Kobieta pracująca w habicie

Sobór wiedeński 1311 roku zdawał się być pierwszym od kilku wieków spotkaniem, na którym żaden z biskupów nie miał zamiaru podejmować walki z istniejącymi w ówczesnej Europie ruchami religijnymi. Biskupi zamierzali w ten sposób dać sygnał o nadchodzącej w Kościele odnowie tolerancji. Niestety, atmosferę zakłócił sam papież Klemens V, który stanowczo domagał się ostatecznego rozstrzygnięcia problemu związanego z żeńskim zgromadzeniem Beginek.

Był to chyba pierwszy w historii chrześcijańskiego świata ruch emancypacji kobiet! Nie dość, że skutecznie walczył o usamodzielnienie się kobiety, to jeszcze robił to wewnątrz Kościoła rządzonego na męską modłę. Historia powstania wędrownego zakonu Beginek ginie gdzieś w mrokach wczesnego średniowiecza. Wiadomo jedynie, że był to ruch masowy i że okrzepł około VII wieku naszej ery. Podobno wziął swą nazwę od świętej Beggi - córki króla Franków, Peppina Starszego - a do zorganizowania się został zmuszony przez Kościół. We wczesnych latach chrześcijaństwa wiele kobiet przepełnionych uczuciami religijnymi chciało budować i umacniać Kościół chrześcijański. Rzecz w tym, że księża nie zamierzali tego zapału wykorzystywać. Doktryna mówiąca, iż niewiasta sama w sobie jest źródłem zła i siedliskiem szatana, skutecznie eliminowała je z czynnego udziału w ruchu religijnym.

Wbrew temu, co się powszechnie sądzi, żeńskie klasztory powstawały licznie dopiero na przełomie XII i XIII wieku. Wcześniej nad kobietami chcącymi służyć Bogu roztaczały opiekę klasztory męskie! Wbrew pozorom wcale się do tego nie rwały. Koedukacyjne klasztory były przede wszystkim wylęgarnią grzechu, wobec czego celibat braci zakonnych był mocno nadwerężony. A co ważniejsze - brane w opiekę siostry były dla zakonu ogromnym obciążeniem finansowym. Przełożeni wychodzili więc z założenia, że braciszkowie, jeśli muszą już grzeszyć, niech robią to za własne pieniądze.

Wobec tego kobiety - pozbawione opieki i prawa zakładania niezależnych klasztorów oraz udzielania posług religijnych, a także przyjmowania święceń - zaczęły tworzyć wolne domy kobiet religijnych. Z czasem przyjęły one nazwę domów Beginek, a ich mieszkanki rozumiały swoją służbę Bogu jako niesienie pomocy wszystkim, którzy jej potrzebują. W trawionej ciągłymi epidemiami Europie okazało się to niezmiernie użyteczne. Kościół więc ani ich nie zwalczał, ani im specjalnie nie pomagał.

reklama

Pozostawione własnemu losowi Beginki chwytały się wszelkich zajęć, byle tylko zarobić na utrzymanie. Uczyły się rzemiosła, pracowały w polu, przyjmowały funkcje płatnych nianiek lub zasilały kasę swoich domów zajmując się... prostytucją. W sztuce tkania Beginki osiągnęły takie mistrzostwo, że popadły nawet w konflikt z męskimi cechami rzemieślniczymi. Bez względu na to, jak zdobywały pieniądze, przeznaczały je na pomoc bliźnim. Ta samodzielność i niezależność Beginek denerwowały nieco hierarchię kościelną, ale póki nie miało to zbyt dużego zasięgu, było do przyjęcia.

Na swoje nieszczęście Beginki wpadły na pomysł, że jedną z form pomocy udzielanych rzeszom głodujących kobiet może być nauczenie ich rzemiosła i przekonanie nieszczęsnych o swojej wartości. Całe oddziały Beginek przemierzały Europę, niosąc religijne posłanie, wiarę i... naukę. Ich pisma rozprzestrzeniły się aż po Saksonię, Turyngię, Anglię, Polskę i Czechy. Ponadto na własnym przykładzie kobiety te pokazywały, czym jest skromność, życie w ubóstwie i ofiarność. Postawa ta zjednywała im ogromny szacunek i zwiększała autorytet. Przyciągała coraz większe rzesze kobiet gotowych - jak Beginki - służyć Bogu i robić coś dla własnej niezależności. Na północy - szczególnie we Flandrii - powstawały całe osady i miasteczka otoczone fosą i murami, zamieszkiwane tylko przez siostry zgromadzenia.

Wkrótce ruch Beginek zaczął się lawinowo rozrastać. Stał się na tyle mocny i poważny, że hierarchia kościelna postanowiła go podporządkować papiestwu, a tym samym powstrzymać jego rozrost. Na domiar złego wierni coraz częściej przeznaczali swoje pieniądze na wsparcie Beginek niż własnych parafii. W poważnym stopniu uszczuplało to dochody księży, także samego Watykanu.

