Strona główna » Magiczna strona życia » To się zdarzyło » Niebożątko ty moje



Niebożątko ty moje

– Bo jesteś nieboszczższcz – mielił w ustach kolczaste głoski.
– Niebożątko? – O to to właśnie, niebo, a dalej to co powiedziałaś. Dziadek nazywał tak po rosyjsku wszystko, co małe, nieporadne, płaczące.


Leon wyszedł przed dom na drogę. Stanowczo trzeba było naprawić dach, który lekko wygiął się pod ciężarem starej dachówki. W tym roku nagietki nie wysiały się tak bujnie jak zwykle, więc żona będzie miała kłopot z robieniem naparów. Ale poza tym, odkąd Leon wrócił z partyzantki i mógł znów zająć się gospodarstwem, wszystko szło nieźle.

Wojna miała się ku końcowi. Dzieci ze wsi wchodziły na dachy domów i stodół, żeby zobaczyć, jak pali się Berlin, bo dorośli mówili, że już padł albo wkrótce padnie.

To mógł być mój brat

Na końcu wijącej się, piaszczystej drogi Leon zobaczył coś w rodzaju ciemnego węża. Po chwili rozpoznał, że to czwórki jeńców wojennych prowadzone przez czerwonoarmiejców z pepeszami. Szli z trudem, otępiali, przygaszeni, z bandażami na głowach, rękach i nogach.

Na skraju czwórkowej kolumny zobaczył chłopaka nie więcej niż 15-letniego. „Pewnie nawet strzelać dobrze nienauczony”, pomyślał. Podniósł oczy na twarz jeńca i znieruchomiał. W kolumnie szedł jego młodszy brat, który utopił się w rzece ubiegłego lata. Te same włosy, oczy, identyczny grymas na zrezygnowanej twarzy – jak u brata, gdy go wyciągnęli z rzeki. Taki grymas widać u człowieka, który przestaje walczyć, bo zrozumiał, że nie ma żadnych szans.

Pobiegł do stodoły. Spod słomy wyciągnął kankę na mleko, napełnioną bimbrem. Potem rzucił się pędem do spiżarni, za drzwiami udającymi ścianę, której nigdy nie zdołali odkryć – ani leśni, ani Niemcy. Zerwał z haka połać słoniny, chowaną na najczarniejszą z godzin, już zażółconą ze starości. Jeszcze tylko order szybko wyciągnięty z szuflady, byle jak przypięty do rozpadającego się swetra. Założyć konie i gonić.

Wóz ciągnęła stara chabeta, która ledwo lazła i nawet leśni, którzy zabierali wszystko, co nadawało się do jedzenia, jej nie chcieli. Ale Baśka jakby rozumiała, o co chodzi. Zebrała wszystkie siły i dopędziła kolumnę.

– Towarzyszu – powiedział Leon do konwojenta. – Patrzcie, ja też jestem żołnierzem. Z Germańcami walczyłem w lesie, ja partyzant. Nawet krzyż dostałem. Sprzedaj mi jednego z tych, których prowadzisz. Potrzebuję parobka. Moją siostrę trzy lata temu Niemcy wzięli na roboty pod przymusem. Może już nie żyje. Więc ja też chcę mieć parobka Niemca. Daję bardzo dobrą cenę: kankę bimbru. Takiego na pewno w swoim życiu nie piłeś. Mój bimber sławny jest na całą okolicę. I jeszcze połać słoniny na drogę. Sprzedaj najmłodszego, żeby mi długo służył. Sprzedaj, bracie żołnierzu.

– Zgoda – powiedział Rosjanin. – Dawaj bimber i bierz go w cholerę. Nie musisz go prowadzić na postronku. Słaby jest, nie ucieknie.

Leon wsiadł na wóz i kazał chłopakowi iść z tyłu. Kiedy kolumna znikła z oczu, polecił mu wsiąść na wóz, bo dzieciak był biały jak papier i wlókł się ostatkiem sił, myśląc pewnie, że Polak prowadzi go na śmierć.



Zaloguj się aby móc komentować.

Zaloguj się lub jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.