Świat jest pełen magii

Od roku przydarza mi się coś dziwnego. Byłam chora na grypę, więc spałam w pokoju obok, żeby nie zarazić męża. Rano obudziłam się niewyspana, bo miałam niespokojny i męczący sen: byłam gotowana w wielkim garnku...

Świat jest pełen magiiNie w kotle jak w piekle, lecz w zwykłym garnku z wodą, tyle że ogromnym. Bardzo chciałam się wydostać z wrzątku, ale nie mogłam. Rano opowiedziałam sen mężowi i dodałam, że pewnie musiałam mieć wysoką gorączkę. Wtedy on powiedział, że jemu śniło się dokładnie to samo! Nie miał gorączki i spał w innym pokoju!

Byliśmy pod wrażeniem wspólnego snu. Oboje mieliśmy we śnie uczucie, że jesteśmy w pułapce, z której nie możemy wyjść. Jest gorąco, nasze ciała są obolałe. W końcówce mojego snu pojawił się ratunek: nad garnkiem pokazały się dwie ogromne dłonie i przyniosły mi trochę ochłody. Natomiast mój mąż w swoim śnie rozbujał garnek, aż ten się przewrócił i wtedy się z niego wydostał.

Po południu dowiedzieliśmy się, że mój syn z pierwszego małżeństwa, który mieszkał w szkole z internatem, kilkadziesiąt kilometrów od domu, został zatrzymany przez policję. Fałszywie oskarżyli go koledzy, a policjanci skatowali chłopca w areszcie tak bardzo, że przez pierwsze dwa tygodnie nie dopuszczali do niego adwokata. Czekali, aż znikną siniaki. To był prawdziwy dramat dla niego i dla mnie. Przeczułam to we śnie. Jako matka odebrałam przede wszystkim jego ból. Natomiast mój obecny mąż wyśnił możliwość uwolnienia go z aresztu. Rzeczywiście, udało się. Dzięki znajomościom chłopak odpowiadał z wolnej stopy. Od tego czasu wspólne sny zdarzyły nam się jeszcze trzykrotnie. Zawsze w części były jednakowe, a w części różne. Zwracaliśmy się do kilku jasnowidzów z prośbą o wyjaśnienie, ale żaden nie potrafił nam tego wytłumaczyć. Czy wspólne śnienie to telepatia? Jeśli tak, czemu zdarza się nam tylko w wyjątkowych wypadkach? Dlaczego zaczęło się to dopiero po 10 latach małżeństwa? I czemu w końcówce nasze sny się różnią?

reklama

Świat jest pełen magiiNajbardziej wstrząsający był przedostatni. Śniła mi się metalowa wanienka, w której znajdowały się rybki różnej wielkości, przeważnie małe. Wiele z nich pływało do góry brzuchami, niektóre samobójczo wyskakiwały z wody. Pamiętam, że było mi ich bardzo żal. Jednocześnie czułam wstręt patrząc na te zdechłe. Mojemu mężowi również śniła się wanna, ale stała na dachu wieżowca. Niektóre ryby wyskakiwały i jak szybowce unosiły się nad okolicą. Natomiast jedna miała czerwone płetwy i kurczowo złapała się nimi brzegów wanny, bo ktoś chciał ją wylać razem z wodą. A potem mężowi śniła się czerwona rybia płetwa, łopocząca na wietrze, przyczepiona do piorunochronu.

Tej nocy zginęła nasza sąsiadka, samotna kobieta w średnim wieku. Znaleziono ją nagą pod oknami. Wyskoczyła, albo wypadła, z 10 piętra. Wkrótce zatrzymano mężczyznę, który był jej gościem tego wieczoru. Zeznał, że po wypiciu dwóch butelek szampana pokłócili się podczas wspólnej kąpieli w wannie. Wtedy ona wybiegła mokra i naga z łazienki i wyskoczyła z okna. Sekcja zwłok ujawniła, że kobieta miała wodę w płucach, czyli utonęła w wannie. A może była tylko podtopiona i została wyrzucona?

Miesiąc później rodzina sąsiadki wyprzedawała meble z jej mieszkania. Zajrzeliśmy tam i wtedy rzuciła mi się w oczy niewielka czerwona chusteczka, zahaczona o wystający element balustrady balkonowej. Zmarła nosiła ją często we włosach. Przypomniała nam czerwone płetwy ze snu mojego męża.

Irena Pawłowska, Toruń



Świat jest pełen magii Gdyby ktoś opowiadał mi tę historię i przysięgał, że jest ona prawdziwa, nie uwierzyłabym. Mam 30 lat, mieszkam od urodzenia w Warszawie, prowadzę w centrum miasta gabinet kosmetyczny i w żadne czary nie wierzę. A przynajmniej nie wierzyłam do niedawna. Nie pozwalał mi na to mój chłodny racjonalizm. To, co chcę opowiedzieć zaczęło się jakieś dwa lata temu. Któregoś dnia mój gabinet odwiedziła nowa klientka. Szara myszka, niewysoka, właściwie niczym się nie wyróżniała. No, może tym, że rozmawiając ze mną dziwnie mrużyła oczy. Robiły się wtedy jak dwie szparki, nabierały złotawego koloru i miałam wrażenie, że wwiercają się we mnie niczym świderki. W każdym razie pozostawiła po sobie jakieś dziwne wrażenie. Pamiętam, że myślałam potem o niej w domu, że jest trochę niesamowita. Jakoś zaraz po jej wizycie odczułam zastój w interesie, chociaż wtedy z nią tego nie kojarzyłam. Przez parę dni nie miałam klientek, co się właściwie nigdy nie zdarzało. Potem wszystko wróciło do normy. Pojawiła się u mnie ponownie jakieś 3 miesiące później. Znowu przewiercała mnie przymrużonymi oczami. Ciągle o coś wypytywała, była wścibska, co mnie denerwowało. Ale klient ma swoje prawa, więc byłam uprzejma.