Śmiałe poczynania Beginek stały się też wzorem dla nielicznych jeszcze żeńskich klasztorów. Siostry zakonne otwarcie buntowały się przeciwko stosunkom panującym za murami. Wiele z nich organizowało marsze na Watykan, by osobiście poskarżyć się biskupom, a nawet papieżowi. Dochodziło do walk między zdesperowanymi kobietami a starającymi się ich zatrzymać duchownymi. W Poitiers na zbuntowane zakonnice klasztoru Świętego Krzyża dokonano zbrojnego najazdu. Klasztor złupiono, a jego mieszkanki rozpędzono na cztery wiatry, by nie gorszyły swym przykładem innych.

Nie można było jednym ruchem zamknąć Beginek w klasztorach, więc Kościół postanowił powstrzymać napływ do ich zgromadzeń, zakładając inne żeńskie klasztory. Mocą papieskich bulli męskie klasztory miały organizować ich żeńskie odpowiedniki. Jednocześnie papież Honoriusz III udzielił samym Beginkom ustnego zezwolenia na zakładanie osiadłych klasztorów zamkniętych. Gotów był iść na wszystko, byle tylko ograniczyć tę zadziwiającą i niebezpieczną dla Kościoła "modę". A moda "chwyciła" tak mocno, że ulegało jej też coraz więcej duchownych płci męskiej.

Niektórzy, jak np. ksiądz Jakub Vitry, spisywali dzieje najznamienitszych członkiń zgromadzenia. Watykan zrozumiał wtedy, że bez radykalnych posunięć nie zdoła zapanować nad Beginkami. Na początek więc zabronił wstępować w ich szeregi kobietom przed ukończeniem czterdziestego roku życia, co jak na średniowiecze było wiekiem starczym. Później zabroniono im także głoszenia swojej wizji służenia Bogu poza miejscem ich stałego pobytu. Wreszcie, gdy te zabiegi nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, sięgnięto po najradykalniejszą broń - oskarżenie o herezję.

Po raz pierwszy padło ono na soborze w Lyonie w 1274 roku, gdzie franciszkanin Szymon z Tournai zarzucił Beginkom, że... czytają pisma teologiczne i dyskutują nad nimi z plebsem w języku ludu! Brat Szymon dowodził, że musi to nieuchronnie prowadzić do przekłamań, wedle których można służyć Bogu własnym życiem, bez pośrednictwa Kościoła. Z nauk Beginek wyłaniał się bowiem obraz człowieka, który żyjąc pobożnie, skromnie i cnotliwie mógł osiągnąć zbawienie wieczne bez konieczności płacenia komukolwiek za przyjmowanie sakramentów. Najbardziej jednak odrażająca - zdaniem franciszkanina - była głoszona przez siostrzyczki teoria, mówiąca o wolności ducha i braku wrodzonej grzeszności człowieka. Według niej, np. kobiety zmuszone przez okoliczności życiowe do prostytucji, nie były grzesznicami.

Kiedy więc sobór wydał już formalne oskarżenie o herezję, Inkwizycja zabrała się ochoczo do dzieła. W ciągu krótkiego czasu wiele znanych Beginek spłonęło na stosach. Jednak - ku rozpaczy inkwizytorów - nadal obowiązywało ustne rozporządzenie papieża Honoriusza III o ochronie ich zgromadzeń. By wydać wyrok na Beginkę nie wystarczało proste oskarżenie o herezję. Potrzeba było na to wielu dowodów. I właśnie papież Klemens V na soborze wiedeńskim rozwiązał ręce Inkwizycji. Jednego dnia wprowadził zakaz tworzenia przez Beginki ścisłych klasztorów, a w dzień później zakazał im w ogóle prowadzenia działalności. Decyzję uzasadnił tym, że nie składają wspólnego ślubowania, nie wyrzekają się własności i nie mają aprobowanej przez Kościół reguły.

Głoszone przez nie idee są więc herezją. Ponadto ich działalność zakłóca prawo rodzinnych stosunków, w których kobieta ma wychodzić za mąż i - stosując się do przyrodzonego prawa mężczyzny - zdać się na jego wolę. Ma porzucić świętokradczą myśl o samodzielności. Wydawało się, że los Beginek jest przesądzony. Zakaz Klemensa V był jednak wielokrotnie uchylany i ponownie wprowadzany - w zależności od potrzeby. Bardzo często Kościół pozwalał Beginkom działać do chwili, kiedy ich zasoby materialne były na tyle duże, że opłacało się je konfiskować. Później pozwalał zaczynać wszystko od początku. Nic też dziwnego, że hierarchia kościelna nigdy nie podjęła z nimi walki na szerszą skalę, choć ciągłe prześladowania doprowadziły w końcu do naturalnego zaniku tych średniowiecznych emancypantek. Do dziś przetrwało ich w Belgii zaledwie około trzydziestu. Mężczyźni w Watykanie mogą spać spokojnie.


Jerzy Gracz

Źródło: Wróżka nr 7/1997
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020