Co ślub to ślub – łudzi się wiele kobiet. Rozwieść się trudniej, niż rzucić wieczną narzeczoną. Ale uwaga! Możesz trafić na egzemplarz, który ochoczo pada na kolana i przysięga miłość aż do… następnego ślubu! Na nałogowca, który co parę lat zmienia żonę na nowy model…
Kiedy Paul McCartney ogłosił, że znów będzie się żenił, wszyscy pytali: Chłopie po co ci to? Zapomniałeś, że poprzedni rozwód kosztował cię 12 milionów funtów! Dlaczego dla niektórych mężczyzn nawet trzy śluby to za mało?
Dla Mariusza ślub jest jak umowa o pracę. Cezary darowuje nim małżonce zasłużoną godność. Adam – udowadnia, że myśli o niej poważnie. Wszyscy kilkakrotnie żonaci, nie zawahaliby się ożenić jeszcze raz. Bo ślub to akt własności niekoniecznie dożywotniej.
Na ostatnim ślubie 50-letniego Cezarego patchworkowa rodzina stawiła się prawie w komplecie.
Syn z radością przyjął propozycję zostania świadkiem, również dlatego, że nigdy nie przepuściłby okazji, by dopiec żonie numer trzy, która przez sześć smutnych lat pełniła funkcję jego matki i obowiązki macochy. Ośmioletnia córka z trzeciego małżeństwa – młodsza druhna – skwapliwie poprawiała welon panny młodej, a pierworodna, owoc związku z żoną numer jeden, jako rówieśniczka żony numer cztery poproszona została na świadkową.
Gdyby nie nieobecność żony numer trzy, świeżo rozwiedzionej i – nie wiedzieć czemu – nadal chowającej urazę, Cezary miałby przy sobie wszystkie kobiety, które kiedykolwiek znaczyły coś w jego życiu. Żona numer jeden i żona numer dwa siedziały obok siebie, pogrążone w rozmowie na temat brzucha żony numer cztery i fasonu sukienki – ich zdaniem zdecydowanie zbyt skromnej. Obie matki Cezarego – biologiczna, która wychowywała go do 10. roku życia i macocha, która przejęła jej obowiązki po rozwodzie rodziców, patrzyły z miłością na troje wnuczków. A nowi partnerzy żon numer dwa i trzy uśmiechali się pod wąsem, ciesząc się już na wesele, zakrapiane domowej roboty „cezarówką”.
{google_adsense}
28-letnią Monikę, żonę numer cztery, Cezary poznał, kiedy w małżeństwie z Kaśką nie układało się już od czterech lat. Zjadały ich kłótnie o pieniądze i wieczne utyskiwania Kaśki, której marzyło się zostanie w domu i wychowywanie dzieci. Ale przede wszystkim – jej problemy z zajściem w kolejną ciążę, obsesyjne sprawdzanie śluzu i bieganie do kliniki płodności (kilkaset złotych za wizytę). Cezary był cierpliwy. Przez pierwsze dwa lata po urodzeniu Kasi-Juniorki z radością pracował nad powiększeniem rodziny i opłakiwał dwa „aniołki”, których Kaśce nie udało się donosić. Przez kolejne dwa lata seks na komendę przychodził mu z pewnym trudem, a pęczniejąca od hormonów, wiecznie poirytowana żona zaczęła go drażnić.
Monika na początku była tylko koleżanką z pracy, piękną fantazją żonatego pięćdziesięciolatka. Kiedy zaczęła mu okazywać zainteresowanie, znowu poczuł się atrakcyjny. Ale lojalność wobec żony była silniejsza. – Tak, pani Moniko, ma pani rację. Ten projekt ma szansę powodzenia – mówił, kiedy nachylała się nad jego komputerem, żeby śledzić zmiany, jakie nanosił na prezentacji. A ustawiczne pytania i zachwyty nagradzał ojcowskim, pobłażliwym uśmiechem.
Kiedy pierwszych kilka razy została po godzinach, pomyślał, że jest pracoholiczką. I że zaangażowanie w pracę to lepszy powód niewychodzenia z firmy niż lęk przed powrotem do domu. Szybko zrozumiał, że uzupełnianie strategii reklamowych nie jest dla Moniki tak istotne, jak ich wspólne kawki i pizza, zamawiana około 21.
