Powiedz, co słychać

*  *  *

Kirsten Helming ze zwierzętami rozmawia "od zawsze". Robiła to również jej prababka, która - częściowo sparaliżowana, przykuta do inwalidzkiego wózka - była najwierniejszą towarzyszką jej dziecięcych zabaw. Kiedyś nauczyła też Kirsten, jak wychodzić z ciała i bawić się sama ze sobą...

W dzieciństwie myślała, że ze zwierzętami rozmawiają wszyscy. No, może oprócz mamy, która nie pozwalała trzymać ich w domu, bo lubiła, jak wszystko lśni i pachnie, a gdy przejeżdżały na rowerze przez farmę gęsi, prosiła córeczkę, by szła przodem i negocjowała z ptakami ustąpienie z drogi. Gniewała się też bardzo, znajdując swoje dziecko śpiące u boku olbrzymiego bernardyna z sąsiedztwa, który miał za zadanie pilnować oddziału banku i gryzł każdego, kto za blisko podszedł. Oprócz Kirsten.

- W ciągu całego życia jedynym zwierzęciem, z którym nie mogłam się dogadać, był pewien nowozelandzki struś - opowiada. - Wyleczyłam go, ale pogadać to sobie nie pogadaliśmy... Miał być uśpiony, ponieważ weterynarz stwierdził, iż ma za małe serce. Ja stwierdziłam, że problem jest w płucach. Przykleiłam więc plastrem do nogi odpowiednie kamienie, uzdrawiałam go dotykiem i masażem, i wiem, że po kilku tygodniach wydobrzał.

Rozmawiała też Kirsten ze słoniami. W znanym duńskim cyrku połączono dwa osobne stada słoni i treser jednej nie mógł zdobyć zaufania drugiej grupy. Kirsten zorientowała się, że przywódcą stada jest wielka samica. Ponieważ widzi aurę, na uszach słoni spostrzegła wiele punktów informujących, na co są chore. Przyczyną buntu stada były dwie samice, które miały problemy hormonalne. A ze słoniami jest tak, że gdy jeden nie słucha, nieposłuszne jest całe stado. I znów uzdrawiała rękami, wrzuciła im do wody pitnej karneol, kamień księżycowy, kryształ górski i agat z Botswany, i pomogło! Po kuracji największa słonica przyszła podziękować: owinęła Kirsten trąbą i lekko uniosła do góry. Ku przerażeniu tresera, który widział już takie "pieszczoty" zakończone śmiercią.

Na Bali rozmawiała z kakadu i pytonem. "Pracowały" w rezerwacie, pozując do zdjęć z turystami. Oboje nie cierpieli tej roboty. Papuga, gdy zobaczyła Kirsten, darła się na cały rezerwat, że chce masażu. - Jak mam go robić? - zapytała Kirsten. Kakadu pokazała, że trzeba go robić tak, jak ludzie grzebieniem czeszą włosy. "Czesała" więc papugę palcami z jednej strony, a gdy skończyła, papuga nadstawiła drugi bok. W końcu powiedziała: - W porządku, już mi dobrze, możesz iść...
Pyton z kolei narzekał, że wkładają go na noc do czarnej od wewnątrz skrzynki. Domagał się więcej światła! Kirsten wynegocjowała z dyrekcją, by kładli pytona na wierzchu skrzyni, nakrywając specjalnym kloszem z siatki.

Dowiedziała się później, że zwierzęta są w świetnej formie i chętniej "pracują". Najbardziej jednak Kirsten kocha konie. Jak jej prababka. Współpracuje ze stajnią wyścigową i ze stadniną kłusaków. Gdy jakiś koń jest rozdrażniony, Kirsten pyta zwierzę, w czym rzecz i najczęściej otrzymuje odpowiedź, że dżokej jest za ciężki albo za bardzo kościsty, albo że koń po prostu nie ma ochoty wozić go na swoim grzbiecie. Pewien koń zapytany, kto ma go dosiąść w najbliższej gonitwie, przekazał obraz podium służącego do wręczania medali sportowcom i na tym podium - w kolejności od 1 do 3 - ustawił swoich ulubionych dżokejów.

reklama

Właściciel pewnej stajni oświadczył, że zje swój stary kapelusz, jeśli Kirsten zgadnie, co dolega koniowi, który wyglądał naprawdę bardzo zdrowo. - Gdy się zdenerwuje, nabrzmiewa mu "języczek" znajdujący się w tylnej części podniebienia i koń się dusi - wyrecytowała po kilku minutach. Weterynarz dochodził do tej diagnozy dwa i pół roku!

Ale najbardziej zapisał się w pamięci Kirsten pewien ogier, który żądał od niej masażu, ponieważ, jak stwierdził, masowała go również w poprzednim życiu. Pokazał jej sytuację chyba gdzieś w Mongolii; siedziała na tym koniu okrakiem, w białej szacie, i masowała go stopami. Pomieszczenie oświetlone było kolorowymi lampkami, jakby stosowała również koloroterapię. - To był wyjątkowy koń - wspomina. - Patrząc na niego, zobaczyłam kiedyś obraz starego Indianina, który powiedział, że to on mnie, a nie ja jego może czegoś nauczyć. Może był to jego duch opiekuńczy?... A któregoś dnia ten koń zerwał ze mną znajomość mówiąc: "Nie współpracuję z ludźmi, którzy nie dotrzymują słowa".
Okazało się, że miał pretensje o delfiny...

Rok wcześniej Kirsten była w Nowej Zelandii, w nadmorskiej miejscowości, gdzie organizowano rejsy do miejsc pobytu delfinów. Gdy rano przyszła na przystań, powiedziano jednak, że tego dnia wycieczkę odwołują, ponieważ dziś delfinów na morzu nie spotkano. - Przyjdź za dwie godziny, może nadpłyną, jeszcze raz wysyłamy na zwiady helikopter.

- Poszłam na plażę - opowiada Kirsten - i zaczęłam medytować. Prosiłam delfiny, by przypłynęły, ponieważ przyjechałam z bardzo daleka i bardzo chciałabym się z nimi spotkać. Przyrzekłam wówczas, że jeśli przypłyną, wpłacę pewną kwotę na ich ochronę. Gdy po dwóch godzinach wróciłam do biura na przystani, dowiedziałam się, iż helikopter znalazł stado delfinów, dwie i pół godziny podróży statkiem od brzegu.

Po drodze marynarze instruowali, że one bardzo lubią się bawić, więc dobrze jest podskakiwać na fali, gonić się z nimi, pokrzykiwać. A ja położyłam się na wodzie na plecach, rozłożyłam ręce i byłam bardzo spokojna. Po paru minutach podpłynął wielki delfin. Podziękowałam mu za to, że stado wysłuchało moich próśb, a on odpłynął i wrócił z czterema "kolegami". Dwa delfiny zaczęły pływać wokół mnie po powierzchni wody, a dwa - pionowo - zanurzając się pod wodę i wynurzając. Gdy wróciłam na statek, powiedziano mi, że nigdy wcześniej tak się nie bawiły...

KotGdy Kirsten, "stanąwszy na głowie", znalazła gdzieś poza granicami Danii towarzystwo zajmujące się ochroną delfinów i wpłaciła przyrzeczoną im w Nowej Zelandii kwotę, duński koń-Indianin znów zaczął z nią rozmawiać. - I skąd on o tym wiedział? - zamyśla się Kirsten. Pytam, czy zwierzęta mają karmę. - Oczywiście - odpowiada. - Na przykład jedna pani miała psa, który nieprzyzwoicie uwielbiał pieszczoty. Tak bardzo i tak często się ich domagał, że w końcu panią zaczęło to irytować. I cóż się okazało?

