Jak nie kochać alpaki

Upiększają świat. Grzeją, gdy zimno. I mimo że nie mają dyplomu terapeuty, wyciągają człowieka z kłopotów. Wystarczy wtulić głowę w miękkie futro alpaki i wszystko staje się łatwiejsze.

Kto by pomyślał, że na skraju Ślesina, niewielkiego miasta w Wielkopolsce, można zrobić sobie miniaturową Amerykę Południową? Piotr Pietrzykowski pomyślał. A jak pomyślał, tak zrobił. Ogrodził zielone pastwiska. Zbudował dużą stodołę. I pojechał na Podlasie, żeby kupić alpakę od rodowitej Chilijki, Marii Bravo, która trzymała swoje zwierzęta w całej Europie. – To był samiec – mówi Piotr – Protoplasta stada, które liczy dziś nieco ponad 100 sztuk. Miesiąc później kupiłem pięć dziewczynek, a po roku urodziły się dzieci. 

Oczy jak z bajek Disneya 

Niemal z ojcowską dumą prowadzi mnie do swoich zwierząt. Po drodze mijamy świnki peruwiańskie. Z chrumkaniem biegną się witać. Potem kozy kameruńskie. Niektóre, jak koty, nadstawiają grzbiet do głaskania. Już chcę się rozpłynąć w czułościach, kiedy nagle pojmuję, że i świnki, i kozy to było tylko wsparcie. Teraz dopiero zaczyna się prawdziwy koncert wdzięku: przede mną gigantyczny, ruchomy dywan. Alpaki. Pyszczki jak z bajek Disneya. Futra miękkie jak u domowego Persa. I te oczy! Czy one mogą kłamać?

– W życiu! – Piotr z czułością nachyla się do kremowobiałej alpaki, która przyszła na powitanie dać mu buzi. – W takich oczach jest sama prawda. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia!

Było wirtualne. Bo kiedy tylko zaświtała mu myśl o sprowadzeniu tych zwierząt, wyszukał je sobie w internecie. Spojrzał i oniemiał z zachwytu. Tego potrzebował! Z wykształcenia ogrodnik, wychował się w bloku. Ale na wakacje jeździł do rodziny na wieś i zawsze marzył, żeby być blisko zwierząt. W ten sposób, w 2005 roku, został razem z żoną Martą pierwszym polskim hodowcą alpak.

reklama


Słowo „hodowca" ma wprawdzie różne odcienie, a najczęściej bywa podszyte chęcią szybkiego zysku. Także złym traktowaniem zwierząt. Jednak w tym przypadku nie ma cienia wątpliwości – alpaki w Ślesinie żyją w materialnym i psychicznym luksusie. Czysta stodoła, szeroki wybieg, jedzenia w bród. A jeśli któraś się gorzej poczuje, i zmarkotnieje, Piotr zauważy to natychmiast.

– Zwłaszcza teraz, gdy mam dziewięć lat doświadczenia – mówi, wspominając czasy, gdy razem z żoną zaczynali hodowlę i wszystkiego uczyli się sami. Weterynarze w okolicy, wezwani na pomoc, robili wielkie oczy i rozkładali ręce. Egzotyczne zwierzęta były dla nich weterynaryjną enigmą. Nie wiadomo, dlaczego. Przecież choć alpaki należą do wielbłądowatych, są po prostu przeżuwaczami. Jak polskie owce, krowy, kozy.

– Potrafię już rozpoznawać choroby. Wiem, co alpaki lubią, czego się boją, jakie mają charaktery – ciągnie. – Są jak ludzie. Każda inna, każda jest indywidualnością. I każdą znam z imienia. 

Loczek zadziornie całuje

– Gildia! To jest do picia, nie do mycia nóg! – Piotr ruga białą alpakę, która przebiera nogami w korycie z wodą. Lekko obrażona, posłusznie odchodzi. – W tym stadzie tylko ona uwielbia moczyć nogi, a w tamtym Alokazia – wskazuje drugą stronę alpakarni.

To potwierdza różnorodne charaktery alpak. Bywają skryte i nieufne. Wesołe i otwarte. Refleksyjne albo nieustannie rozbrykane. Jednak niezmiennie inteligentne. Potrafią same otworzyć ogrodzenie. Piotr widział w ciągu dziewięciu lat wiele scen, które potwierdzają znaczną inteligencję tych zwierząt. Bez trudu wyciągają haczyk, na który zamknięta jest brama. Wiedzą też, że trzeba rozwiązać sznurek, który stanowi dodatkową blokadę. – Mają także wspólną toaletę. Nie załatwiają się, gdzie popadnie, tylko wybierają jedno miejsce i biegną do niego nawet z końca wybiegu.

Żeby je przywołać, Piotr klaszcze w dłonie. Ale taki znak nie działa na wszystkie alpaki na świecie. To ich własny, wypracowany kod. Kilka uderzeń w dłonie i już biegną. Ale jak! Lekko odbijają się od podłoża, bo między kopytami mają miękkie poduszeczki, które działają jak sprężyny. Całe stado natychmiast jest przy Piotrze. Tłoczą się i przepychają, bo a nuż wzywane są do jakiejś atrakcji?

I rzeczywiście. Właśnie przyjechał ich największy przysmak: wóz pełen zielonej trawy. To kochają najbardziej. A ponieważ najbliższe łąki są już oskubane, trwa przyjeżdża z dalszych okolic. Poza tym dostają jeszcze marchew, paszę i siano, ile tylko alpacza dusza zapragnie.

Jedzą. Zorro, Bibi, Aragorn, Kreon, Pipi, Tango, Martino, Marakuja. Imiona wymyślają Pietrzykowscy rodzinnie. A system od kilku pokoleń jest taki sam. Dziecko dostaje imię zaczynające się na taką samą literę, jak imię mamy. Pomysły podsuwa samo życie.

Źródło: Wróżka nr 1/2014
Tagi:

Zobacz także

Gdy odchodzi biały wilk

Gdy odchodzi biały wilk

Nie przepadam za jesienią, choć czasem nawet listopad bywa ładny. Nie zmienia to jednak mojej niechęci do tego, co za chwilę nastąpi. »

Ze żmiją w beciku

Ze żmiją w beciku

Żmija wie, że przeżyć to prawdziwe dla niej wyzwanie. Każdego lata giną ich tysiące: pod kołami aut, od uderzeń kija, buta... »

Komarzyce: smakoszki naszej krwi

Komarzyce: smakoszki naszej krwi

Obok nas żyją spragnione naszej krwi owady... »

Już w kioskach: Sierpień 2017

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube
Wydanie specjalne 2/2017