Przez kolejne pół roku stworzyli cały system rytuałów. Wiadomo było, że o 19 w firmie nie będzie już nikogo poza nimi i strażnikiem. Że o 19.15 Cezary przejdzie do kuchni, nieodmienne dziwiąc się: „Ty jeszcze tutaj?”, a ona zadrwi: „Przyganiał pracoholik pracoholikowi”. I że przeniesie swój laptop do jego gabinetu, żeby pracowało się raźniej. Potem, około północy, on odwiezie ją do domu, choć to dokładnie w odwrotną stronę, i po godzinie położy się obok śpiącej już Kaśki, unikając wyrzutów i sprawozdań z kolejnego nieudanego in vitro.
Nie potrafi powiedzieć, kto pierwszy nie wytrzymał – on czy Kaśka. Nie wie, na ile pojawienie się Moniki wpłynęło na wybuch. Na to, że tej pamiętnej, przedświątecznej soboty, powiedział Kaśce słowa, których nie da się cofnąć, których nie wymazałyby lata terapii. Że małżeństwo z nią przypomina kolonię karną, że osoba, w której się zakochał, zamieniła się w pulardę z ambicjami kwoki. I że jak nie odejdzie, to zwariuje. Potem, z jedną walizką i laptopem, wprowadził się do Moniki.
– Nie było już czego zbierać – tłumaczy, pytany o przyczyny rozwodu, oczywiście z jego winy. A dlaczego poprosił Monikę o rękę? – Bo kobiety nie wypada stawiać w roli kochanki. Mężczyzna, który kocha, daje kobiecie godność – tłumaczy. – Tak jak swoim przyszłym dzieciom, których dzięki temu nikt nigdy nie nazwie bękartami.
W przeciwieństwie do Cezarego Mariusz odchodził od drugiej żony z podkulonym ogonem i poczuciem winy, które nie opuściło go do dziś.
Widzi je w oczach dorosłego już syna. Nie może słuchać o dzieciach samotnych matek. Kiedy wyprowadzał się od Baśki, mały Mateusz przywarł mu do łydki i nie chciał wypuścić z domu. A potem robił tak za każdym razem, gdy Mariusz wpadał do byłej żony, a to naprawić kran, a to uszczelnić okna, a to poczekać na hydraulika, kiedy Baśka była w pracy. Zapłakana buzia nie daje mu spać skuteczniej niż ofiary zabójstw, jakie zdarza mu się oglądać w pracy.
Dochodzeniowiec z prawie 20-letnim stażem potrafi spokojnie rozmawiać z zabójcą, ale traci nerwy przy alimenciarzach. Zabiłby ścierwo, które nie daje pieniędzy na własne dziecko. Na Mateusza skwapliwie oddaje kilkaset złotych miesięcznie, funduje wakacje i studia. Sam może chodzić w starych butach, jeździć tramwajami i nie wykupić karnetu na siłownię, ale Mateusz i 13-letnia Pola mają mieć wszystko.
Mimo to te 15 lat temu uczucie do Marty, toczka w toczkę Baśki, tylko pięć lat młodszej, wygrało z miłością do syna i łzami jego matki. Zakochał się po same uszy, szalał na myśl, że ktoś może mu zabrać tę blond piękność. Kiedy po pół roku bycia kochanką zagroziła, że odejdzie i zażądała, by rozwiódł się z żoną, uległ. Poza tym, głupio by mu było, gdyby Baśka dowiedziała się od osób trzecich. Marta mieszkała blok dalej, z Baśka znały się od dzieciństwa. Sam nie czuł się w porządku, przyprawiając żonie rogi z sąsiadką. On był szczelny, ostrożny, ale Marcie mogło się wyrwać kilka słów za dużo. Najwytrawniejsi oszuści wpadali przez najprostsze błędy. Dlaczego i on nie miałby się wyłożyć na najprostszej sprawie?
Na pytanie, czy nie ma wyrzutów sumienia wobec Baśki, odpowiadał, że najpierw musiałby mieć sumienie. Tłumaczył matce i byłej teściowej, że akt małżeństwa to dokument, który jak każdy traci na aktualności. I że rozwód nie wymazuje Mateusza – ani z jego dowodu, ani z życia, ani z serca. – Głupio, ale rozwiodłem się z czystej uczciwości.
– Nie chciałem stawiać Baśki w sytuacji, w której sam nie chciałbym zostać postawiony – mówi. Marcie teoretycznie mógłby odmówić. Trzecie małżeństwo to ryzyko kolejnych alimentów, również dla eks-małżonki, której pogorszyłby się poziom życia, no i kolejnego orzeczenia o winie w przypadku rozwodu. Ale Mariusz lubi mieć porządek w papierach i nie ucieka od odpowiedzialności.
Tak, jak nie uciekł przed nią po raz pierwszy, jako 19-latek, kiedy dziewczyna powiedziała mu, że jest w ciąży i muszą się pobrać. I choć ciąży nie było, a rozwodził się dopiero po dwóch dość szczęśliwych latach, zakłóconych pojawieniem się Baśki, miał poczucie wywiązania się z obowiązku.
– Na każdym polu życia trzeba być w porządku – wobec przełożonego, wobec fiskusa i wobec rodziny. Jeśli komendant może wyegzekwować ode mnie posłuszeństwo, a urząd skarbowy zmusza mnie do płacenia podatków, to dlaczego żona nie miałaby mieć papierka, który gwarantuje mój udział w finansowaniu rodziny? I płynność w sytuacji, kiedy dokument zostanie anulowany? – pyta poważnie Mariusz.
Adama śmieszą Mariuszowe teorie płynności. – Ślub to przede wszystkim fajna impreza, która uświadamia ludziom, że naprawdę do siebie należą.
Ci, którzy się go boją, żyją ze sobą na pół gwizdka. Obawiają się zaangażowania – tłumaczy. 46-letni wydawca i wieczny romantyk, ślubował trzy razy, ale dopiero jako 40-latek stanął przed ołtarzem. Pierwsza żona była szalonym porywem serca. Spojrzeli na siebie i wiedzieli, że są sobie przeznaczeni.
On, student religioznawstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim, który w PRL-owskiej scenerii wyróżniał się na Błoniach długim płaszczem i – nawet w zimie – brakiem skarpetek. I ona – czekoladka, pół-Libanka, pół-Polka, wysłana na studia do ojczyzny matki. Pobierali się w tajemnicy przed jej wszechwładnym papą, który dla jedynaczki wymarzył sobie afrykańskiego księcia.
Do urzędu stanu cywilnego szli w ubraniach fantazyjnie przerobionych na ślubne. Przyjęcie weselne odbyło się na dziedzińcu jednego z akademików. Pierwszą noc panna młoda spędziła jednak na podłodze. Przy całym romantyzmie Adam zapomniał o sprawach tak przyziemnych jak łóżko. Grunt, że był dach nad głową – mansardka wynajęta w jednej z krakowskich kamienic.
Maryśka poddała się po dwóch miesiącach. Przegrała z listopadowymi nocami pod nieszczelnym dachem, zimnem i ciągłą nieobecnością małżonka – zakochanego wprawdzie, ale aktywnego naukowo i towarzysko. Wróciła do Libanu. Niby na chwilę, ale zamiast zawiadomienia o powrocie Adam dostał list od jej papy, nakazujący mu natychmiast podpisać pozew rozwodowy. Nie pomogły 50-stronicowe listy, wysyłane codziennie, pisane na marmurowych parapetach najstarszej knajpy w Rynku. Pisać przestał, kiedy dostał tę jedną jedyną odpowiedź: „Kocham Cię, ale musimy się rozwieść”.
{google_adsense}
Od miesiąca planował samobójstwo, kiedy poznał Joannę. Była pięknym rudym aniołem, artystycznym i zakochanym w nim jak nikt przedtem. Zapomniał o samobójstwie. Liczyła się Joasia, która, jak się okazało, szybko zaszła w ciążę. Drugi ślub, choć również cywilny, nie miał w sobie nic z prowizorki. Tańczyli na nim krewni z obu stron i koledzy z wydziałów – religioznawstwa i jej szaleni malarze z ASP. Filip Bożydar przyszedł na świat w Andrzejki i od tego czasu nigdy nie przestał się uśmiechać.
Adam dostał pracę szefa w jednej z gazet, a Joasia… z dnia na dzień coraz bardziej chudła. W latach, kiedy jeszcze nikt nie mówił o anoreksji, jego żona przechodziła z wagi papierowej do piórkowej. Kiedy trafiła na oddział z zatrzymaniem krążenia i mocnym postanowieniem nietknięcia nawet kropli wody, stało się jasne, że nie da rady zająć się synkiem. Adam wziął pięciolatka do Warszawy, gdzie zaproponowano mu posadę za pieniądze trzy razy większe niż krakowskie. Starczyło na superszkołę dla synka i prywatną klinikę dla żony.
Z Katarzyną zaczęli się spotykać, kiedy Joasia wzięła z nim rozwód. Zażądała go po spotkaniu Piotra. Jak wiele osób po psychuszce, związała się z kolegą z oddziału. Synek został z Adamem, swoimi rewelacyjnymi wynikami w nauce i coraz częściej pojawiającą się w ich domu ciocią, która świetnie sprawdzała się w roli towarzyszki zabaw.
Adam i Kaśka pobrali się po kilku latach związku, właściwie ulegając delikatnej sugestii rodziny.
– Ale nie musieliśmy się do tego zmuszać. Stwierdziliśmy, że to fajna okazja pokazać światu, że jesteśmy jednością. W sumie przeżyłbym, gdybyśmy nadal żyli na kocią łapę, ale ta obrączka na palcu naprawdę daje pewność. Nie zrozumie tego nikt, kto jej nie założył – mówi, demonstrując półcentymetrową obręcz z żółtego złota, taką samą, jaką nosił jego ojciec, stryj i dziadek. Filip podczas wesela pełnił funkcję starosty i robił furorę wśród gości. Dziś studiuje medycynę i uwielbia swoje dwie młodsze siostry, z których pierwsza, wówczas roczna, była honorowym gościem na ślubie rodziców.
Sam Adam ślub wspomina jako wydarzenie podniosłe: – Nie jestem do końca wierzący, nie mam uporządkowanych stosunków z Panem Bogiem, nie latam co tydzień do kościoła, ale przyjęcie sakramentu było dla mnie wielkim przeżyciem – wspomina. Gdyby los spłatał mu figla i po raz czwarty wystawił na wielkie uczucie, również nie zawahałby się stanąć przed ołtarzem.
– Ludziom, którzy boją się ślubu, wydaje się, że w każdej chwili mogą odejść, zupełnie bezkarni, rozgrzeszani przez społeczeństwo. A przecież nawet dziecko, stojące przed ladą z 50 smakami lodów, nie może polizać wszystkich, zanim zdecyduje się na jeden. Ślub to świetne przypieczętowanie umowy, którą zawiązuje ze sobą dwoje dorosłych, poważnie o sobie myślących ludzi. Skoro ktoś ją wymyślił i od tylu pokoleń funkcjonuje, nie może być zła – uważa Adam. I dodaje, że rozwieść się jest dzisiaj równie łatwo, co wziąć ślub. Więc nie ma się czego obawiać.
A Mariusz, który dzięki aktowi małżeństwa czuje się przed żoną odpowiedzialny prawnie, finansowo i partnersko (uważa, że Marta ma prawo wiedzieć, gdzie jest i o której wróci do domu, więc regularnie się jej melduje, podając mniej lub bardziej rzeczywisty powód spóźnienia), dowodzi, że małżeństwo jest transakcją wiązaną: – Ja zapewniam mojej żonie utrzymanie, dbam o nią i o dzieci, a ona mi gotuje, pierze i sprząta. Ona swobodnie wypłaca z naszego wspólnego konta, ja wrzucam koszule do pralki, żeby wyciągnąć je z szafy czyściutkie i nienagannie wyprasowane – tłumaczy.
Cezary z kolei w małżeństwie widzi inną korzyść: – Żona to dla mnie najbliższa istota na świecie, z którą dzielę nie tylko łóżko i finanse, ale myśli. Ktoś, kto wie o wszystkim, co działo się w ciągu dnia i kto jest architektem wieczoru. Dlaczego więc mielibyśmy być dwiema odrębnymi jednostkami: z punktu widzenia prawa, sąsiadów, moich byłych żon i dzieci z poprzednich małżeństw? Ślub to pieczęć. Akt własności. Niekoniecznie
dożywotniej.
Najczęściej zmieniają żony panowie spod znaku Bliźniąt, którzy poszukują ciągłych zmian i szybko nudzi im się jedna i ta sama partnerka.
Na drugim miejscu są Barany, zwykle pochopnie podejmujące decyzję o ślubie. Gdy pierwsze zauroczenie minie, zakochują się na zabój w kimś innym.
Lwy traktują żonę trochę jak luksusowy samochód i gdy przestanie się podobać lub ma za duży przebieg, nie wahają się wymienić ją na nowszy model.
