Lala z idealną fryzurą, miś bez naderwanego ucha są pechowe – zapewnia Marek Sosenko, kolekcjoner z Krakowa, który stworzył jeden z największych prywatnych zbiorów zabawek.
To było ponad 20 lat temu. Uznany już wówczas kolekcjoner, właściciel imponujących zestawów lalek, pluszaków, samochodzików, klocków i kolejek trafił do kamienicy, którą właśnie postanowiono wyburzyć. Kamienicy z historią, w której przed wojną mieszkał wraz z żoną wysoki przedstawiciel Opla i Fiata. Zatem Marek Sosenko przeczuwał, że spotkać go może coś nadzwyczajnego.
– Nic tu po panu, oni byli bezdzietni – usłyszał od mieszkańców na wstępie. I rzeczywiście, w workach przeznaczonych na makulaturę nie było nawet śladu po zabawkach. Zrezygnowany spojrzał jeszcze na jeden z balkonów. I nagle… – Zobaczyłem jego łapę. Wystawała z worka, jakby prosząc o wyrwanie z tej tonącej łodzi – Marek Sosenko uśmiecha się na samo wspomnienie pluszowego miśka z długimi łapkami i długim nosem z początku ubiegłego stulecia.
Królestwo wygłaskanych misiów i lisków
Ten misiek rzeczywiście był wyjątkowy. Powstał w słynnej pracowni Margarete Steiff. Niemki, sparaliżowanej po chorobie Heinego-Medina, która ponad 130 lat temu wpadła na pomysł, by szyć poduszki na igły w kształcie pluszowych zwierząt. Miała siostrzeńca Richarda, któremu najbardziej spodobał się miś. Ulepszył go, poprawił, dodał mu ruchome łapy i ruchomą głowę. Potem w misiach firmy Steiff zakochali się Amerykanie. Zakochiwały się w nich także kolejne pokolenia dzieci z całego świata. Nadeszła niekończąca się moda na misie.
{google_adsense}
Wyleniały przyjaciel z burzonej kamienicy dołączył do rodzinnego królestwa Sosenków. Królestwa imponującego, domowego, bo mieści się w willi kolekcjonerów. Złożonego z przechowywanych w przeszklonych szafach, serwantkach – ale też czasem z braku miejsca w skrzyniach – ponad 40 tysięcy zabawek, nad którymi czułą pieczę sprawują od lat pan Marek, jego żona Bożena i trójka ich dzieci (każde z nich poza tym zbiera coś innego, od wachlarzy i kałamarzy po stare aparaty fotograficzne). W tej zgranej rodzinie chciałaby się znaleźć każda zabawka.
Nawet ta najbardziej zniszczona. Mają na to, zresztą, spore szanse… – Gdy widzę na przykład starego liska, pozbawionego futra, dla kogoś postronnego być może nic już niewartego, to robi mi się naprawdę przyjemnie na sercu – przyznaje kolekcjoner. – Świadczy to najpewniej, że jakieś dziecko długo i mocno go przytulało i głaskało, to była zabawka szczęśliwa, ukochana.
Cuda pradziadków
Pod koniec lat 70. zgłosiła się do niego znajoma, która postanowiła wyemigrować z Polski. Nie wiedziała, co zrobić z gromadzoną od pokoleń kolekcją lal, żołnierzyków, samochodzików. – Albo ją weźmiesz, albo przepadnie – zagroziła. Wziął, bo przecież nie mógł pozwolić, by te wszystkie „cuda”, często pamiętające dziecięce lata naszych pradziadków, trafiły w niebyt. A poza wszystkim nie mógł oderwać oczu od starych zabawek. Różniły się znacznie od dzisiejszych, plastikowych, wykonywanych maszynowo i masowo. Tworzono je często ręcznie i z zegarmistrzowską precyzją. Miały przecież przede wszystkim odzwierciedlać otaczającą je rzeczywistość, były misternie wykonanymi miniaturami rzeczy ze świata dorosłych. Na przykład domek dla lalek jak wiktoriańska rezydencja, z salonem, sypialnią, toaletą, ba, nawet z papierem toaletowym.
– Oczywiście, że nie było to dla mnie wyłącznie zbieractwo – przyznaje pan Marek. – Nie przypomina to przecież kolekcjonowania precjozów, bo te tym cenniejsze, im lepiej zachowane. Przywracanie starych, zniszczonych zabawek do życia wymaga nie tylko wiedzy i pieniędzy, ale także szczególnego wysiłku. Weźmy typowego starego misia, których Sosenkowie mają kilkaset.
Najpierw należało go oczyścić z brudu, zdezynfekować (najlepiej w komorze próżniowej), potem, po rozpruciu i uzupełnieniu brakujących trocin, zaszyć równie starą nicią. I to pasującą do misiowych kolorów. Później każdy po kolei włosek trzeba przeczesać szpilką, by jego sierść odzyskała dawny blask. Z lalami bywa jeszcze gorzej, tu liczy się przede wszystkim wierne odtworzenie przez różnych specjalistów zniszczonych detali. Sosenkowie zgodnie przyznają: trzeba mieć w sobie trochę z dziecka, by to wszystko robić. Trzeba być przez zabawki zaczarowanym.
Karty słynnej wróżki
Marek Sosenko ze zdziwieniem odkrył, że w Polsce jest wiele osób, które, czasem za darmo, czasem za niższą niż rynkowa cenę, chcą mu przekazać lalki czy misie. Bo uważają go za człowieka, dla którego każdy przedmiot wart jest szacunku. O czym najlepiej świadczy fakt, że kilka lat temu okrzyknięto go „królem polskich kolekcjonerów”. Tak było z XVI-wieczną szopką królowej Bony, sprzedaną panu Markowi przez innego kolekcjonera po zaniżonej cenie. Szopką, która należała ongiś do słynnego polskiego komediopisarza, Aleksandra Fredry!
Do najcenniejszych eksponatów kolekcji Sosenków zaliczają się też zamknięty w szkle rajski ogród i forteca, która była własnością Stanisława Wyspiańskiego, a potem jego dzieci. Jest też zamek, którym bawiły się pociechy cesarza Niemiec Wilhelma II i wielki żaglowiec z początku XIX wieku, model zbudowany na wzór statku Kolumba. A także laleczki porcelanowe, które mają nie więcej niż półtora centymetra.
Mniejsze od nich są tylko kręgle z kości słoniowej, których aż 18 mieści się w łupinie orzecha laskowego. Jest wreszcie, ulubione kiedyś przez dzieci pana Marka, nakręcane kluczykiem „Auto roku 2000”, które porusza się na dźwięk gwizdka. Jego pomysłowy twórca oddał je dzieciom do rąk w roku… 1936. A jeszcze chevrolet, wielki, z silnikiem spalinowym i dwiema skrzyniami biegów. No i te roboty z lat 40. Nie mają, jak dzisiejsze, w rękach karabinów ani laserów. Wykonano je z myślą, że kiedyś będą wspierać człowieka.
Zabawki są też przejawem starej jak ludzkość potrzeby oderwania się od spraw codziennych. Dowodzą tego choćby najstarsze w kolekcji kości do gry z brązu, najprawdopodobniej ze starożytnego Egiptu. Albo liczmany (też rodzaj kości), którymi średniowieczni rycerze bawili się w oberżach. Wreszcie karty: do tarota, taroka, pasjansa. U Sosenków kart jest już tyle, że tylko z karcianych zbiorów można by urządzić solidną wystawę (w sumie ponad tysiąc talii). Są karty dla dzieci, dla dorosłych, do podróży, w tym talia złożona z kart tak maleńkich, że nie większych niż najmniejszy ludzki paznokieć. Najstarsze pochodzą z XVIII wieku.
{google_adsense}
Niejeden okultysta pozazdrościłby z pewnością kolekcjonerom oryginalnych kart słynnej dziewiętnastowiecznej wróżki Marii Lenormand, w której saloniku wróżb gościły takie sławy, jak Robespierre czy Napoleon Bonaparte. Co ciekawe, to karty bez napisów, zastępują je rozpoznawalne w kulturze mity, które są zarówno komentarzem do sytuacji życiowej człowieka, jak też przepowiednią jego dalszych losów.
Duma kolekcji to jednak stworzone na początku XX stulecia w słynnych Warsztatach Wiedeńskich karty tradycyjne, dekorowane zgodnie z obowiązującym w tamtym miejscu i czasie stylem secesji geometrycznej. Są wreszcie karty wykonane przez słynną polską malarkę i ilustratorkę art déco Zofię Stryjeńską. Gdyby Sosenkowie pokusili się na wystawienie tej kolekcji, dziś zabrakłoby na niej, niestety, Damy Treflowej z twarzą Teodory, żony Jana Matejki, namalowanej przez słynnego artystę. Pewnego dnia po prostu gdzieś się schowała. Bożena i Marek szukają jej od prawie 20 lat.
Zapach dawnej przytulanki
Kiedy Sosenkowie dwa lata temu wystawiali swoją kolekcję zabawek w krakowskim Bunkrze Sztuki, najwięcej emocji wśród widzów, zwłaszcza tych starszych, budziły przedmioty, które przypominały im ich ulubieńców z dzieciństwa. Pewna starsza pani ze łzą w oku wracała na wystawę codziennie, by tylko poczuć zapach maleńkiej przytulanki, identycznej jak ta, którą kiedyś dostała od mamy.
– W takich chwilach wiemy, że to, co robimy, jest ważne nie tylko dla nas – twierdzą zgodnie Bożena i Marek Sosenko. To ważne przede wszystkim dla ludzi, którzy nie zapomnieli, że kiedyś byli dziećmi. Ale nie tylko dla nich. Zapewne również dla niejednego jeszcze misia, który już dziś, choć jeszcze nie wiadomo gdzie, wyciąga łapę, prosząc, by Sosenkowie wreszcie go odnaleźli i uratowali.
Sonia Jelska
fot. Bogdan Krężel
![]() |
![]() |
![]() |
dla zalogowanych użytkowników serwisu.