Brazylijczycy wierzą, że Rio de Janeiro jest tam, gdzie sięga wzrok Chrystusa z góry Corcovado. Ale niektórych rzeczy Jezus nie widzi. A na inne przymyka oko.
38-metrowy Zbawiciel z betonu patrzy w stronę oceanu. W stronę Zatoki Guanabarra, którą odkrywcy: Amerigo Vespucci, Gaspar de Lemos i Gonzalo Coelho 1 stycznia 1502 roku wzięli za ujście wielkiej rzeki. Właśnie tę rzekę – której tak naprawdę nie ma – nazwali Rio de Janeiro, Rzeką Stycznia. Tak zaczęła się historia miasta, które uchodzi za światową stolicę beztroski. Ale to tylko pozory, bo w Rio wiele spraw jest tylko na niby. Albo jest zupełnie czymś innym, niż się wydaje.
Na pozór to miasto szalonego karnawału, ale odkąd ceny biletów wstępu na Sambódromo przekroczyły kwotę tysiąca dolarów (za najlepsze miejsca w tym roku trzeba zapłacić 2200 USD), na udział w paradzie szkół samby tak naprawdę mogą pozwolić sobie wyłącznie najbogatsi turyści: Rosjanie, Chińczycy, Hindusi i Amerykanie. Mimo to w Rio żyje się pomiędzy sambą, futbolem i plażą. W najlepszych dzielnicach możesz natknąć się na biura, których drzwi są zatrzaśnięte na głucho, bo gospodarze wyskoczyli właśnie na plażę.
– W każdym razie tak o nas mówią ci z São Paulo – śmieje się Raul, właściciel jednego z nielicznych kantorów wymiany walut. Odkąd na ulicach pojawiły się bankomaty, takie firmy jak jego znikają, ale Raul dorabia sobie kserowaniem skryptów i książek dla studentów – tak jak pozostałych dziewięć milionów mieszkańców miasta każdego dnia walczy o przetrwanie.
Teoretycznie on i jego krajanie mają wszystko, żeby zwyciężyć: ciągnące się kilometrami najpiękniejsze plaże świata, świetne rozwiązania komunikacyjne, najwyższy aktualnie poziom wzrostu gospodarczego. I katastrofalne bezrobocie. Ci, co mają pracę, zostawiają w supermarkecie po 1500 USD na zwyczajne zakupy. Nic specjalnego – jedzenie i picie (w Rio piwo z lodówki kosztuje dwa razy tyle co nieschłodzone). Ci, co pracy nie mają, muszą przetrwać za kilkanaście dolarów miesięcznie. Albo przystać do gangu.
{google_adsense}
Jedna metropolia: dwa światy
Na pozór panuje tu ład i porządek, ale naprawdę to dwa łady i dwa porządki. Demokracja kończy się na granicy faveli. Dalej panuje feudalizm. Nie ma wyborów do rady miasta, a miejsce w hierarchii trzeba sobie wywalczyć. I to z bronią w ręku. Na pozór favele to największe na świecie slumsy, ale tak naprawdę to po prostu inny świat. Domy wcale nie są z tektury, ale z cegieł czy betonu.
Ludzie nie zbierają odpadków na ulicy, ale oglądają kablówkę lub siedzą na Facebooku. Tyle że wszystko mają kradzione: prąd, telewizję, internet i wodę do picia. I choć favele wydają się najbardziej niebezpiecznymi miejscami w całym mieście, to nigdzie nie będziesz bardziej bezpieczny niż tu. Okradną cię w metrze, autobusie, tramwaju, a już najłatwiej na plaży. Tu nikt cię nie okradnie, nie zgwałci ani nie zabije. Jeśli gangsterzy pozwolili ci wejść do faveli – masz ich gwarancję, że na pewno nikt nie tknie ani ciebie, ani twoich rzeczy. Gdyby tylko spróbował, straci rękę. Albo i życie.
Poza dobrem i złem
Granica miasta i faveli nie jest nigdzie oznaczona. Nie ma żadnej bramy, nie ma ogrodzenia. Jest tylko szeroka zatłoczona ulica. Policjanci w mundurach siedzą w zaparkowanych vanach. Ci ubrani po cywilnemu – przy stolikach w knajpce.