Zapytany, dlaczego tak się zachowuje, pies pokazał sytuację, jak żyli kiedyś razem w krainie długotrwałej zimy i osoba, w której ciele była wówczas dusza jego pani, zaczęła się topić. Pies wyratował ją w ten sposób, że mokrą i wychłodzoną ogrzał własnym ciałem. Byli sobie w tamtym wcieleniu bardzo bliscy i w tym wcieleniu on też bardzo za tym tęsknił... Ludzie często uważają, że zwierzęta są głupie, a to my jesteśmy głupi - dodaje.

- W czasach, gdy bogiem jest pieniądz, zwierzę też musi na siebie zarobić. Gdy koń z wyścigowej stajni nie przynosi zysku, łamie mu się nogę, usypia i bierze za to odszkodowanie od firmy ubezpieczeniowej. A tymczasem wiele z takich zwierząt można leczyć, bo one same mówią, jak to robić. Często, podobnie jak ludzie, zapadają na zdrowiu z przyczyn psychicznych.

Jak klacz, której weterynarz nie chciał już inseminować, bo przez wiele miesięcy, nie wiedzieć czemu, nie dochodziło do ciąży. Dopiero Kirsten odkryła, że cztery lata wcześniej straciła ona źrebię, ale cień dziecka wciąż przebywa w jej zagrodzie. Długo musiała jej tłumaczyć, że źrebak nie jest już z tego świata, że przeszedł tęczowym mostem do światła i jest mu tam doskonale. Wkrótce inseminacja się powiodła. Ale najbardziej dramatyczną matką była ta, której dziecko zmarło tuż po porodzie. Kirsten spytała, czy mają zabrać jego ciało, czy zostawić na najbliższą noc.

Odpowiedziała, żeby zabrać. Ale gdy to uczyniono, wpadła w prawdziwy szał rozpaczy. Skakała i kopała w ściany boksu tak strasznie, że wywołała panikę w całej stajni. - Czemu to robisz, przecież pozwoliłaś zabrać dziecko? - spytała Kirsten. I wtedy klacz pokazała obraz, jaki wcześniej Kirsten nieraz widziała w telewizji przy okazji relacji z różnych wojen: wyczerpanej rozpaczą, szlochającej, poszarzałej z bólu kobiety, która załamuje ręce nad martwym dzieckiem. - Kobiety! - podkreśla Kirsten. - Bo ta klacz cierpiała tak, jak każda ludzka matka w jej sytuacji.

*  *  *

Kirsten mówi do mojej znajomej, by wzięła zeszyt i wszystko zapisała. Otóż najstarsza kocica wyczuła klimat zbliżającej się przeprowadzki, ale nie wiedziała, kto się będzie przeprowadzał. Poczuła się odtrącona, wymyśliła, że wyjazd z domu jest dla niej zagrożeniem, więc na wszelki wypadek przestała wchodzić do podróżnego kosza, nawet gdy trzeba było iść się zaszczepić. W najlepszej formie psychicznej jest Franek, ale ma kłopoty z oddychaniem. Potrzebne mu odpowiednie minerały podawane z wodą do picia i masaż... brwi. Trzeba mu je leciutko podciągać w górę, a także jemu i pozostałym dwóm kotom robić masaż całego ciała, Kirsten bierze moją znajomą za rękę i pokazuje, jak się taki masaż robi.

Następnego dnia znajoma dzwoni zaraz z rana: - To nie do wiary. Jeszcze wczoraj najstarsza przyszła na pieszczoty, a dziś rano sama weszła do podróżnego kosza. Za nią wlazł Franek i zamiast, jak zwykle, się pobić, zlegli jedno na drugim i teraz drzemią... Mam wrażenie, że stał się jakiś cud. Nawet mój mąż przestał się stukać w głowę, że jakaś baba umie rozmawiać z kotami...


Anna L. Frankowska

Źródło: Wróżka nr 1/2002
Tagi:
Już w kioskach: 2020
Wydanie specjalne 1/2022

Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

sklep.astromagia.pl