Na dalszym miejscu są Ryby i Strzelce, które idealizują partnerkę, a gdy rozczarują się, odchodzą dalej, szukać swojego ideału.
Wagi również często się rozwodzą, choć bez prania brudów, a ponieważ panowie spod tego znaku nie potrafią być sami, szybko znajdują sobie nową żonę.
Pozostałe znaki rzadko więcej niż jeden raz stają na ślubnym kobiercu.
Skorpionowi wystarczy kilka kochanek, bo z natury jest poligamistą, żonę – jeśli ją ma – traktuje bardziej jak kumpla, który niejedno wybaczy.
Byki i Raki przywiązują się do osób oraz codziennych rytuałów i nie lubią zmian.
Koziorożce podejmują decyzję o ślubie po dokładnym przemyśleniu i już jej nie zmieniają. Kochanki – i owszem, ale żona jedna…
Wodniki z zasady nie uznają instytucji małżeństwa i najczęściej żenią się z rozpędu lub przez pomyłkę, a Panny, gdy raz się sparzą, nie zaryzykują ponownie, prędzej zostaną same.
Karolina Kowalska
Miłość tylko do następnego ślubuCzy kobieta może liczyć, że jej czterokrotnie żonaty narzeczony już wyszalał się matrymonialnie? Nie! Bo on potrafi tylko kochać, przekonuje Andrzej Komorowski, terapeuta małżeński i rodzinny.
Dlaczego mężczyzna czterokrotnie żonaty decyduje się na kolejny ślub? Z doświadczeniami przykrego rozwodu i komplikacji majątkowych chce po raz kolejny nałożyć obrączkę? Czy naprawdę tak strasznie kocha?
Dobrze to pani nazwała: strasznie kocha. „Dobrze” byłoby niegodne jego emfazy, emocji i ekstazy. W odróżnieniu od wdowców, najczęściej rolników, których do powtórnych ożenków skłania konieczność, miejscy notoryczni małżonkowie to wieczni młodzi chłopcy, w wieku od 30 do 70 lat. Jak precyzuje czeski klasyk poradnictwa małżeńskiego Miroslav Plzak, to synowie mamusi.
Maminsynkowie?
Nie, to różnica. Synek mamusi to inny typ człowieka, na którego życie wpływ wywiera lub wywierała matka, żyjąca lub nie. Jego tata odszedł stosunkowo wcześnie, zostawiając mamusi dobrą pamięć i spory mająteczek – nie majątek, a mająteczek. Syn, wchodząc w życie zawodowe, wciąż mieszkał z matką. Jest wrażliwy, ma z kobietami prawdziwą wspólnotę dusz, umie słuchać, ale jednocześnie to typ mocny, władczy i męski. A do tego bardzo przystojny. Żadna miękka sierotka.
Chyba że dla mamy?
Nie do końca. Z kolei matka bez niego, bez swojego Piotrusia Pana nie może funkcjonować. Z mamą ma skomplikowany układ. Rządzi nią, jednocześnie się jej poddając. Ona zaś stale pilnuje, by nie zszedł na manowce i za nic nie pozwoli, by kochał kogoś bardziej niż ją. Akceptuje narzeczone syna, dopóki jest w nich zakochany. Nie przeszkadza jej seks, czułość wobec wybranki. Ale kiedy syn zaczyna kochać inną kobietę, zaczyna się problem.
{google_adsense}
Ale nie taki, żeby się nie ożenić?
Nie żeni się przecież z miłości, a ekscytacyjnie. Trafia go syndroma amorosis acte – syndrom ostrego zakochania, czyli piorun świetlisty albo, jak mówiła moja niania, pierdolec miłośny. Trwa to od 5-7 do około 500 dni i polega na wydzielaniu przez obie płcie zwiększonej ilości estrogenu – kobiecego hormonu odpowiedzialnego za więź, chęć wspólnego przejścia przez życie.
Te objawy dotyczą chyba wszystkich zakochanych?
Tak, ale zazwyczaj zamieniają się w miłość dojrzałą. Notoryczni małżonkowie zatrzymują się natomiast na pierwszym etapie, nigdy nie przechodząc w fazę dojrzałą. Oni ten stan uwielbiają – lubią roztaczać miraże, są w tym mistrzami. To mężczyźni, którzy zamykają oczy, jak całują, co nieodmiennie wzrusza kobiety. Błyskawicznie się oświadczają, padając na kolana i wyznając dozgonną miłość.
I partnerkom nie zapala się w głowie ostrzegawcza lampka?
Nie, bo są w tym doskonali. To mężczyźni potrafiący obwąchiwać w sklepie skórę szpilek, mówiąc: „Nie kupuj, źle pachną”. Oczywiście, jeśli w oczach partnerki dostrzegą błysk zainteresowania tymi szpilkami, uniosą się nad ich zapachem. Mają niezwykłą, niemal kobiecą, wrażliwość estetyczną i zapachową. Ale też potrafią zgrywać Woody Allena, żonglując dyżurnymi nazwiskami, wśród których obowiązkowo występuje Sartre, Freud… Ważne jest, że ukochany orientuje się w nowościach wydawniczych, których recenzje przeczytał zresztą w internecie tuż przed randką. Są to zwykle związki stosunkowo powierzchowne, naznaczone ukrytą kobiecością tych mężczyzn, kobiecością ich matek i dziewczynkowatością wybranek.
Wybranki notorycznych są dziewczynkowate?
Żeby taki, patologiczny przecież, układ mógł funkcjonować, partnerzy muszą się dopasować. Ona jest ukochaną córeczką, zazwyczaj nieobecnego już, tatusia, z którego był wprawdzie niecnota, hazardzista albo alkoholik, ale gdyby mamusia właściwie z nim postępowała, na pewno źle by nie skończył. Wybiera tego elegancika, bawidamka wychowanego przez matkę, bo znajduje w nim ten sam szalony zachwyt, jakim darzył ją tatuś.
I pobierają się, ale nie żyją długo i szczęśliwie, bo on ją porzuca dla innej.
Notoryczny małżonek ma w sobie jednocześnie coś z Colombiny i Pierrota. Kiedy po 500 dniach przechodzi mu miłosny szał, a zaskoczona małżonka, zamiast „uwielbiam cię”, słyszy: „Baśka, koszula jest?”, on zaczyna odsłaniać przed nią prawdziwe „ja”. Nie ma już rozsypywania u stóp płatków kwiatów, nie ma seksu co godzinę. A jeśli się jeszcze okaże, że ona się postarzała, bo nie ma już 32, tylko 36 lat, przychodzi czas, by ją wymienić. Nowa wybranka wysłuchuje więc, że poprzedniczka go okradła, zdradziła, chrapała w nocy, mamrocząc przez sen imiona innych mężczyzn albo przynajmniej nie rozumiała.
A ta kolejna nie nabiera podejrzeń. Czy kobieta, która przyjmuje oświadczyny mężczyzny po czterech rozwodach, nie powinna uderzyć się w czoło?
Moim zdaniem powinna już po jednym rozwodzie. Jest takie przysłowie: Rozwodnik nie pies, nie wydra. Swojej nie uszanuje i cudzą ukrzywdzi. Trzeba się trzymać z daleka od tych w nieco już zaangażowanym wieku i zgrywających sierotkę. Tacy mężczyźni znajdą jednak pocieszycielki po rozwodzie pierwszym, drugim, ale i piątym.
Gorzej z ich ofiarami?
To tak jak ze złodziejami damskich torebek i paniami noszącymi je otwarte i na cienkim sznurku. Takie incydenty zdarzają się we wszystkich wielkich miastach świata – w Paryżu, Rzymie i Warszawie. Bo dopóki będą otwarte torebki, kieszonkowcy będą korzystać z okazji. Synowie mamuś będą znajdować dziewczynki, poszukujące tatusia. To zamknięty krąg. Patologia.
Nie da się jej leczyć?
Mężczyzn nie. Zresztą oni, jeśli trafiają na terapię, to zaciągnięci przez czwartą żonę i to z powodu hazardu lub alkoholizmu. Na sesji indywidualnej, która jest wymogiem podczas terapii małżeńskiej, mówią mi najczęściej: „To teraz pogadajmy jak facet z facetem. Pan mnie rozumie”.
A więc nie ma nadziei? 25-latka nie ma co liczyć, że jej czterokrotnie już żonaty 48-letni narzeczony wyszalał się matrymonialnie?
Ależ skąd! On ją jeszcze przeżyje dwa razy. Czy jest nadzieja? Czasem „Casanova” nigdy się nie ożeni, a „Don Juan” spotka swego Kapitana. Bo zdarzają się wyjątki, ale one potwierdzają regułę.
Karolina Kowalska
fot. Forum
dla zalogowanych użytkowników serwisu.