– Musimy wyglądać jak obcy – mówi Gabriela, która żyje z organizacji wycieczek po dzielnicach biedy. Zapewnia, że nie musi opłacać się gangsterom, ale trudno w to uwierzyć. – Policjanci muszą wiedzieć, że tu wchodzimy. Jeśli planują jakąś akcję, po prostu nas zatrzymają.
W czasie starć gangów z policją leje się dużo krwi. Rok w rok w strzelaninach w Brazylii ginie kilkaset osób, większość w Rio. Gabriela opowiada, że dziesięć dni wcześniej, mniej więcej nad granicą między Rocinhą i Vita Pedra Bonita, gangsterzy zestrzelili policyjny śmigłowiec.
– Najsławniejsza favela, Cidade de Deus, tak naprawdę nawet nie leży w Rio – opowiada Gabriela. – Miasto Boga jest daleko na zachód od centrum, tam, gdzie nie sięga wzrok Jezusa. Bo my uważamy, że Rio jest tam, gdzie sięga wzrok Chrystusa z Corcovado.
Jezus cię widzi i wie, jaki naprawdę jesteś: dobry czy zły. Ale nawet ten Chrystus nie jest tym, czym się wydaje. Nie jest znanym z pocztówek monumentalnym symbolem miasta. Jest świątynią. Od czterech lat w plecach figury znajdują się wrota do Sanktuarium Chrystusa Zbawiciela. To jedyny kościół w całym mieście, gdzie naprawdę pilnują, żebyś nie robił zdjęć.
Złote plaże, złote ołtarze
Rio ma wszystkie plusy wielkiego miasta. I poza złodziejami – nie ma wad. Nie można się tu pogubić. Dzięki górom, które wyrastają na 700 metrów nad poziom morza, zawsze wiesz, gdzie jesteś. Metro jedzie wzdłuż wybrzeża, z każdej stacji blisko do plaży. Autobusy docierają wszędzie. Nawet do faveli. Muzea są tanie i naprawdę intrygujące. Muzyka – jakiej tylko możesz zapragnąć: Chopin w filharmonii, samba w klubach Lapy, jazz w Copacabanie, rock w Ipanemie. Jeśli nie stać cię na zakupy w supermarkecie w drogiej dzielnicy, możesz pojechać metrem do Botafogo i kupić za pół ceny. Plaża jest za darmo. Oczywiście pod warunkiem, że nie chcesz niczego kupować. I to nie byle jaka plaża, ale Copacabana, najsławniejsza plaża świata, choć dla Cariocas, mieszkańców Rio, jest już passé.
Teraz liczy się Ipanema – złoty piach, góry po prawej i po lewej ręce, ocean niebieski jak marzenie i kobiety tak piękne, że trudno oddychać. Prawdą jest wszystko z wyjątkiem kobiet. Odkąd gospodarka Brazylii zaczęła rozwijać się tak szybko jak w Chinach – poziom życia tych, co mają pracę, odbił się mocno na ich tuszy. Nie zmienił jednak stylu życia. Cariocas nie kryją, że lubią seks, więc lepiej nie szwendać się po plaży samemu. I nie patrzeć kobietom w oczy zbyt głęboko.
– Te ładne są na pewno zajęte – twierdzi Michael z mojego hostelu – albo po kilku operacjach. Mniej ryzykownie jest powałęsać się po śródmieściu, w barach dla miejscowych popróbować feijoady z wieprzowiny i czarnej fasoli, wypić piwo, pooglądać na telebimie piłkarski mecz Botafogo lub Flamengo, zajrzeć do klasztoru św. Antoniego, najstarszej budowli w całym mieście, pamiętającej początek XVII wieku, zobaczyć jej złocone ołtarze z drzewa jakarandy i niekończące się kolejki do konfesjonałów.
Znacznie spokojniej jest w monstrualnej katedrze São Sebastião, odlanej z betonu na kształt odwróconego wiadra. Budowla robi z zewnątrz przygnębiające wrażenie, ale w środku wszystko się zmienia, bo w ciemnościach widać nieziemskie, granatowe smugi światła prześwitującego przez witraże.
Nabożeństwo na autostradzie
Nawet nie wiem, kiedy złapałem się na tym, że ze wszystkich miast świata to właśnie Rio lubię najbardziej. Za to, że można iść wzdłuż plaż kilkanaście kilometrów, przekraczając tylko oddzielające je od siebie górskie grzbiety: Arpoador między Ipanemą i Copacabaną czy Pão de Açúcar, czyli Głowę Cukru, między Copacabaną a Botafogo.
