. Puszył się: – Człowiek jest jak produkt, zawsze może się dobrze sprzedać. Liczy się opakowanie.
Jednak kiedy pubowe piwo coraz bardziej rozwiązywało mu język, przyznał w końcu: – To nie takie proste. Zalety odkurzacza pochłaniającego mikroby mogę zachwalać godzinami. Ale gdy spotkałem kobietę życia, byłem sparaliżowany strachem. Bałem się, że palnę coś głupiego albo zrobię ruch, który się jej nie spodoba. I tylko stałem, gapiąc się na nią jak kretyn. To że się ze mną umówiła, to był jakiś cud. Kilka dni później przyznała, że przypominałem jej Forresta Gumpa. Miałem szczęście, że akurat go lubiła.
Jednak pierwsza randka i tak była porażką. On był przekonany, że dziewczyna się nudzi.
– Zabrałem ją na film Bergmana, bo ktoś mi powiedział, że lubi takie klimaty – przyznał. – Oboje wyszliśmy z kina w depresji. Tuż obok był bar sushi. Napomknęła, że kocha japońszczyznę. Nie wypadało jej tam nie zaprosić. Ale byłem czerwony ze wstydu, bo nie umiem jeść pałeczkami. Zamówiłem zupę miso, choć jej nie cierpię. A gdy ona częstowała mnie swoją porcją sushi, wytrwale odmawiałem. W końcu stwierdziła z żalem: „Brzydzisz się zjeść z mojego talerza”. Myślałem, że wpadnę pod stół. To koniec! Nie umiem wybrać ciekawego filmu, jeść pałeczkami i w dodatku zachowuję się jak Nicholson w filmie „Gorzej być nie może”. Jestem do niczego! – psioczyłem na siebie w myślach.

Róża-pomyłka
– Pierwsza randka jest jak rozmowa o pracę – porównuje Borkiewicz. – Nie zawsze umiemy się dobrze zaprezentować. Niektórzy, jak ten specjalista od marketingu, pomyślą: „Jestem kiepski, nie nadaję się”. Inni stwierdzą ze spokojem: „Nie udało się, trudno. Nie poznała się na mnie, miałem gorszy dzień. Następnym razem będzie lepiej”.
Tak się szczęśliwie złożyło u Piotra, anglisty.
– Poznałem ją na imprezie u kolegi z roku – zwierza się. – Piwo lało się strumieniami. Ryczał death metal. Ale i tak zobaczyłem, że jest zjawiskowa. Miała koński ogon. I oczy jak kawałek greckiego nieba w lipcu. Widziałem to choć w kuchni było siwo od dymu. Spytałem, czy się czegoś napije. Nie chciała drinka. Mówiła, że ma ochotę na cappuccino, bo boli ją głowa. W kuchennych szafkach nie mogłem znaleźć kawy. Gospodarz, Bartek, gdzieś zniknął. Kiedy wróciłem z łazienki, już jej nie było.
Zdobyłem do niej numer, zadzwoniłem dwa dni później. Chorowała. Potem ja się rozłożyłem. Przyszły święta, Nowy Rok. Udało mi się umówić z nią w lutym. W znanej kawiarni. Było mi głupio, bo jej twarz widziana tylko raz, przez kilkanaście minut, zamazała się. Pytała, czy pamiętam, jak wygląda. „Oczywiście”, skłamałem. Strasznie się denerwowałem, bo mimo że mężczyźni nie mają podobno intuicji, czułem, że to może być coś poważnego. Serce biło mi jak szalone.
W kawiarni, jak na złość, siedziały aż trzy samotne blondynki. Tylko jedna miała koński ogon. Podszedłem, wręczyłem różę. Usiadłem. Była trochę zaskoczona, a ja chwilę później zrozumiałem, dlaczego. Miała brązowe tęczówki. Wyjąkałem: „Przepraszam” i dyskretnie rozejrzałem się po sali. „Moja” blondynka siedziała w kącie. Patrzyła na mnie kpiąco swoimi „kawałkami greckiego nieba”. Przez chwilę nie mogłem złapać tchu. Czułem, że potrzebuję reanimacji. Podszedłem do niej na miękkich nogach: „Przepraszam, nie mam róży dla ciebie”, wyjąkałem. Przecież nie mogłem jej teraz wyrwać tamtej kobiecie!
Był jej wdzięczny, gdy się roześmiała: „Kupisz mi innym razem”.
– Klasa. Do dziś tak trzyma – dorzuca zachwycony Piotr.
Bo randki, choć cudowne w marzeniach, w rzeczywistości mogą wyglądać zupełnie inaczej. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mamy doświadczenia. I jest to nasza pierwsza randka w życiu.

Pierwsza albo w ciemno
– To było na obozie harcerskim, na Mazurach – opowiada Ewa Bem, wokalistka. – Zadurzyłam się w jednym ze starszych druhów. Pięknym i uzdolnionym muzycznie. Nigdy jeszcze nikt mi się tak nie podobał! Umówiliśmy się w obozowej kawiarence. Ale biletem wstępu było uzbieranie 100 szyszek do samowara. Nigdy nie byłam zbyt cierpliwa. Zanim udało mi się napełnić worek i stawić na miejscu, było za późno. Zobaczyłam go gruchającego z druhną Martą. Zabolało. Ale na obozie było ze mną dwóch starszych braci. W nocy, w zemście za moje złamane serce, wynieśli jego pryczę nad jezioro. Miał za swoje, gdy obudził się rano wśród śmiechów!
– Dlatego, między innymi, nie należy brać pierwszej randki zbyt poważnie. Podobnie jak tej, na którą idziemy w ciemno – radzi Jacek Borkiewicz.
Był marzec, pogoda byle jaka. Hanna Konarowska, aktorka, kilka miesięcy wcześniej rozstała się ze swoim chłopakiem. – Tamtego ranka za wycieraczką samochodu znalazłam piękną czerwoną różę. Bez żadnej karteczki. Nie wiedziałam, od kogo ją dostałam, ale nie ukrywam, że zrobiło mi się bardzo miło – wspomina.
Następnego dnia zdarzyło się to samo. I tak przez cały tydzień. Ósmego dnia za szybą zamiast róży leżała koperta, w środku numer telefonu i taki komentarz: „Przypominam mój numer, dlaczego już się nie odzywasz?”.
– Dziwnie się poczułam, numeru z nikim nie kojarzyłam – uśmiecha się aktorka.
Wieczorem usiadła w kuchni i po namyśle zadzwoniła. Odebrał mężczyzna, przedstawiła się więc i podziękowała za kwiaty. Wtedy w słuchawce zapadła długa cisza…
– Strasznie mi teraz głupio – powiedział mężczyzna – bo to nie było do pani. Moja dawna miłość ma taki sam samochód i mieszka obok pani.
– Od razu domyśliłam się, o kogo chodzi, bo rzeczywiście próbowałam kiedyś dostać się do samochodu tej sąsiadki, myśląc, że to mój. Zaproponowałam więc, że kiedy tylko ją spotkam, wszystko jej opowiem. Na koniec pogratulowałam rozmówcy pomysłu i pożegnałam się.
Po około godzinie zadzwonił telefon. – To był „nie mój adorator”, który zaproponował spotkanie. Wspomniał, że jest romantykiem, wierzy w znaki, że to na pewno nie był przypadek i że powinniśmy się zobaczyć.
Hanna nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale obiecała, że się zastanowi. Zaczęli ze sobą esemesowo korespondować. Po kilku dniach tej miłej wymiany myśli uznała, że jest gotowa na spotkanie.
– Wyobraziłam sobie, jak opowiadamy naszym dzieciom o pomyłkowych okolicznościach poznania się mamy z tatą – śmieje się.

Plan awaryjny
Umówili się w Parku Skaryszewskim. W niedzielę. Koniec tygodnia bardzo się dłużył, a wyobraźnia Hanny nie próżnowała: będzie czekał ze swoim psem, nie będą mogli oderwać od siebie wzroku, scena niemal jak z filmu „Masz wiadomość” z Tomem Hanksem i Meg Ryan.
– Oczywiście zdążyłam go już wsadzić w odpowiednio zbudowane ciało, narzuciłam styl, inteligencję i rodzaj dowcipu. Pies też był konkretnej rasy, miał nawet odpowiednie imię – wspomina Hanna.
Wrodzona odpowiedzialność nakazała jej jednak jakoś się na wszelki wypadek zabezpieczyć. Plan awaryjny był taki: po 20 minutach od godziny zero zadzwoni mama. To będzie telefon „ze szpitala”.
– Wystroiłam się, pięknie umalowałam i wyruszyłam na spacer, który odmieni moje życie. Kiedy zza pomnika wyłoniła się niepozorna postać z dziwnym zwierzakiem, pojawiła się pierwsza wątpliwość. Zamiast wspaniałego wysokiego bruneta zobaczyłam karłowatego, sporo starszego ode mnie, rudego pana. Pan wymamrotał swoje imię cichutko, za to bardzo wyraźnie przedstawił psa – Hansa! 20 minut trwało całą wieczność. Mniej więcej w piątej minucie spotkania towarzysz poinformował mnie, że nienawidzi Szymborskiej i… papieża. Chwilę potem zaproponował, żebyśmy skoczyli do knajpy pod mostem na piwo – wspomina aktorka.
Wtedy na szczęście zadziałał plan awaryjny. Odezwała się mama Hanny.
Bo czasami na pierwszej randce czeka się na telefon… od przyjaciela!

SONIA ROSS
FOT. SHUTTERSTOCK.COM



Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.