Świat jest pełen magiiI znowu przez dwa tygodnie w gabinecie był zastój. Tak naprawdę skojarzyłam te fakty po jej czwartej czy piątej wizycie. Zaczęłam się wtedy bać. Na szczęście przychodziła raz na parę miesięcy. Gdy pojawiła się w grudniu ubiegłego roku, dzień przed Wigilią, pomyślałam, że znowu mam klientki z głowy. I to w najlepszym dla kosmetycznego biznesu momencie. Uspokoił mnie trochę zeszyt z zapisami. Był przepełniony. I nie uwierzycie. Już pierwszego dnia po świętach klientki zaczęły telefonować, jedna po drugiej, odwołując wizyty - a to wyjeżdżały do rodziny, albo za granicę, a to rozłożyły się na grypę. Powodów było bez liku. Po raz pierwszy, odkąd jestem kosmetyczką, przesiedziałam sama w gabinecie oba przedsylwestrowe dni. Zaraz po Nowym Roku pobiegłam do sklepu z magicznymi rzeczami przy ulicy Mokotowskiej. Moje pracownice kupowały tam amulety, talizmany na miłość i powodzenie. Śmiałam się z ich głupoty i z tego, że ciągle biegają do wróżek. Cóż, los zemścił się na mnie. Właścicielka poradziła mi, bym kupiła miotłę, zawiązała na niej czerwoną wstążeczkę i ustawiła ją przy drzwiach wejściowych do gabinetu. Myśląc, że już na głowę upadłam, targałam miotlisko do samochodu. W tydzień po Nowym Roku moja fatalna klientka przyszła, choć nie była zapisana. Chciała tylko skorzystać z solarium.

Tym razem nie patrzyła na mnie, gdy rozmawiałyśmy. Hipnotyzowała wzrokiem miotłę! Gdy powiedziałam - proszę, solarium jest wolne, ona rzuciła oschle - nie skorzystam i wybiegła jak szalona. Mam nadzieję, że już nie wróci. Była bowiem wyraźnie poirytowana i jakby wystraszona. Miotła stoi w drzwiach nadal. Na wszelki wypadek. A ja już nie śmieję się z moich pracownic.


Marta Błońska, Warszawa



Świat jest pełen magiiPojechałam z wycieczką do Włoch. W jednym z kościołów oglądaliśmy grobowiec pełen ludzkich szkieletów - legenda mówiła, że niejeden niedowiarek i hultaj doznał w tym miejscu nawrócenia. Mojej grupy nie interesowały te rewelacje, szybko poszła dalej. Zostałam sama. Obejrzałam się w lewo, w prawo i... chwyciłam z grobowca jakąś małą kostkę.

Niestety, podkradałam tak nie pierwszy raz. Zawsze ze znanych miejsc starałam się przywieźć jakąś pamiątką - kamyk z muru rozpadającego się zamczyska, kwiatek do zasuszenia czy kawałek kory z drzewa ze znanego ogrodu. Zachowywałam się jak kleptomanka, która cieszy się, jeśli uda się jej ściągnąć jakiś drobiazg. Kości jeszcze nie kradłam, ale łyżeczki, spodki, haftowane serwetki z restauracji, owszem. Wstydziłam się tej słabości, ale jednocześnie cieszyłam się ze swego sprytu.

Po powrocie do domu obejrzałam kość dokładnie. Według mojej znajomości anatomii był to kawałek szkieletu palca - biały i leciutki jak piórko. Pokazałam swój łup mężowi i synowi, ale oni, nie okazując zainteresowania, popatrzyli na mnie z niesmakiem. Włożyłam kostkę do ozdobnego pudełeczka na komodzie, a obok pieczołowicie poukładałam kamyki z Forum Romanum, Koloseum itd. Wiary w świat zjawisk nadprzyrodzonych i istnienie zaświatów pozbyłam się już dawno. Z dumą mówiłam, że jestem trzeźwą realistką. Ale teraz ogarnął mnie jakiś niepokój. Ciągle zaglądałam do pudełeczka - oglądałam kość, analizowałam szczegóły, wąchałam. Wydawało mi się, że wydziela zapach butwienia, wręcz rozkładającego się ciała. Wyobrażałam sobie żywą skórę na tym szkieleciku, potem całą dłoń, potem osobę... Czułam dreszcze, robiło mi się zimno i gorąco. Strach mieszał się z wrażeniem, że okradłam kogoś, kto żył kilka wieków temu.

Zaczęłam źle sypiać, dom przestał być dla mnie przytulny i miły, zapanowała w nim atmosfera niepokoju i napięcia. Postanowiłam wziąć się w garść. Przecież nie pojadę do Rzymu specjalnie po to, by włożyć kość do grobowca! - powiedziałam sobie. Trochę się uspokoiłam, ale wtedy zaczęła boleć mnie ręka. Kiedy nie pomogły środki przeciwbólowe, poszłam do lekarza. Podejrzewał złamanie jakiejś drobnej kości śródręcza, ale prześwietlenie nic nie wykazało. Ostatecznie włożyłam włoską kość do dołka wykopanego ukradkiem pod darnią na grobie dziadka. Niech spoczywa w spokoju. Ja też się uspokoiłam. I na pewno nie ściągnę już nigdy żadnej pamiątki z zabytkowego miejsca, choćby pokusa była nie wiem jak silna.


Karolina Malec, Wrocław

Źródło: Wróżka nr 1/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl