Gdy odchodzi biały wilk

suminskaNie przepadam za jesienią, choć czasem nawet listopad bywa ładny. Nie zmienia to jednak mojej niechęci do tego, co za chwilę nastąpi. Mróz skuje szare bruzdy kartoflisk, zamarzną sadzawki i drzewa ubiorą się w białe piżamy. One pójdą spać, ale i my, i wiele zwierząt będziemy zmagać się z „wrogością" zimy. Czasem mrozi już w listopadzie. Może dlatego Święto Zmarłych obchodzimy właśnie jesienią.



Bo czymże jest jak nie konaniem przed zimową śmiercią. Nie lubimy śmierci. Tak nas wychowano. Wpojono wizerunek kościotrupa z kosą. Jakbyśmy zapomnieli, że jest jedyną, stuprocentową pewnością w naszym życiu. Każdy, kto się urodził, musi umrzeć. Nie ma znaczenia pochodzenie, gatunek, zasobność portfela. Nie lubię zimy, ale do śmierci nie żywię niechęci. Uważam, że skoro jest nieunikniona, nie powinnam się jej bać.

Mam już wystarczająco dużo lat, by spotykać ją często. Choćby teraz, gdy piszę ten tekst, pies Marian uchyla furtkę do wieczności. Jeszcze nie jest do końca zdecydowany, ale jedną łapę podał już śmierci. Jest z nami dopiero rok, ale za to jaki... Siedział za schroniskową kratą 14 lat. Trafił tam, gdy był dorosły, więc musi mieć minimum 17 lat – dla psa dużych rozmiarów to wiek matuzalemowy.

Żartowaliśmy, że czekał, by zamieszkać z nami. Od razu poczuł się jak u siebie w domu i w ogrodzie. Każdego ciepłego dnia po śniadaniu układał się pod swoją pigwą i upajał zapachami niesionymi przez letni wietrzyk. Kiedy jest zimno, też by chciał, ale ja nie pozwalam. Kocha ogród i z ociąganiem wraca do domu na nocny spoczynek. On nie boi się śmierci, ale na razie woli żyć. Wszystko za sprawą miłości. I to wcale nie tylko do ogrodu.

Poczuł się potrzebny, kochany, jedyny. Gdy przechodzę obok drzemiącego „białego wilka", podnosi głowę i uśmiecha się. Mam się nie najgorzej – mówi. Miesiąc temu mieliśmy jeszcze dwa „białe wilki". Ten, którego zabrakło, był miniaturowy. Bunia. Jej historię opowiedziałam już czytelnikom „Wróżki". Spędziła z nami kilka lat i mimo kalectwa uniemożliwiającego chodzenie odeszła tam, gdzie nogi nie są już potrzebne. Bez bólu i strachu.

Wynosiłam ją do ogrodu, gdy nagle stała się wiotka jak szmaciana lalka. W pierwszej chwili zdziwiłam się, że zasnęła. Uniosłam ją, jak trzyma się niemowlę, i spojrzałam w spokojną psią twarz. Spała snem wiecznym. Nikt nie wie, ile miała lat, ale pewnie około dwudziestu. Ostatnie spędziła jako królowa Bunia. Miała do dyspozycji cały „dwór". Była jednym ze słodszych „wilków" miniaturowych, ale nawet te najsłodsze też muszą kiedyś odpocząć.

reklama


Czy płakałam? Nie, bo wiem, że byłoby jej przykro patrzeć na moje łzy. Wierzę, wiem, że tam, gdzie kiedyś się spotkamy, przybiegnie do mnie na zdrowych łapkach. Staram się nigdy nie zapomnieć imion moich zwierzęcych przyjaciół, żeby każdego godnie przywitać.

Amiczkę, suczkę, która nauczyła mnie chodzić, i Wiwę – pierwszą psią przyjaciółkę. Famkę, wyżlicę uwolnioną z łańcucha, gdy miała dopiero siedem tygodni. Dunię, jamniczkę o sercu zalęknionej myszki, i Żunię, jej odważną przyjaciółkę znalezioną w latach osiemdziesiątych pod sklepem Agromax. Pekińczyki – Punię i Picusia, najwierniejsze psie małżeństwo. Cypkę Drypkę, ich córkę o niezłomnym charakterze. Kaludynka, Kiwi, Poldka, Ciapka, Bombardiera, Pinia, Misię, Sarnę, wszystkie koty, jeże, wiewiórki i inne zwierzęta, z którymi miałam zaszczyt dzielić życie.

Dzięki nim było i jest pełne, ciekawe, czasem zaskakujące i zupełnie pozbawione frustracji. Ono też kiedyś się skończy. Czy w związku z tym mam bać się tej ostatniej chwili? A może udawać, że nigdy nie nastąpi? Uciekać przed samą myślą o ostateczności? Nic z tych rzeczy. Zwierzęta nauczyły mnie śmierci. Dzięki nim wiem, że to tylko brama do kolejnej przygody. Co prawda nie firmuje jej żadne biuro podróży, ale ja i tak nie lubię z nich korzystać. Co ciekawe, nie lubię też mieć ze sobą dużego bagażu.

Nawet na najbardziej odległe eskapady zabieram tylko malutki plecak. Ten nie będzie potrzebny, by „wyjechać" ostatni raz. Tam przydadzą się imiona. Nie powinno ich zabraknąć, bo działają jak bilety lotnicze pierwszej klasy. Nie można ich kupić za brylanty, złoto i nieoznaczone kocim pazurem antyki. Bramki niebiańskiego lotniska otwierają zapisane w sercu imiona tych, którym daliśmy miłość. I gatunek nie ma tu najmniejszego znaczenia.

DOROTA SUMIŃSKA,
doktor weterynarii,
prowadzi w radiu popularne programy o zwierzętach.

Źródło: Wróżka, nr 11/2016
Tagi:

Zobacz także

Śpij dobrze!

Śpij dobrze!

Po co nam wiedza o zegarze biologicznym? »

Kto marcuje, kto harcuje?

Kto marcuje, kto harcuje?

To od marca wzięła się nazwa kocich godów – marcowanie. »

Slow jogging, czyli truchtanie z uśmiechem

Slow jogging, czyli truchtanie z uśmiechem

Radosny, zdrowy ruch fizyczny sprawi, że ciało będzie ci służyć przez wiele, wiele lat. »

Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2018


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2019