Trzej królowie... a może czterej?

 

Przypowieść o czwartym królu

 

Czwarty król, którego zazwyczaj pomija się w najbardziej znanych opowieściach o hołdzie złożonym Chrystusowi przez władców ze Wschodu, pochodził z Persji i zwał się Artaban. On również niósł wspaniałe dary: trzy drogocenne klejnoty – szafir, rubin i perłę. Był z królów najmłodszy i najbardziej pragnął zobaczyć dziecię, o którym jego astrolog mówił, że będzie Królem Miłości. I wierzył w miłość. Z miłością rządził swym państwem i bardzo chciał spotkać kogoś takiego, jak on.

Czterej królowie wędrowali już kilka dni, gdy nagle usłyszeli kwilenie. Przy drodze leżało niemowlę, brudne, pokąsane przez owady i niemal zamarznięte. Najmłodszy król pochylił się nad nim, lecz pozostali poganiali; ono i tak umrze, a my musimy się spieszyć, bo Gwiazda nie poczeka. Artaban podniósł jednak dziecko i zawrócił do wioski, którą niedawno minęli. Znalazł młodą kobietę i dał jej jeden ze swych klejnotów, by przygarnęła dziecko. Jeszcze zdążę dogonić pozostałych – pomyślał i ruszył w drogę.

Dotarł do dużego miasta. Ale to, co zobaczył, przeraziło go. Niedawno było tam trzęsienie ziemi. Wielu ludzi zginęło przysypanych gruzami. Inni pozostali bez dachu nad głową, jedzenia i wody. Król w najbliższej wsi kupił zapasy żywności. Nakarmił nieszczęśników, a potem pozostał z nimi, by ratować zasypanych. Kiedy nie było już nadziei na znalezienie żywych, ruszył
za Gwiazdą. Wciąż świeciła, lecz była coraz dalej. Artaban dręczył się, czy przez swoje opóźnienie nie okazuje niewierności wobec Króla Miłości. Ale coś mówiło mu, że dobrze zrobił, nie zostawiając ludzi w potrzebie.

reklama

Jechał teraz przez pustynię. Naraz dostrzegł karawanę kupców. Pędzili ze sobą rodzinę, którą sprzedano im w niewolę. Zamierzali odsprzedać ją z zyskiem w najbliższym mieście. Czwarty król nie mógł patrzeć na nieszczęście tych ludzi. „Kupię ich od ciebie za ten piękny rubin”, powiedział do najstarszego kupca. Zabrał rodzinę ze sobą, zostawił w kolejnej wiosce i dał trochę pieniędzy na powrót do domu. „Ale wciąż mam jeszcze dla Króla Miłości drogocenną perłę”, myślał i ruszył za Gwiazdą.

Zmęczony, postanowił wreszcie odpocząć w najbliższej wiosce. Ale im bardziej się zbliżał, tym brzydszy widział wokół siebie krajobraz. Spalone słońcem pola, wyschnięte zboża i drzewa. Susza sprowadziła na całą okolicę klęskę głodu. Król mijał ludzi słaniających się z wycieńczenia. Zaczął rozdawać jedzenie i wodę, które miał ze sobą. Wkrótce nie zostało mu nic, a nakarmił jedynie kilkoro. Zawrócił. W bogatym mieście kupił dużo żywności, zorganizował karawanę i wrócił z nią do głodującej wioski.

Potem popędził za Gwiazdą. Była już daleko, na horyzoncie. Przeraził się, że nie zdąży, że nie odnajdzie Króla Miłości. Tymczasem dotarł do wioski, nad którą powiewała czarna flaga – znak zarazy. Mógł ją ominąć, ale serce ścisnął mu strach o cierpiących tam ludzi. Wjechał do zakażonej mieściny. Nie miał już pieniędzy, ale zostało mu trochę leczniczych ziół, które zabrał w podróż. Chodził od domu do domu, leczył, opatrywał, karmił, a wieczorami wraz z innymi kopał doły i grzebał zmarłych. Aż sam zachorował. Teraz inni opiekowali się nim. Gdy wyzdrowiał, pomyślał o swojej misji. Minęło już dużo czasu. Król Miłości nie był już małym dzieckiem. Ale Artaban wciąż pragnął go odnaleźć, oddać mu pokłon i wręczyć perłę.

Ruszył znów na zachód. Nie widział już Gwiazdy. Dręczyły go wątpliwości, czy dobrze zrobił, odłączając się od trzech króli. Może to oni mieli rację, podążając za Gwiazdą bez rozglądania się na boki. Wciąż szedł do Króla Miłości, ale powoli, bo nie miał pieniędzy i musiał najmować się do pracy, by zarobić na jedzenie i dalszą podróż. Miał jeszcze perłę, ale ona należała do tego, którego szukał, nie mógł jej sprzedać.

I tak płynęły miesiące i lata. Aż któregoś dnia Artaban zobaczył mury wielkiego miasta. To była Jerozolima, stolica kraju, w którym miał się narodzić Król Miłości. Nagle usłyszał krzyki. Rzymscy żołnierze wywlekali z domu dziewczynę, bo jej ojciec nie uiścił na czas podatku. Miała być zapłatą za ten dług. Artaban wyjął z kieszeni perłę i wręczył ją żołnierzowi. „Oto wasz podatek, wypuść dziewczynę” – powiedział. Rodzina radośnie rzuciła się mu na szyję, a on usiadł na bruku. Był stary, zmęczony i nie miał już nic. Wstał i bezwiednie poszedł za tłumem na pobliskie wzgórze. „Odbywa się tam egzekucja”, usłyszał.

Na szczycie zobaczył trzy krzyże. Nad środkowym jaśniała Gwiazda. Z niedowierzaniem przeczytał napis na tabliczce: Jezus – tak właśnie miał się nazywać Król Miłości. Pomyślał, że gdyby nadal miał swoje klejnoty, mógłby go wykupić. Ale wtedy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem człowieka na krzyżu. I Artaban zrozumiał, że tamten wie o wszystkim. O całej drodze, którą odbył do niego. I że wszystkie jego dary zostały już dawno przyjęte. Dary znacznie cenniejsze niż szmaragdy, rubiny i perły. Jego serce zalała radość – zdążył. Odnalazł swego Króla. Osunął się na kolana i oddał mu pokłon. Nagle z korony cierniowej spłynęły w jego ręce trzy krople krwi. Lśniły bardziej niż najszlachetniejsze kamienie. I wtedy sędziwy już czwarty król zrozumiał, że oddając tamte klejnoty za ludzi w potrzebie, zrobił dokładnie to, co na jego miejscu zrobiłby Król Miłości.

 

Teskt: Ewa Dereń
Ilutsracja: Ruth Niedzielska
Fot. Shutterstock, Wikimedia

Źródło: Wróżka nr 12/2017
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020