Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum » 2008 » 06 » Poplątane więzy krwi
Poplątane więzy krwi
Grzegorz B., od 20 lat mieszkający w Danii, nienawidzi swojego młodszego brata. W dzieciństwie zawsze stawiano mu Andrzeja za wzór, a on tymczasem ciągle na niego skarżył.

Mało tego, swoimi grzeszkami obarczał konto brata. Pewnego razu na przykład zbił pamiątkowy serwis do kawy, który pieczołowicie przechowywała matka, i poszedł powiedzieć, że zrobił to Grzegorz. Rodzice łatwo dawali wiarę jego słowom i z góry uznawali, że zawsze to starszy syn jest wszystkiemu winny. Już kilka miesięcy po wyjeździe do Danii Grzegorz próbował naprawić stosunki z bratem. W stanie wojennym przysyłał mu paczki z odzieżą i żywnością. Ale gdy umarł ich ojciec, pozostawiając niewielki spadek, Andrzej oświadczył, że jego brat umarł za granicą, a on jest jedynym spadkobiercą. Od tej pory Grzegorz uważa, że nie ma brata. Nawet nie wie, czy on jeszcze żyje. Pozostał nieprzejednany.
Najmłodszy ma najlepiej
Każda z nas pewnie wiele razy słyszała historię o dwóch siostrach, z których jedna była faworyzowana przez rodziców, a druga przejęła rolę Kopciuszka. Kiedy ta mniej lubiana, nie grzesząca urodą, znalazła wreszcie narzeczonego, druga natychmiast jej go odbiła. Potem jednak siostra gwiazda nie umiała osiągnąć w życiu tego, czego oczekiwali rodzice, a mimo to pozostała ich ukochaną córeczką. Ta druga, poniewierana latami, choć zrobiła karierę i zaznała szczęścia w miłości, nadal była przez nich traktowana gorzej. To nieprawda, że dzieci kocha się identycznie. Miłość nie zna partnerstwa ani sprawiedliwości. Rodzice zwykle okazują więcej ciepłych uczuć tym ładniejszym, milszym, zdolniejszym ze swoich potomków. Albo wręcz przeciwnie: tym pokrzywdzonym przez los, upośledzonym, brzydkim, chorym. I jakby automatycznie najbardziej kochają te najmłodsze. Tak jest w życiu i w opowiadanych od setek lat mitach. W bajkach najmłodszy syn to zawsze miły, uroczy blondynek o słodkim imieniu Jaś. Przeważnie jest głupszy, trochę fajtłapowaty, ale to on pokonuje zwycięsko wszelkie przeszkody. A starsi – choć są mądrzejsi i silniejsi od niego – w pewnej chwili muszą się poddać. Nie wytrzymują konkurencji.
Różnie, ale po równo
Amerykański historyk kultury Frank Sullovay zbadał życiorysy tysięcy ludzi od czasów Mikołaja Kopernika do obecnych. I doszedł do wniosku, że nasze losy – a przez to i bieg historii – determinuje kolejność urodzenia w rodzinie. Z pierworodnych – twierdził Sullovay – wyrastają tradycjonaliści, którzy nie lubią zmian i chcieliby wszystko zachować w zastanym kształcie. Są odpowiedzialni i dążą do sukcesu, ale częściej niż ich siostry i bracia wykazują cechy neurotyczne. Być może dlatego, że już od najmłodszych lat rodzice widzą w nich swoich sukcesorów i spadkobierców.
W Japonii młodszych braci nazywano „zimnym ryżem”, bo dojadali to czego nie zjadł pierworodny. W czasie głodu to on przede wszystkim miał zapewnione racje jedzenia, bo musiał przeżyć, aby zapewnić byt innym. Pierworodni mają większą więź psychiczną z rodzicami i częściej wyznają ich ideały oraz wartości.
Ale i nie znając tej teorii, łatwo zauważyć, że między rodzeństwem często są ogromne różnice. Zdarza się, że jeden jest dumą rodziny, a drugi czarną owcą. Nikt nie wie, dlaczego tak się dzieje.
Psychologowie tłumaczą to tym, że bracia i siostry rzadko dorastają w tych samych warunkach, bo przecież w ciągu lat wiele się zmienia. Rodzice z czasem stają się coraz bardziej chorowici, zmęczeni, biednieją albo się bogacą. To wszystko ma wpływ na młodych ludzi. A ojciec i matka często nawet nie zdają sobie sprawy, że zależnie od tych zmian stosują inne metody wychowawcze. Dzieci rosną więc jakby w odrębnych światach, choć mieszkają w tym samym domu. Ponadto mają zupełnie innych przyjaciół, nieraz idą do innych szkół, wybierają różne zawody. Ale to nie znaczy, że nic ich ze sobą nie łączy. Niektórzy rodzice, nawet jeśli nie kochają swych dzieci jednakowo, potrafią te wspólne cechy znaleźć i zachęcić rodzeństwo do współpracy.