Za parady, które Cariocas naprawdę kochają. Nie tylko w czasie karnawału. W dzień Bożego Ciała przez zamknięte centrum wędrują tysięce ludzi, a nabożeństwo trzeba odprawiać na autostradzie. Religijność każe Cariocas spowiadać się ze wszystkich nieformalnych związków tydzień w tydzień i zapewnia im rozgrzeszenie, choć o poprawę jest trudno.
– Jesteśmy bardzo religijni – mówi Gabriela. – Ale nie przeszkadza to każdemu z nas nosić na przegubie sznureczek, który chroni od uroków. Kupujesz go na rynku, ale zanim zawiążesz, wkładasz w kościele do święconej wody.
– Po co?
– Żebyś miał w życiu szczęście.
{google_adsense}
Taniec z gwiazdami
O Cariocas mówi się, że ich życie obraca się wokół samby, piłki nożnej i Chrystusa. To prawda, ale nie do końca. Wieczorem zarówno w luksusowych klubach i apartamentach najmodniejszej obecnie dzielnicy
– Ipanemy, jak i w maleńkich domkach w favelach, wszyscy zasiadają przed telewizorami. I to nie byle jakimi. W mieście króluje telewizja 3D. W favelach – plazmy i LCD.
Wszyscy oglądają Faustão. Fausto Corrêa da Silva w 1989 roku rozpoczął w telewizji Globo emisję „Tańca z gwiazdami”. Do swojego portfolio rychło dorzucił „Gwiazdy na lodzie”, „Idola” i coś na kształt „Milionerów”. Dziś programy Faustão zajmują w ramówce całe niedzielne popołudnie.
– Faustão to najsławniejszy Brazylijczyk, sławniejszy niż Pelé – mówi Mariana, menedżer działu kredytów w Citibanku. – To on na dobre zmienił nasze życie.
– To znaczy?
– Kiedyś żyliśmy tak, żeby było dobrze: uczyliśmy, żeby iść na studia, zakładaliśmy rodziny, chodziliśmy do kościoła. Dziś wierzymy, że trzeba być pięknym i mieć szczęście. Trafisz do telewizji albo do kolorowych gazet i w jednej chwili jesteś bogaty.
Dlatego kiedy idziemy przez favelę, wybierając drogę tak, żeby suchą nogą przedrzeć się przez rynsztoki, wybiegają z domków, żeby nam pozować. Kto wie? Może zdjęcie którejś z nich trafi do gazety, może zobaczy je Faustão i wygrają „Mam talent”? Do niedawna na Corcovado można było wjechać kolejką, ale odkąd wichura zniszczyła torowisko, pozostają minibusy. Cariocas zorganizowali się błyskawicznie: korporacja taksówkarska, stałe, wysokie ceny i żadnej konkurencji.
Jeśli chcesz zobaczyć Miasto Boga spod jego stóp, musisz zapłacić. Z parkingu pozostaje jeszcze ponad 200 schodów. Dla tych, którzy nie nie chcą się zmęczyć, jest winda. U stóp Chrystusa panuje nieziemski tłok. Ale kiedy pracownicy korporacji nawołują: „Ostatni kurs!”, turyści posłusznie zbiegają na parking i ustawiają się w kolejce do odjazdu.
Zmierzch
W tym czasie na górze rozpoczyna niezwykły spektakl. Słońce za plecami Jezusa staje się czerwone. Nie widać świateł miasta, tylko zębaty grzebień gór. To złudzenie, bo Corcovado stoi w samym środku współczesnego Rio, ale strome zbocza góry sprawiają, że jesteś ponad miastem. Białe ściany domów stają się sine. Siny ocean – granatowy. A potem, nagle, bo zmrok jest tu szybki jak cień – zapalają się światła. Wszystkie światła Rio. I wtedy czujesz, że jeśli jest na całej kuli ziemskiej jedno miejsce, które chciałbyś mieć na własność, to jest nim właśnie to miasto.
Grzegorz Kapla
fot. Grzegorz Kapla, Fotochannels, Shutterstock.com
dla zalogowanych użytkowników serwisu.