Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.
Strona główna » Archiwum » 2008 » 10 » Lidka o czystym sercu
Lidka o czystym sercu
Miała kiedyś plan. Będzie pracować tak do pięćdziesiątki, a potem pojedzie w podróż, taką bez końca. Najlepiej do Afryki.

I będzie opiekować się szympansami. Przecież ma dar do zwierząt. Słucha ich, a one idą za nią jak psy. Lisy, lamy, jeżozwierze, dzikie świnie, które wykarmiła butelką. Wie, kiedy cierpią i kiedy są szczęśliwe. Wszystkie z wyjątkiem koni. Dlaczego więc teraz, kiedy dzieci odchowane i byt zapewniony, nie miałyby to być szympansy?
Ale życie miało własny plan.
– Właściwie nigdy nie pracowałam... Uprawiałam ogród i dbałam o zwierzęta. A kiedy umarł mąż, musiałam zakasać rękawy, wstawać przed świtem, kłaść się po zmierzchu, zawierać kontrakty i szefować ludziom. Co tam ludziom, samym facetom. Twardzielom.
I tak spotkał ją czas. Zaskoczony, że kobieta może być taka piękna.
– Czas na marzenia – postanowiła.
Zostawiła córkom firmę i zwierzęta, spakowała plecak i ruszyła do Egiptu. Z Eugeniuszem, mężczyzną, któremu nie musi szefować. Pierwszy łyk Afryki ją rozczarował. Zachorowała. Woda w świecie nie była taka, jak w domu. Jak Kapellanka.
Dwa dni i już po marzeniach
Lidia Jachyra jest z miasta. Z Lubina. Pamięta go z czasów, zanim odkryto miedź. Z małomiasteczkowych czasów brukowanej uliczki, złotych drobin kurzu w nieruchomym powietrzu, pierwszych pocałunków i hałaśliwych, targowych dni. I pamięta, jak to wszystko zmieniło się nagle i nieodwracalnie, gdy Lubin stał się stolicą polskiej miedzi, najszybciej rozwijającym się miastem w naszym kawałku Europy. Ale nie to było ważne. Tylko babcina chata w odległej Górce, gdzie Lidia spędzała wakacje.
– W domu nie było prądu, siedziało się do zmierzchu na dworze, lampa naftowa, radio na baterie i mycie w miednicy jedno po drugim – w oczach wciąż ma tamten blask i tamten mrok.
To było piękne przeżycie dla dziewczynki z miasta iść o świtaniu na pole podbierać ziemniaki. Wsunąć rękę w ciepłą, mokrą ziemię pod krzakiem i wymacać bulwy. Czy są dość duże, żeby je mieć na obiad, czy jeszcze powinny podrosnąć. Nauczyła się, jak wybrać z krzaka największe, jeszcze zielone pomidory i schować w szufladzie. Tu dojrzewają wcześniej i nie wysysają życia z krzewów.
– A teraz mieszkam w Podgórkach. I szukam lekarza rodzinnego, który zgodziłby się zaryzykować i przyjeżdżać tu zimą. Na razie nie znalazłam. W mieście i córki, i ja chorowałyśmy. A tu cóż... tu musimy być zdrowe.
Miała szesnaście lat, kiedy ojciec postanowił, że wyprowadzają się do Trzebnicy. Wtedy nauczyła się, że marzenia, miłość i przyjaźnie po grób odchodzą w przeszłość w ciągu dwóch dni. Ojciec dał jej tylko tyle czasu.
Zrobiła maturę, wyszła za mąż, ukończyła studium techniki dentystycznej i wróciła do Lubina pracować w szpitalu. Robić protezy
i prostować dzieciom zęby. Urodziła Paulinę. Był 1981 rok. Mąż postanowił, że wyjedzie na kilka tygodni, żeby dorobić się w Berlinie. Nie wrócił. Stan wojenny zamknął mu drogę. Lidka nabrała odporności.
A kiedy Bogdan mógł już wrócić, przywiózł trochę pieniędzy – i to własnym samochodem. I postanowił iść na swoje.
Woda cierpliwa jak miłość
Przyjaciel męża namówił go na uruchomienie starego kamieniołomu marmuru nad przełęczą Kapella w Górach Kaczawskich. Plan był taki, że jeden uruchomi wydobycie, a drugi będzie ten marmur obrabiać. Lidka mieszkała w mieście. Prowadziła zakład protetyki dentystycznej. Bogdan w Podgórkach, w pokoiku przy warsztacie, który zbudował koło studni. Woda nazywała się Kapellanka, tak jak marmur. Niemcy jeszcze w 1939 roku planowali wydobycie. Prawdziwa mineralna woda ze źródła. Przynajmniej tyle miał Bogdan dobrego z tego wygnania. Widywali się w soboty.
