Sztuka nie z tej ziemi

„Krówka Saturna” (1956)„Krówka Saturna” (1956). Wygląd bestii pokrywa się z opisem Lorbera.
„Ma cztery nogi o pięknych, lśniąco białych pazurach, grzbiet czerwony, brzuch jasnozielony”,
pisał XIX-wieczny austriacki mistyk.


Nawiedzony górnik i dziwy Saturna

Długo i ciężko musiały za to pracować duchy nad Teofilem Ociepką z Janowa (obecnie dzielnicy Katowic), zanim spod jego pędzla wyszedł pierwszy natchniony obraz.A zaczęły już w latach 40. XIX wieku, Kazały wtedy austrackiemu uczniowi Paganiniego, Jakubowi Lorberowi, zamienić skrzypce na pióro. Lorber rzucił więc muzykę i oddał się spisywaniu mistycznych wizji.

Kilkaset tysięcy stron poświęcił swoim wewnętrznym rozmowom z Jezusem, odtworzeniu dialogów Chrystusa w świątyni Jerozolimskiej oraz florze i faunie… Saturna. Z olbrzymią dbałością o detale opisał tamtejsze krowy, bawoły, lwy. Wierzył bowiem, że choć my żyjemy na Ziemi, to na odległym Saturnie mieszkają nasze ciała astralne.

Nie ma pewności, jak książka „Saturn” (1841) trafiła w ręce Teofila Ociepki – elektryka z kopalni „Giesche”, a „po godzinach” także członka Janowskiej Gminy Okultystycznej i kalifornijskiej Loży Różokrzyżowców. Niewykluczone, że dostał ją od swojego mistrza duchowego, Filipa Hohmanna z Wittenbergi? Teofil skontaktował się z nim po I wojnie światowej. Przez kolejne 33 lata Hohmann korespondencyjnie prowadził Ociepkę ku doskonałości duchowej.

reklama

Ociepka malował tylko „to, co wiedział na pewno”. Według anegdoty, kiedy poproszono go o usunięcie z obrazu krasnoludków, bo są nierealistyczne, zapytał, czy w rzeczywistości wyglądają inaczej.W jednym z listów Ociepka zwierzał się mistrzowi, że w ramach ćwiczeń duchowych próbuje grać na skrzypcach, niestety, strasznie rzępoli, więc prosi o pomoc. W odpowiedzi mistrz opisał swój sen, z którego wynikało, że Ociepka… ma dać sobie spokój z muzyką i zabrać się za malowanie. Dodał też, że już posłał do niego ducha specjalizującego się w opiece nad malarzami.

Teofil był zbyt bogobojny, by sprzeciwiać się przeznaczeniu. Choć malarstwo nigdy go nie interesowało, chwycił pędzel i w 1927 roku stworzył pierwsze dzieło, „Żywot człowieczy”. Po miesiącu Hohmann odwołał swojego ducha, ale Ociepka nie przestał malować. Dopiero po trzech latach jego twórczą pasję ostudziła miażdżąca recenzja dyrektora muzeum w Katowicach. Zniechęcony, porzucił pędzel na lata. Do malowania wrócił jednak pod koniec II wojny światowej, znowu za namową mistrza.

Po wojnie kopalnia „Giesche” zmieniła nazwę na „Wieczorek”. W 1946 roku w otwartym przy niej domu kultury Ociepka i niejaki Otto Klimczok stworzyli koło plastyczne, nazwane później Kołem Malarzy Nieprofesjonalnych. Jego członkowie, górnicy, raz w tygodniu spotykali się pod pretekstem uprawiania sztuki i wspólnie szukali prawdy o wszechświecie oraz dociekali praw rządzących ludzkim losem. Malowanie traktowali jako ćwiczenie duchowe, pomagające osiągnąć doskonałość. Dlatego też podczas spotkań każdy obraz poddawali ostrej krytyce. Czasem doprowadzała ona autorów do takiej wściekłości, że publicznie niszczyli swoje dzieła.

Przedstawiciele uczciwej, prostolinijnej klasy robotniczej, którzy po harówce na przodku malowali obrazy, jak ulał pasowali do ducha czasów stalinowskich. Dopiero pierwsza wystawa wywołała konsternację. Dzieł, które nosiły takie tytuły, jak: „Krówka Saturna”, „Życie na miesiączku” czy „Utopiec”, żadną miarą nie można było dokleić do jedynie słusznej wówczas ideologii socrealizmu. Nad malarzami zawisły czarne chmury.

Zuchwale kolorowe obrazy Ociepki obronił Julian Tuwim. On i inni prominentni twórcy tamtych czasów przekonali władzę, że dziwaczne malowidła górników ilustrują… stare bajki śląskie! Koniec końców wystawę uznano za wielkie wydarzenie artystyczne. Krytyk Ignacy Witz porównywał nawet jego rangę do ekspozycji Picassa. Co nie udało się partii, dokonała kobieta. Pod koniec lat 50.

Ociepka porzucił celibat, który traktował jak sposób na przejrzenie tajemnic natury, i zakończył swoją mistyczną wizję. Po ślubie Ociepka stracił zainteresowanie dla saturiańskich bestii i zaczął malować ziemskie dzikie zwierzęta. Coraz częściej robił to nie pod wpływem natchnienia, ale na zamówienie. I było to widać. Jego płótna wprawdzie wciąż czarowały jaskrawymi kolorami, ale za to kompletnie straciły duszę.


Dorota Chojnowska
Forum, Fotochannels,
Krzysztof Chojnacki/ Fotonova, Shutterstock.com 

Natchnieni czy uzależnieni?

Każdy artysta marzy o wizjach. Ci, którzy ich nie mają, próbują je wywołać.

„Sobór ekumeniczny” (1960)

Salvador Dali
Po śmierci ojca i zakończeniu II wojny światowej hiszpański surrealista zajął się sztuką sakralną. To nieoczekiwane „nawrócenie” zaowocowało m.in. namalowaniem pełnego biblijnych odniesień i religijnych symboli „Soboru ekumenicznego”. Jego inspiracją były wybór Jana XXIII na papieża i pierwsze od 400 lat spotkanie głów Kościołów: rzymskiego i anglikańskiego.
„Sobór ekumeniczny” (1960)

Salvador Dali
„Zbieżność” (1952) Jackson Pollock
On pierwszy rozkładał płótna na podłodze pracowni, po czym rozlewał na nich farby, tworząc tajemnicze wzory i kolorowe pajęczyny. Ta technika była w równym stopniu plonem poszukiwań własnej estetyki, co ułatwieniem. Pollock bowiem był alkoholikiem i malował wyłącznie po kielichu.
„Zbieżność” (1952)
Jackson Pollock 

 

Źródło: Wróżka nr 2/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl