Alarm w miodowym królestwie

Janusz KasztelewiczW końcu same ule zaczęły straszyć. W XVII w. pojawiły się w Polsce pierwsze ule figuralne. Przypominały niedźwiedzie, wilki, sowy i inne maszkary. Stwory paskudne, a przez to ściągające na siebie wszelkie złe spojrzenia, żeby chronić pszczoły i ich opiekunów. Tym bardziej że ci ostatni uchodzili za ludzi szlachetnych, uczciwych i pracowitych. A do tego również mądrych i przewidujących.

Chociaż jeden ul

Siedząc na kwietnej łące, licealistka Anna wciąż jeszcze myślała, że zostanie nauczycielką. Nie została. Na studiach, na geografii, wymyśliła sobie pracę magisterską o karpackich pszczołach. Zbierając materiał, trafiła na ziemię sądecką. A tam na młodego pszczelarza. Młodego, co wtedy, prawie trzydzieści lat temu, było nadzwyczaj dziwne. Większość znanych Annie pszczelarzy miała bowiem siwe włosy. A on miał jedynie przetarte sztruksy. I plany. Wobec pszczół. I wobec Anny.

A przecież nie miał być wcale pszczelarzem, tylko – jak jego rodzice i dziadkowie – rolnikiem. I może byłby, gdyby nie miejscowy lekarz, który wbrew panującej modzie na antybiotyki, wierzył w moc naturalnej apteki: miód, wosk, pyłek i mleczko. Leki bezcenne, choć wciąż okryte tajemnicą. Cudownie wzmacniające i uzdrawiające sercowców, astmatyków, wrzodowców i wszelkich połamańców. A już najlepiej – przekonywał ów lekarz – gdy do apiterapii stosuje się miód z własnego ula. Choćby nawet jednego.

reklama

Pewnego dnia w gospodarstwie Kasztelewiczów stanął za namową doktora ten jeden ul, kupiony od sąsiada, Stanisława Jurkiewicza. Stanął i... cierpliwie czekał. Aż podejdzie do niego mały chłopiec, na wszelki wypadek uzbrojony w kawałek noża, z maminym sitkiem do mąki na twarzy. Bo wtedy jeszcze, choć tylko przez moment, chłopiec bał się pszczół. – One tam na mnie czekały – śmieje się dziś na to wspomnienie Janusz Kasztelewicz, jeden z najsłynniejszych polskich pszczelarzy, zwany czasem królem miodu. – Czekały, by mną bez reszty zawładnąć, a potem całkowicie sobie podporządkować.

Dzień po dniu grzebał odtąd w ulu, najpierw niezdarnie, ucząc się na błędach i… bąblach. Czasem bowiem pszczoły miały nieporadnego chłopca dość i go żądliły. Zupełnie się tym jednak nie zrażał. I tak trudna początkowo znajomość przekształciła się w przyjaźń.

Przeznaczenie odnalezione w pasiece

– Wszystko zaczęło się od rozmów z pszczołami i traktowania ich po partnersku – opowiada Janusz Kasztelewicz. Młody pszczelarz wkrótce się przekonał, że zaprzyjaźnioną pszczołę może nawet pogłaskać, a rój posadzić na gołej dłoni. Owady te są bowiem dla swojego opiekuna zazwyczaj łagodne. Co więcej, gdy poczują, że ulowi grozi niebezpieczeństwo – na przykład atak mrówek – potrafią go o tym zawiadomić, wydając rozpaczliwe dźwięki. Pomoc zawsze zostanie doceniona – w podzięce pszczelarz może liczyć na radosny taniec swoich podopiecznych.

Pasja chłopca ze Stróż stała się w końcu jego zawodem. Po skończeniu podstawówki z powodu pszczół przeniósł się spod Grybowa aż pod Lublin. Do Pszczelej Woli, do jedynego wówczas technikum pszczelarskiego w Europie. To tam od pewnego sędziwego belfra usłyszał po raz pierwszy, że pszczoły są jego przeznaczeniem. Na dobre zrozumiał to kilka lat później, na studiach w Poznaniu. Przez chwilę próbował nawet o pszczołach zapomnieć, oddając się innej wielkiej pasji, fotografowaniu. Nie udało się. Z ciemni uciekał pod Poznań, do zaprzyjaźnionego gospodarza. Bo tam stały ule. Jego ule.

Ostatecznie wraz z pszczołami wrócił pod Grybów, do rodzinnych Stróż. Był początek lat 70., czasy Gierka, spółdzielni, wielkich gospodarstw, a nie prywatnych pasiek. Niektórzy na widok kolejnych uli w gospodarstwie Kasztelewiczów pukali się w głowę. Ule to przecież najwyżej dodatek do pensji kolejarza, pocztowca, miły bonus dla rolnika. Ale żeby traktować pszczoły serio, jako sposób na życie? Przecież to takie – nieraz słyszał Kasztelewicz – niedzisiejsze. – Mimo to wierzyłem, tak jak pszczoły, w siłę własnej pracy i w moc miodu – wspomina pszczelarz. A także w siłę rodziny. Nie tylko tej pszczelej.

W pewien słoneczny dzień Janusz zabrał Annę, jeszcze praktykantkę tuż przed magisterium, do swojej pszczelej pasieki, na kwietną łąkę pod Grybowem. Razem wypuścili z uli pszczoły, razem wsłuchiwali się w ich głośne bzyczenie. – Wtedy zrozumiałam, że pszczoły są także moim przeznaczeniem, że nie opędzę się od nich, tak jak nie potrafię już opędzić się od miłości – dodaje z uśmiechem Anna. I zostawiła Kraków.

Źródło: Wróżka nr 9/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020