Aleksandra od tarota

Aleksandra Jaśniak to jedyna Polka, której karty znalazły się w prestiżowej, aktualizowanej co cztery lata amerykańskiej „Encyklopedii Tarota”.A co na to ojciec Dempsy?
Powiedział: świetnie! Wyznawał zasadę, jak większość księży w Ameryce, konieczności poszanowania innych religii, wyznań i nurtów filozoficznych.

Ale tarot nie jest religią. Według Kościoła jest wręcz narzędziem szatana.
Tarot jest filozofią. Nie ma w nim magii. To najtańszy domowy psychoterapeuta. Ojciec Dempsy o tym wiedział. Kilka razy stawiałam mu karty, ale dopiero gdy poznałam tarota na tyle, by wiedzą o nim dzielić się z innymi. Raz pytał mnie o to, czy ma jechać z grupą z kościoła na narty do Kolorado. Tarot odradzał. On mimo to pojechał. I złamał nogę!

Ucząc się tarota, robiłaś się coraz bardziej znana. Wróżyłaś biznesmenom, zwykli ludzie potrafili jechać do ciebie wiele godzin, żebyś położyła im karty.
Tak było. Ale przede wszystkim zaczęłam myśleć o stworzeniu własnej talii kart tarota i napisaniu książki dla Polonii w Chicago. Chciałam, by tarot pomógł także im. Bo ja dzięki pracy z tymi kartami zaczęłam odważniej żyć. Zaczęłam siebie słuchać i sobie ufać. Oblokowała się moja życiowa energia. Chciałam się tym podzielić.

Całą swoją duszę, pasję i wizję włożyłam w stworzenie talii kart. Była czarno-biała. Wydałam książkę. Widziałam, że trafiłam w punkt! Ludzie czytali, dziękowali. Zamarzyłam sobie, że wydam to również w Polsce. Ale nie miałam pieniędzy. I wtedy stał się cud. Cud miał na imię Teresa. Była bogatą Amerykanką, właścicielką sieci sklepów. Jeździła do mnie na karty, potem plotkowałyśmy przy kawie.

Pewnego razu powiedziała: „Aleksandra, widzę, że czymś się martwisz”. Westchnęłam. „Nie dostałam jeszcze pieniędzy za książkę i karty. A w Polsce już wszystko umówione. Nie mam za co jej wydać”. Teresa chwilę milczała. „Ile potrzebujesz?”. Kwota była kolosalna: 35 tysięcy dolarów. „Przyjedź do mnie jutro”, powiedziała. Przyjechałam, pewna, że w domu będzie prawnik, dwóch świadków. Było pusto, a pieniądze leżały w kartonowym pudełku. „Nie boisz się?”, spytałam. „Nie”, odparła. „Wiem, że mi oddasz”. Oddałam już dawno.

reklama

Wydałaś książkę i talię kart w Polsce. Kiedy tu przyjechałaś, na początku lat 90., biły się o ciebie wszystkie telewizje. Każdy chciał mieć w programie tarocistkę.
Wszyscy chcieli wiedzieć, co to właściwie jest ten tarot. Czy, jak pokutowało przekonanie, jest biblią szatana? Czy zajmowanie się nim grozi zejściem na złą drogę? Tłumaczyłam, wyjaśniałam. Szczerze mówiąc, byłam zszokowana podejściem Kościoła do tych kart. W Ameryce nigdy nie usłyszałam od żadnego z duchownych słowa potępienia! A nawet, jako katoliczka działająca w fundacji papieskiej, miałam u naszego papieża prywatną audiencję. Jan Paweł II wiedział, że jestem tarocistką. Odprawił dla naszej ósemki mszę w jego prywatnej kaplicy. Potem spotkał się z nami w bibliotece. Pobłogosławił mnie i moją rodzinę. Dostałam różaniec. Poczułam jego miłość,  to było ogromnie wzruszające.

A potem było zwieńczenie twojej pracy. Jako jedyna Polka znalazłaś się w światowej „Encyklopedii Tarota”.
To wielkie wyróżnienie! Autorzy encyklopedii jeżdżą po świecie, wyszukując najpiękniejsze talie. Ich opublikowanie to nie tylko zaszczyt, ale również wskazówka, że tymi kartami warto pracować. W Ameryce encyklopedia ukazuje się raz na cztery lata. Znalazły się w niej moje obie talie. Pierwsza, czarno-biała. I kolorowa, którą w roku 1998 tygodnik „Wprost” uznał za bestseller.

Kiedy w 2005 roku listonosz przyniósł mi paczkę, byłam szczęśliwa! Dostałam encyklopedię i list gratulacyjny od wydawców. A teraz, kiedy po wielu miesiącach pracy wydałam trzecią talię i wydrukowałam ją w Krakowskiej Fabryce Kart, zrozumiałam, dlaczego właśnie moje karty zostały tak wyróżnione. Jeden z pracowników, młody chłopak, powiedział: „Pani Olu, robiliśmy karty dla wielu firm. Włoskich, francuskich. Ale pani karty są najpiękniejsze. I nie chodzi tylko o obrazki. One są prawdziwym tarotem”. Gdy to usłyszałam, olśniło mnie, dlaczego wyróżniono właśnie moje. Bo chciałam, żeby były czymś więcej niż tylko pięknymi grafikami. Udało mi się to tylko dlatego, że otworzyłam na nie swoją duszę.

Przy projektowaniu chciałaś, by szczególną uwagę zwrócono na oczy postaci. Cesarzowej, Królów, Głupca, i innych. Dlaczego?
Bo oczy są bramą duszy. One są najważniejsze. Dodatkowo umieściłam na kartach elementy polskiej historii. I wiedziałam także, że karty nie mogą być przygnębiające i mroczne. Miały być kolorowe, przyjazne, bo niektórzy wciąż boją się tarota. I takie są.

Źródło: Wróżka nr 2/2011
Tagi:

Zobacz także

Z pamiętnika młodej wróżki

Z pamiętnika młodej wróżki

Czasem z pokorą należy przyjąć to, co mówią karty. Przekonałam się o tym ostatniego lata mojego dzieciństwa. »

Zawsze jest jakieś wyjście

Zawsze jest jakieś wyjście

Życie człowieka jest jak mapa. Beata ogląda ją z góry i czyta jego przyszłość. Czasem wprowadza kogoś w trans, wtedy ten ktoś sam widzi, co go czeka. »

Wróżby pani Krysi

Wróżby pani Krysi

Przyjeżdżają do niej ludzie z całej Polski i z zagranicy. Bo wizyta u wróżki Krystyny jest lepsza niż psychoterapia. »

Komentarzy: 2
Już w kioskach: 2018

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube
Wydanie specjalne 1/2019