Łzy nadziei

Słowa wypowiedziane przez Senekę przed niemal dwoma tysiącami lat były prawdziwe, są i będą zawsze. Jednak odkąd człowiek zdał sobie sprawę ze swej przemijalności, nie potrafił uwolnić się od lęku i pragnienia, by śmierć nie oznaczała końca wszystkiego.

Śmierć w różnych religiachBól po stracie bliskich jest tak dojmujący, że każda społeczność, i ta w tropikalnej dżungli, i ta wśród lodów Arktyki, szukała sposobów jego ukojenia. Upływ czasu, postęp nauki, rozwój medycyny niczego nie zmieniły. Kiedyś śmierć była wszechobecna, gdyż ludzie żyli krócej i umierali w rodzinnych domach, dziś została ukryta za szpitalną aparaturą, ale pustka po odejściu tych, których kochamy, pozostaje taka sama.

Wypełniamy ją łzami, wiarą, pamięcią. Staramy się jak najgodniej oddać zmarłemu ostatnią posługę i jeśli wierzymy, że jedynie przeniósł się on do innej rzeczywistości, wspierać go w drodze do niej najlepiej, jak potrafimy. Nauka nie jest w stanie potwierdzić skuteczności tej pomocy, ale nie ma wątpliwości, że pomaga ona przetrwać najtrudniejsze chwile tym, którzy pozostali.

Memento mori

Dziś śmierć stała się tematem tabu. Unikamy rozmów o niej, nie pokazujemy publicznie żałoby, westchnienie "Memento mori" – „Pamiętaj o śmierci” można już usłyszeć jedynie w filmach historycznych. Zachowujemy się tak, jakby śmierć nie istniała. Tymczasem każdego roku umiera w naszym kraju 400 tysięcy osób! Większość – w samotności szpitalnych sal. Owszem, odprowadzamy zmarłych na cmentarz, ale wcześniej – gdy tego najbardziej potrzebują – nie rozmawiamy z nimi o tym, co naprawdę ważne.

Niepostrzeżenie pytania, które od wieków zadawali i filozofowie, i ludzie prości: Co ze mną będzie, kiedy odejdę? Co po mnie pozostanie? – stały się niemal wstydliwe. W programach telewizyjnych i kolorowych gazetach świat wygląda tak, jakby wszyscy byli szczęśliwi i nieśmiertelni.

reklama

Czasy, gdy ludzie jeszcze za życia budowali sobie trumnę, zapewne minęły bezpowrotnie. Wraz z nimi odeszła Ars Moriendi, czyli Sztuka Umierania, która uczyła naszych przodków, jak przygotować się do ostatniej drogi i w spokoju przyjmować nieuchronne wyroki losu. Nie oznacza to jednak, że zniknęła potrzeba, która ją zrodziła. Wobec milczenia autorytetów przypomnieli o tym sami umierający. Początkowo dyskretnie, w pamiętnikach i książkach, dziś już otwarcie w internetowych blogach, w których opisują swoje ostatnie dni.

„Chcę napisać o mojej chorobie, cierpieniu, o wszystkich upokorzeniach, w ogóle o tym, czego doznają ludzie chorzy na raka. Nie ma takiej książki w Polsce, bo przecież o chorobach się nie mówi. Chcę przełamać to zakłamanie” – pisała we wstępie do wydanej przed sześcioma laty książki „Czasami wołam w niebo” Tamara Zwierzyńska-Matzke. Dowiedziała się o śmiertelnej chorobie, gdy miała zaledwie 31 lat. Pisała z nadzieją, że ją przezwycięży. Przegrała. Tak jak siatkarka Agata Mróz i dziennikarz Marcin Pawłowski, którzy odchodzili niemal na oczach nas wszystkich. Ale to oni złamali tabu, upublicznili swoją śmierć i udowodnili, że chociaż straszna, nie odziera człowieka z godności.

Profesor Krystyna de Walden-Gałuszko, prezes Polskiego Towarzystwa Psychoonkologicznego dostrzega w tym wyprowadzaniu śmierci ze wstydliwego cienia początek nowej, dostosowanej do współczesności Ars Moriendi. Umierający dzieląc się swymi myślami i doznaniami, pomagają tym, którzy prędzej czy później pójdą ich śladem. Oswajają w ten sposób swój i ich lęk przed śmiercią, a jednocześnie przekonują się, że nie są jedynymi skazanymi na cierpienie.

Starożytni Egipcjanie składali do grobów bliskich przedmioty codziennego użytku i chroniącą przed niebezpieczeństwami Księgę Zmarłych. Katolicy ofiarowują im modlitewnik, krzyżyk i różaniec. Mimo upływu tysięcy lat dramat rozstania przeżywamy więc ciągle podobnie. Bo śmierci nie da się wypchnąć poza nawias życia, ona jest jego puentą, kropką w ostatnim zdaniu. Różne kultury różnie odpowiadają na pytanie, co dzieje się po niej, ale wszystkie za łzami i rozpaczą starają się dostrzec nadzieję…

W ogniu i wodzie

Wyznawcy hinduizmu uważają, że nikt nie powinien umierać w samotności. Krewni bez przerwy, także w szpitalu, czuwają przy konającym. Po jego śmierci okryte białym płótnem ciało przewożą do rodzinnego domu. Składają je na podłodze – od tego momentu domownicy i goście również nie będą spali w łóżkach. Przybywa kapłan, który recytuje święte teksty. On także wyznacza porę pogrzebu.

W przeddzień mężczyźni przygotowują mary, kobiety girlandy kwiatów. Wynajęci pracownicy namaszczają zwłoki olejkami i owijają w całun. Twarz pozostawiają odsłoniętą, by podczas obrzędu nazywanego ostatnim spojrzeniem każdy mógł pokłonić się zmarłemu. Ułożone na marach ciało okrywa się kwiatami i wynosi przed dom. Zazwyczaj tam żegnają się ze zmarłym kobiety, które często nie uczestniczą już w ostatniej – niezwykle dramatycznej – części ceremonii.

Źródło: Wróżka nr 11/2008
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020