Robił „salcesony” z kawałków marmuru, hit ówczesnego wystroju wnętrz.
Popyt skończył się po trzech latach.
– Przyjechał do domu. Przegadaliśmy kilka nocy. Mówił: „Weźmy się za wodę,
to dobre miejsce”.
– Może i dobre – myślała – ale żeby zbudować rozlewnię wody, trzeba byłoby wziąć kredyt. Jakieś 30 tysięcy. Wszyscy znajomi pukali się w głowę, mówili, że to sznur na szyję. Ale ona powiedziała: „Weźmy. Co będzie, to będzie”.
Kupili maszyny. Używane i spracowane. Cały ciąg technologiczny rozlewni wody mineralnej. Szybko wyszło na jaw, że się nie nadają. Pojechały na złom. Bogdan zaczął od nowa. Spawał i skręcał, projektował i uczył ludzi, jak na tym pracować. I tak narodziła się Kapellanka – woda ze źródła w marmurowej skale. Pięć stopni zimą. Pięć stopni latem. Cierpliwa i przejrzysta. Jak miłość.
I tu wszystko mogłoby się zakończyć, gdyby nie śmierć. Przypomniała o sobie pewnego słonecznego dnia.
– Mama była moim największym przyjacielem. Kiedy odeszła, nie było sensu, żebym mieszkała dalej w Lubinie. Zrobiłam najbardziej niezwykłą rzecz w życiu.
Pojechałam do Namysłowa, kupiłam tekturowy domek z gotowych elementów,
52 m2, wzięłam namiot, dwójkę dzieci i zamieszkałam na wsi, nad studnią.
Rudy szetland do ogródka
Od tej pory jej pracą był ogród. Aż kiedyś przy kawie przeczytała, że w Rybnicy ktoś ma do sprzedania konie. Zadzwoniła.
– Syna nie ma – głos starszej pani był miły, przywodził na myśl papiloty – poszedł do parku paść kucyki.
Pojechała. W parku pasły się trzy długowłose szetlandy: czarny, pstrokaty i rudy. Kupiła rudego, bo nigdy jeszcze nie widziała takiego konia. Sprzedający obiecał, że przywiezie go do Podgórek następnego dnia.
Przywiózł dużym fiatem kombi. W bagażniku. Był spętany jak paczka na poczcie. Ale żywy.
Zamieszkał w ogrodzie zamiast psa. Kiedy myła okna, wyciągał jej szmatę z kieszeni fartucha.
– Potem była likwidacja stadniny w Wojcieszowie. Kupiłam dwa prawdziwe konie pod siodło: Atlantę i Algiera.
Algier umiał chodzić w zbroi. Jędrek Ciosański z Bractwa Rycerskiego Chojnika pokochał tego konia, kiedy pracował w stadninie. Nauczył go chodzić w zbroi i nie bać się szczęku miecza. Więc się z Lidką zaprzyjaźnili.
Uczył ją jeździć, ale nie na padoku. Wskakiwał na siodło, ona wspinała się na Algiera i… musiała nadążyć na wąskich ścieżkach pośród skalnych złomów w złotych, bukowych lasach.
Zapragnęła mieć tabun koni.
– Zgoda – westchnął Bogdan. I pojechali do Czech, bo tam konie były tańsze. Za pierwszym razem kupiła dziesięć.
– Te spokojne, które mnie polubiły,
zostawały, a resztę odsprzedawałam.
I moje szetlandy zaczęły mieć źrebaki...
Po koniach przyszedł czas na ptaki. Zobaczyła je na wsi koło Leszna: woliery, oczka wodne i egzotyczne ptactwo. Sprzedała wtedy swój miejski zakład protetyczny. Było dość gotówki, żeby pobudować woliery, oczka wodne i kupić ptaki. Całą kolekcję.
Broniła gęsi przed liskiem, którego ranne szczenię wykarmiła butelką. I przed tchórzem, który umiał się zaprzyjaźnić z kucem i dzikiem Onufrym, którego dostała w prezencie od pracowników rozlewni. Lisek stawał przed wolierą na tylnych łapkach i patrzył. Z taką tęsknotą, że czubatki – gdyby tylko mogły
– pewnie same poszłyby na zatracenie.
– Mieliśmy dwa jeżozwierze, lubiły ogród, nigdy się nie oddalały, więc chodziły tu całkiem swobodnie. Aż pewnej nocy poczuły zew wolności. Jeżozwierz przestraszony nie ucieka, atakuje i wyrzuca kolce. Nasi wędrowcy trafili na łąkę pod Świerzawą. A tam turniej strażaków ochotników. Bo to akurat świętego Floriana. Odważni byli tylko do czasu, kiedy kolce nie powbijały się im w strażackie buty...
W końcu jeżozwierze uległy przed strumieniem z motopompy i dały się zapędzić do rowu.
– Po takim wyczynie nie mogłam ich zatrzymać… Zadzwoniłam do dyrektora Antoniego Gucwińskiego i zamieszkały we wrocławskim zoo. Dzik Onufry, co lubił mleko, zamieszkał na wolności, w lasach. Leśnicy do dziś go widują.
Lisek nie przetrwał Wszystkich Świętych… Całe dnie chodził na spacery po lesie z lamami, kotami i dzikiem, spał w łóżku, ale o świcie wędrował po Podgórkach. Ciągnęły go sąsiedzkie kurczaki.
– Któregoś dnia włamał się do sąsiada. I sąsiad poprzysiągł zemstę. Pierwszego
listopada pojechaliśmy do Trzebnicy na grób rodziców. I kiedy wróciliśmy… liska już nie było.
A wkrótce nie było już Bogdana. Stres rzucił go na kolana. Walczył tydzień. Siedziała przy nim w szpitalu te sześć nocy.
A potem wszystko już musiała zrobić sama. Przytulić jego papugę, której boi się do dziś, bo potrafi uciąć do krwi. Nauczyć się nie płakać. I patrzeć, jak ogród marnieje. Musiała usiąść za mężowskim biurkiem w biurze Kapellanki. O piątej nad ranem. Każdego dnia. Z wyjątkiem niedziel
i świąt.
Kobieta w drodze do studni
– Miałam kiedyś w życiu taki plan:
podróże, szympansy… może goryle we mgle? Pragnęłam Afryki, tułaczki. Ale los chciał inaczej. Nigdy dotąd nie musiałam pracować... W każdym razie nie aż
tak ciężko.
W biurze rozlewni jest twarda. Nie w ten męski sposób, który każe wywalać nogi na biurko i patrzeć na wszystkich spode łba. Ale twarda jest.
– Prosiłam, żeby pojechał pan do tych wszystkich miejsc, prawda? – nie krzyczy. Listę spraw do załatwienia trzyma tak, żeby kierowca musiał patrzeć w nią jak w lustro. – Powiedziałam, że jeśli nie dotrze pan pod ten adres, może mnie to kosztować utratę klienta, prawda?
– Taaak – kierowca udaje zafrasowanego. Pewnie już wie, że drugiej szansy nie będzie. Choć potrafi wjechać ciężarówką na przełęcz, na którą lekarz nie odważy się terenówką.
– Pracuję z facetami. Muszę być konsekwentna – mówi Lidia bez uśmiechu.
– Teraz już tylko jednego nie umiem tak naprawdę. Nie umiem już po prostu usiąść w hamaku. Jeśli mam chwilę, pielę ogród. Kiedyś śmiałam się z męża, bo nawet przez sen mówił: „Mietek – śruba, Mietek – klucz trzynastka…”, a teraz sama mam ten sen, że naprawiam maszyny w rozlewni.
Niedziela jest inna.
Idą po łące z Eugeniuszem, trzymają się za ręce i mają kosze pełne chleba i marchewek. Konie lubią marchewki, lamy – polski chleb. Dzieci lubią lamy i konie. Przyjeżdżają do Podgórek, żeby się bawić. Eugeniusza poznała, kiedy otworzyła agroturystykę i przystąpiła do stowarzyszenia. Urządziła wokół domu place zabaw, ujeżdżalnie, ścianę wspinaczkową, teren piknikowy.
Chciała, żeby konie i dzieci były
razem. Gotowała grochówkę, stawiała przed dziećmi miski na długim stole w stajni. Konie chrupały owies, dzieci
jadły grochówkę. I miały w oczach słońce. Dziś czasu na przyjmowanie dzieci
nie wystarcza. Na szczęście ma córki. No i pracowników. Ale wieczorem idzie na łąki. Konie biegną położyć jej głowę na ramieniu.
Jak przez te wszystkie miesiące, kiedy była sama. Kiedy nie było męża, a ona po całym dniu pracy stała tam, pośród koni, i tyle miała jeszcze w sobie siły, żeby przytulić się i płakać. Studnia jest w połowie drogi. Czysta. Jak serce. Tej dziewczynki, która wie, jak włożyć ręce do ziemi i znaleźć to co trzeba.