Samotność zamień w święto

Dokucza Ci samotność? Zamiast użalać się nad sobą, potraktuj ją jak święto, jak okazję do poznania siebie i nauki prawdziwego życia.

Samotność zamień w święto Samotność staje się powoli chorobą społeczną, bez względu na wiek, płeć, zawód. Dopada coraz częściej ludzi młodych. Tych naprawdę samotnych i tych, którzy z kimś podążają przez życie. Tak jak ja.
- Z ciebie to szczęściara. Masz faceta. A ja? Z kim pójdę na Sylwestra? - płakała mi w słuchawkę najlepsza przyjaciółka. Tymczasem tę jedyną w roku noc spędziłyśmy razem. Ona - samotna, bo sama i ja - samotna, chociaż mam faceta. Tyle że on dwa dni przed Sylwestrem oznajmił, że ma "obowiązki rodzinne". - Jakoś sobie sama poradzisz - rzucił mi Paweł, zresztą nie pierwszy raz.

Odkąd z nim jestem, zrobiłam się bardzo samodzielna. Nauczyłam się liczyć tylko na siebie. Tak się bowiem zawsze składa, że gdy Pawła potrzebuję, on nigdy nie ma dla mnie czasu. Jego praca, rodzina, samochód(!) - wszystko jest zawsze ważniejsze niż ja. Mimo to trwam w tym związku... ze strachu przed samotnością. Paradoks - samotnością, którą i tak przeżywam każdego dnia. Nie mam bowiem nikogo bliskiego, rodziców ani rodzeństwa. A Paweł? Daje mi złudne poczucie bezpieczeństwa, ale daje... Dlaczego tak często, będąc z kimś, odczuwamy pustkę, brak satysfakcji, smutek, aż wreszcie decydujemy się rozstać?

- Ponieważ brak wspólnego celu, który jest podstawą udanego związku - mówi Beata Bondara-Kibort, doradca psychologii alternatywnej. - Zazwyczaj takim celem jest rodzina: wicie wspólnego gniazdka, urządzanie mieszkania, wychowanie dzieci.

Bywają jednak pary, którym do szczęścia wystarczy wspólny urlop lub wypad do kina raz w tygodniu. Jeżeli obie strony są z tego układu zadowolone, wszystko w porządku. Ale jak ma się nie czuć samotny ktoś, kto dajmy na to, marzy o dziecku, a jego druga połówka dzieci nie znosi? Wtedy wygaśnie nawet najgorętsza miłość.

Często się jednak zdarza, że realizacja wspólnych planów zbliża do siebie ludzi, ale gdy cel zostaje osiągnięty, więź słabnie.

Tak bywa na przykład, gdy na świat przyjdzie już upragnione dziecko. I radość, podniecenie, które towarzyszyły ciąży, gdzieś znikają.
- Bo trzeba się umieć cieszyć nie tylko z aktu tworzenia, ale i z jego owoców. Brak równowagi rujnuje każdy związek - tłumaczy Beata Bondara-Kibort. Jak ją przywrócić? Oboje partnerzy powinni zadać sobie pytanie: jakie są moje cele życiowe, a jaki cel bycia w związku? Czy da się to połączyć?

Jesteśmy wychowani w idei bezinteresowności. Wstydzimy się przyznać nawet sami przed sobą, że związek partnerski ma nam dać jakieś korzyści. I to zarówno materialne, jak i "duchowe". Dlatego jeżeli bycie z kimś przestaje nas cieszyć, trzeba "zrobić kalkulację". Wziąć kartkę i spisać na niej rachunek zysków i strat, "za i przeciw". Czasem mając w ręku taki "konkret na papierze", łatwiej się zmobilizować do podjęcia decyzji. Partnerstwo to jednak krucha materia i obie strony tego "konta" wcale nie muszą się równoważyć.  Czasem jeden argument po stronie "za" przeważy dziesięć po stronie "przeciw". Trzeba się wsłuchać w głos serca i intuicji.

reklama

Zdaniem Beaty Bondary-Kibort, lepiej zrezygnować ze złego związku niż trwać w nim, nawet gdy nie ma się nikogo "w zanadrzu" - choćby dlatego, że partner często uniemożliwia nam poznanie kogoś nowego.

Będąc w fikcyjnym, ale jednak związku wysyłamy otoczeniu informację: jestem w parze. Wtedy mogą się nami zainteresować tylko ci, którzy i tak nie są gotowi do tworzenia własnego, zdrowego partnerstwa, którzy wolą być "tym trzecim" czy "tą trzecią". Tak więc decyzja o rozstaniu, choć trudna, bywa bardziej korzystna i, wbrew pozorom, zbliża nas do prawdziwego partnerstwa.

Do zerwania jednak trzeba się przygotować. Na przykład tworząc sobie "zaplecze" lub - jeśli ktoś woli - grupę wsparcia wśród znajomych i przyjaciół. I tam uczyć się realizowania drobnych, wspólnych planów, osiągania celów. Można też znaleźć profesjonalną grupę terapeutyczną. Jak mówi stara prawda, nie odchodzi się w pustkę. Póki się na to nie zdobędziemy, trzeba też nauczyć się żyć w związku z jak najmniejszą szkodą dla siebie. Ocenić te szkody nie jest łatwo. Na pewno wiele osób żyjących w nieszczęśliwych związkach zadaje sobie pytanie:

Gdzie jest granica między kompromisem a upokorzeniem, rezygnacją z samego siebie?

Warto pamiętać, że dobrym sprawdzianem bliskości jest rozmowa. Jeżeli dwojgu ludzi na sobie zależy, chcą wyjaśniać nieporozumienia. To być może urazi niejednego czytelnika, ale prawda jest taka, że przyczyna samotności tkwi głęboko w nas. Dotyka najczęściej osoby nie umiejące podejmować decyzji, brać odpowiedzialności za siebie i swoje życie. "Jakoś to będzie, samo się ułoży"... