Małe litery Średnie litery Duże litery

LUCY z Krotoszyc

Historia jak z serialu „Ranczo”. Beata zamieniła Wrocław na Krotoszyce, karierę w banku na pracę w domu kultury. Kiedy wójt ją zwolnił, postanowiła walczyć. Jak Lucy z Wilkowyj stanęła do wyborów. Teraz ona rządzi w gminie.

Lucy z KrotoszycPierwszą posadę w Krotoszycach Beata dostała tuż za płotem własnego domu. Została kierowniczką domu kultury. Dobrze pamięta moment, kiedy weszła do swojego nowego biura. Zapyziały budynek robił przygnębiające wrażenie.
– Herbata w szklance z koszyczkiem, śmichy-chichy i kompletny brak pomysłu, co robić. Jak w „Rejsie” Piwowskiego.
– Wszystko trzeba wymyślić od nowa – powiedziała wójtowi.
– No to niech pani wymyśli – wójt wzruszył ramionami. – Będę panią wspierał. I wspierał. A ona wymyślała. Wszystko: od projektów imprez po zasady organizacji pracy. Od kolorów literek na plakatach po zasady rekrutacji nowych pracowników – dawni opornie godzili się na zmiany. Bo plan był.

Brakowało tylko ludzi, którzy mogli go wykonać i pieniędzy. Wójt wspierał i bezlitośnie oceniał. Dzięki temu szybko uczyła się, jak przebrnąć ze swoimi pomysłami przez sesje rady. Na przykład z projektem wstąpienia do Partnerstwa Kaczawskiego, stowarzyszenia promującego turystyczne atrakcje i rozwój wsi na Pogórzu Kaczawskim.

– Kiedy to się udało, wójt zaczął mnie zabierać też na inne spotkania. Odkryłam, że mnie to wciąga. Że dobrze pracować z ludźmi, którym chce się zmieniać świat. Przed czterema laty wójta, który kierował gminą od 20 lat, od transformacji ustrojowej, zastąpił weteran z czasów PRL-u.

Prawie siedem krzyżyków na karku i poglądy z poprzedniej epoki. Nie mogła się powstrzymać i na spotkaniu przedwyborczym powiedziała parę zdań, co o tym myśli. – Jak wygrał wybory, z miejsca mnie zwolnił – rozkłada ręce. – To była jego pierwsza decyzja… Nie płakałam. Stało się coś innego. Po raz pierwszy poczułam się dziewczyną stąd. Z Krotoszyc. Bo do tej pory byłam przyjezdna. Czułam się wrocławianką, która ma dom na wsi. Chociaż tu wychowywałam dzieci i tu miałam pracę, to jednak byłam obca. Aż do tamtego dnia…
{google_adsense}
Przez długi czas czuła się w Krotoszycach obco. Dopiero w chwili, gdy straciła pracę, poczuła, że ludzie ją  wspierają i akceptują. Wrocław zamiast Barcelony
W dzieciństwie Beata mieszkała na wsi. Ale mała wieś Golanka w czasach Gierka nie była szczytem marzeń. Kiedy więc nadarzyła się okazja, rodzice zamienili gospodarstwo na mieszkanie w Legnicy. Szybko pożałowali. Od tej pory za oknem zamiast lasu rosły blokowiska, zamiast ptaków za oknem słyszeli sąsiadów. Wszyscy marzyli o tym, żeby wrócić na wieś. Ale nie mieli odwagi sobie o tym powiedzieć.

Beata studiowała we Wrocławiu. Ekonomia, bo lata 90. należały do przedsiębiorczych. Kto miał wiedzę o zasadach, jakie rządzą kredytami i inwestycjami, ten miał pracę. A kto miał pracę, mógł sobie pozwolić na spełnianie marzeń. Studiowała od rana do wieczora. Potem coś jadła i wieczorami tańczyła w „Sarmatach”, zespole folklorystycznym.

Kiedyś wracała do akademika z naręczem trzech sukien. A już jeden ludowy kostium to nie byle co. Ciężki i wielki. Nic dziwnego, że ledwo się mieściły w windzie. – Może ci jakoś pomóc? – usłyszała. Tak poznała przyszłego męża, Kolumbijczyka Evelio Castañedę Trujillo.

Evelio chciał studiować w Moskwie. Starał się o wyjazd przez UNESCO, ale nie spodobał się moskiewskim decydentom i odmówili mu wizy. Na pocieszenie dostał polską. O Polsce wiedział tyle, że tam się urodził papież.

– Skoro tak, to jedź – powiedzieli mu rodzice. – Kraj papieża nie może być zły. I los pokierował Evelio do tej windy. – Musisz podciągnąć się z polskiego – powiedziała, kładąc mu na ramiona te trzy kostiumy. – Pomogę ci, jeśli zechcesz. Ani się spostrzegli oboje, jak byli zakochani.

Rodzice Beaty zdziwili się mocno, kiedy przywiozła kiedyś w niedzielę na odświętny rosół chłopaka z Kolumbii. – Ale to nie jest Arab? – mama w kuchni zniżyła głos do szeptu. – E tam, mamo – Beata machnęła ręką. – Przecież widzisz, że katolik.

Od tej pory rodzice bali się już tylko, że Beata wyjedzie za Castañedą Trujillo gdzieś do dżungli i do kraju nie wróci. I że w tym mieszkaniu w Legnicy będą co najwyżej oglądać jej zdjęcia… Dawid urodził się jeszcze, gdy Beata i Evelio studiowali. Studia miały się ku końcowi i trzeba było zdecydować, co dalej. Beata miała pracę w banku, bo jeszcze w czasie studiów okazało się, że ma dobrą rękę do kredytów. Zastanawiali się, czy nie wyjechać do Hiszpanii, kiedy Evelio znalazł ogłoszenie. Ktoś szukał ekonomisty z angielskim i hiszpańskim. Wtedy każdy mówił po angielsku, ale hiszpański to był atut. I zostali we Wrocławiu. Mama Beaty odetchnęła z ulgą.

Bank to dobre pieniądze, lśniące biurka i wysoka adrenalina. Stres, który przynosiła do domu. Który trzeba jakoś oswoić, opanować… Przynajmniej jedno było w porządku. Kilkanaście lat temu nie było wyścigu szczurów. I tak mogłaby się zakończyć ta historia, gdyby nie marzenia. Tęsknota za domem na wsi. Takim, w którym mogliby mieszkać z dziadkami.

Któregoś dnia zadzwonił ojciec: – Znalazłem działkę w Krotoszycach. Blisko do autostrady, będziecie mogli nawet do pracy dojeżdżać… W sobotę pojechali ją obejrzeć. I już było jasne, że nigdy nie wyemigrują do Barcelony.  Marysia na świat postanowiła przyjść, kiedy dom był gotowy. Beata chciała przeżyć macierzyństwo tak do głębi. Zwolniła się z banku. Evelio dostał na szczęście dobrą prace w Elpenie. Włoska firma potrzebowała kogoś, kto zna włoski, hiszpański i polski.

Zarabia dużo, choć do pracy musi dojeżdżać kawał drogi. Kiedy Marysia miała rok, Beata stwierdziła, że może wrócić do pracy. Ale nie tęskniła do lśniących biurek. Dom kultury – tak to wyglądało na początku – był strzałem w dziesiątkę. A kiedy wójt ją wyrzucił, zrozumiała, że dodatkowo spełnił rolę łącznika między nią a ludźmi w Krotoszycach. Już nie była przyjezdną. Była stamtąd. W dniu, w którym przekonała się, że wszyscy chcą jej pomóc, poczuła się częścią wspólnoty.


Beata jeszcze nie zdążyła przyzwyczaić się do nowej roli, a już pojawiły się problemy. Chcą zabrać gminie spory teren. Pani wójt to nie przeraża. – Będziemy walczyć! – zapowiada.Beata jeszcze nie zdążyła przyzwyczaić się do nowej roli, a już pojawiły się problemy. Chcą zabrać gminie spory teren. Pani wójt to nie przeraża. – Będziemy walczyć! – zapowiada. 

Wojna z wójtem

Została bez pracy, ale na krótko. Znowu zadzwonili z banku. Dostała dużo więcej, niż mogłaby zarabiać w wiejskim domu kultury. – Ale ja już się zmieniłam. Już nie chciałam. Tyle że z czegoś musieliśmy żyć, więc wyboru nie miałam. Napisała aplikację do programu „Nowator”, przeznaczonego dla kobiet, które chcą uruchomić na wsi własną działalność gospodarczą.

Rano szła do banku, wieczorami gadała z ludźmi po wioskach o tym, co chcieliby zmienić w swoim świecie. I tłumaczyła im, jak to zrobić. Po trzech miesiącach zwolniła się z banku. – Miałam już pewność, że praca od 8 do 16, kredyty i inwestycje to nie dla mnie. Że chcę coś robić dla siebie.

Zaczęła współpracować z pozarządowym programem „Leader Plus”. – Potrzebowali kogoś, kto ma doświadczenie w organizacji imprez. Pomyślałam, że to świetnie, że to znak. No i jestem – śmieje się. – Znowu porządkuję świat. Oczywiście w skali mikro, ale to mi na razie wystarcza. Trzeba przetestować pomysły na własnej skórze, a jeśli się sprawdzają, to można je wypuścić. Jak ptaki.
{google_adsense}
Choć Beata nie przybyła do Krotoszyc zza oceanu, tylko z Wrocławia, ma poczucie, że przeszła równie daleką drogę jak serialowa Lucy. I, podobnie jak ona, wygrała.Założyła stowarzyszenie w Krotoszycach. Dalej wszystko potoczyło się jak w serialu „Ranczo”. Jak Lucy postanowiła, że w najbliższych wyborach zmierzy się z wójtem. „Zbudowałam dom. Mam syna. Ale jeszcze nie jestem spełniona”, myślała, „jeszcze sporo mam do zrobienia”. Zastukała prawie do każdych drzwi w swojej gminie. No i od jesieni to ona jest w Krotoszycach wójtem.Ledwo zdążyła przemeblować gabinet, wyrzucić peerelowską boazerię i meblościankę, władze Legnicy postanowiły przejąć 270 hektarów ziemi należącej do Krotoszyc. Chcą powiększyć cmentarz komunalny o 20 hektarów.

– Dla Legnicy to tylko niewielki teren, dla nas to duży fragment gminy. Tereny okołoprzemysłowe, podatki z huty, 460 tys. zł to znacząca pozycja w moim budżecie – Beata Castañeda Trujillo nie zamierza oddać ziemi bez walki. – Mogę za to utrzymać szkołę. Dla Beaty to pierwsza wielka próba na stanowisku wójta.
Wystąpiła na sesji legnickiej Rady Miasta. Dwa razy, za pierwszym spokojnie, wyłożyła swoje racje, za drugim po swojemu, żeby wiedzieli, że potrafi walczyć.
– Jeśli będzie trzeba, urządzimy protest, jakiego nie było. Możemy się okopać i bronić. Wytoczymy prawdziwe działa!


Choć Beata nie przybyła do Krotoszyc zza oceanu,
tylko z Wrocławia, ma poczucie, że przeszła równie daleką drogę jak serialowa Lucy.
I, podobnie jak ona, wygrała.


Grzegorz Kapla

Źródło: Wróżka nr 5/2011
Tagi: