O sobie samej

W buddyzmie zen, oprócz innych medytacji, znana jest praktyka z koanami. Cóż to takiego? Otóż koan to krótkie i dziwne powiedzenie, a przeważnie pytanie, na które nie ma odpowiedzi.

O sobie samej Na przykład: „Kiedy klaszczesz, gdzie jest dźwięk lewej, a gdzie prawej dłoni?”. Albo: „Jak wyglądała Twoja twarz przed narodzeniem twoich rodziców?”. Koanami są także niezliczone odpowiedzi mistrzów zen, którzy na pytanie: „Kim jest Budda?” odpowiadali: „Trzy funty lnu” albo „Tamto drzewo”. Najsłynniejszym koanem jest pytanie „Kim jestem?”. Kazał je zadawać swoim uczniom Ramana Maharishi – indyjski jogin, żyjący na górze Arunaczala. Podobno oświecenie osiągnął jeszcze jako dziecko, uporczywie sam siebie pytając o to, kim jest. Ale czy znalazł odpowiedź? Nie! Bo nie ona jest najważniejsza. Najistotniejsze jest to, że zadawanie pytań, na które nie ma odpowiedzi, przemienia umysł. O to właśnie chodzi w praktyce z koanami.

Całkiem niedawno miałem okazję brać udział w ćwiczeniach duchowych, które w całości były oparte na powyższej zasadzie. Nie mają one jeszcze polskiej nazwy. Roboczo są określane mianem „warsztatów wglądu”, po angielsku zaś mówi się o nich Enlightenment Intensive, co z grubsza można przełożyć jako „intensywny trening rozjaśnienia umysłu”. Twórcą tej praktyki jest Charles Berner – Australijczyk, uczeń indyjskich joginów, który używa także duchowego imienia Yogeshwar Muni. Opracował ją już dawno temu, a swoją wiedzę zaczął propagować w 1968 roku. Jednak – jak to często bywa z rzeczami naprawdę wartościowymi – sława jego warsztatów rośnie bardzo powoli.

Na czym polega ta praktyka? Przede wszystkim na mówieniu. Uczestnicy dzielą się na pary. W każdej z nich na zmianę jedna osoba zadaje pytanie i słucha, a druga odpowiada. Każda taka runda trwa pięć minut. Potem następuje zmiana ról: odpowiadający zadaje pytanie, a ten, kto dotąd słuchał, odpowiada. Takie zamiany są cztery i trwają razem około 40 minut. Potem następuje przerwa i wszyscy mają czas wolny. Po przerwie pary zmieniają skład.

reklama

Taka pojedyncza 40-minutowa sesja nazywa się fachowo „diadą”. Diada i następująca po niej przerwa trwają godzinę. Podczas warsztatów diady robi się od świtu aż do nocy, z dłuższymi przerwami tylko na posiłki. To są zajęcia naprawdę intensywne, zgodnie z nazwą tej metody! Lecz nie powiedziałem jeszcze, jakie pytanie jest zadawane podczas całych warsztatów. A zadaje się tylko jedno – najprostsze, najzwyklejsze, ale i najpotężniejsze zarazem: „Kim jesteś?”.

Siedzisz przed drugą osobą w parze – jesteś przed nią na odległość wyciągniętej ręki – i słyszysz, jak ten ktoś serio i nieuchronnie mówi do Ciebie: „Powiedz mi, kim jesteś?”.

To nie jest próba w teatrzyku. To nie jest komputerowa gra z cybernetycznym przeciwnikiem. To dzieje się w prawdziwym życiu. Naprawdę masz spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi i powiedzieć, kim jesteś. Nim to jednak zrobisz, najpierw musisz zapytać samego siebie. Kim jestem? Kim ja, u licha, naprawdę jestem? Kim jest ten, kto tu przyszedł i dał się posadzić naprzeciwko tamtego drugiego? Co tu się w ogóle dzieje? Co, u diabła, jest grane?

Umysł uderzony tym pytaniem z początku chwyta się najrozmaitszych podpórek. Zwykle najpierw imienia i nazwiska. Kim jestem? Ano nazywam się tak a tak. Urodziłem się tu i wtedy. Mam tyle a tyle lat... Z zawodu jestem... Pracuję jako... I straszne jest, że opowiadając o sobie, czujesz, że wszystkie te opowieści są funta kłaków warte! Że w nich nie ma odpowiedzi na zadawane Ci pytanie. Wreszcie dostrzegasz, że mówienie o sobie, o tym, jak się nazywasz, co robisz, jaki jest Twój stan cywilny, służy tylko temu, by uspokoić skołataną głowę. Gadasz o urodzinach, zawodzie, stylu życia, by w ten sposób odsunąć tamto pytanie, zagadać je... Ale nie na długo. Pięć minut opowiadania mija błyskawicznie, potem następne pięć minut słuchania, co mówi Twój partner – i znów... Wracasz do straszliwego zastanawiania się nad tym, kim tak naprawdę jesteś...

Podczas udziału w warsztatach wglądu stopniowo wyjaśnia się wielkość tej metody. Bo tak naprawdę w trakcie diad rozgrywa się – w przyspieszonym tempie i w zwielokrotnionej dawce – to, co powoli odbywa się w czasie psychoterapii. Każdy tutaj ma wreszcie okazję opowiedzieć o sobie. O swoich problemach i doświadczeniach, często także o tych intymnych – ale nie dotyczących seksu, tylko przeżyć duchowych. Można i trzeba mówić o sobie aż do nasycenia, nawet do przesycenia. To jest bardzo ważne, ponieważ normalnie, gdy mamy coś powiedzieć o swoich uczuciach, działa mnóstwo blokad i hamulców. To jest bagaż jeszcze z dzieciństwa, kiedy nas karcono, żebyśmy się nie chwalili ani nie przepychali do przodu przed innych.

Kiedy w diadach opowiadasz o swoich problemach, one bledną i odsuwają się na dalszy plan, okazują się nie takie straszne. Nabierasz do nich właściwego dystansu i odzyskujesz moc, którą do tej pory Ci zabierały. Ten przypływ energii łatwo zauważyć. Już po kilku sesjach poczujesz się lekki, wolny i tak uskrzydlony, że będziesz mieć wrażenie, że niemal unosisz się w powietrzu. Uwolniona moc sprawia, że ludzie stają się wobec siebie otwarci, życzliwi i promienni. Tryskają humorem i dowcipem. Nagle widzisz, że Twoi sąsiedzi są kimś innym, niż Ci się z początku zdawało. Dostrzegasz, że to ludzie pełni skrywanych dotąd wewnętrznych skarbów!

Źródło: Wróżka nr 5/2007
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019