Anna B., wdowa, miała pięć córek. Każda z nich była całkiem inna. Agata – zaborcza, typ przywódczyni, Alicja – delikatna i piękna jak kwiat, Agnieszka – brzydula i rudzielec, a Alina – słodka egoistka. Za to najmłodsza z nich Aleksandra była rozpieszczona i rozpuszczona ponad miarę. A jednak matka znalazła do nich klucz. Każdą z córek traktowała inaczej, lecz wszystkim poświęcała tyle samo uwagi i wobec wszystkich zawsze miała takie same wymagania. Ten sam wspólny mianownik, ten sam kolor uczuć.
Podobne metody wychowawcze stosowała babcia psychologa Jacka Santorskiego. Miała sześciu synów, bardzo się od siebie różniących. I właśnie owa alchemia w mózgu, w sercu, w genach – licho wie, gdzie – spowodowała, że bracia czuli się ze sobą silnie związani. Santorski korzysta z jej doświadczeń, wychowując swoich synów. Stara się, żeby było po równo, ale z każdym utrzymuje odrębne relacje. Stara się mieć klucz.
Ktoś mieszka we mnie
Miłość do rodzeństwa nie jest czymś wrodzonym. Bracia lub siostry oddane do różnych sierocińców wyrastają na zupełnie obcych sobie ludzi. Najlepiej przekonała się o tym nauczycielka jednej z warszawskich szkół, która pewnego dnia zauważyła na boisku dwóch bardzo podobnych do siebie chłopców. Wkrótce okazało się, że to bracia, którzy wzajemnie nie wiedzieli o swoim istnieniu, bo byli wychowani w różnych domach dziecka. Nauczycielka postarała się o to by przeniesiono ich do jednego sierocińca. Chłopcy nie potrafili jednak nawiązać ze sobą bliższych relacji. W swoim towarzystwie czuli się obco. Nie wiedzieli, o czym mają ze sobą rozmawiać, i zdecydowanie woleli towarzystwo kolegów, z którymi dotąd się wychowywali. Ale nie zawsze tak się dzieje. Niektóre dzieci, nawet gdy są rozdzielone i nie wiedzą o tym, że gdzieś żyje ich siostra czy brat, instynktownie czują, że oni gdzieś są. Bywa, że tęsknią do nich przez całe życie, i wierzą, że któregoś dnia natrafią na ślad swoich bliskich. Niekiedy nawet próbują ich szukać.
Śmierć brata lub siostry stanowi dla reszty rodzeństwa zazwyczaj głęboką traumę. Kiedy umarła siostra Catherine Deneuve, ta znana francuska aktorka oświadczyła, że czuje się tak, jakby amputowano kawałek jej samej. I jeszcze dziś – choć od śmierci Franciszki minęło sporo czasu – to poczucie wielkiej straty wciąż jest w niej żywe. Hiszpański malarz Salvador Dali w dzieciństwie był świadkiem śmierci brata. Po wielu latach wyznał dziennikarzom, że przez całe życie bardzo mocno, niemal namacalnie czuł jego obecność. A wszystkie dziwaczne wyczyny i skandale, które wywoływał, miały tylko utrzymać go w przekonaniu, że on sam jeszcze żyje. Bo nosząc w sobie duszę martwego brata, nie zawsze był pewien, czy nadal jest wśród ludzi, czy już umarł.
Zdarza się często, że siostra lub brat zmarłego dziecka ma wyrzuty sumienia, że on przeżył, a ono nie. Antoni B. nazwał swego syna imieniem brata, który nie dożył 6. urodzin. W dzieciństwie obaj w czasie kąpieli zaczęli tonąć. Jeden jakimś cudem się uratował, a drugi poszedł na dno. Antoni przez całe życie starał się pokutować za tę śmierć. Osiągnął w życiu wielki sukces, został znanym architektem. Lecz nie zrobił tego ani dla rodziców, ani dla ukochanej kobiety, jak to bywa najczęściej, ale dla małego chłopca, który nigdy nie wypłynął z nurtu wezbranej rzeki.
Ostatnio, gdy wygłaszał uroczystą mowę z okazji otwarcia obiektu, który zaprojektował, powiedział: „Dziękuję za ten most memu zmarłemu bratu”. Nikt nie rozumiał sensu tych słów. Nawet najbliższa rodzina.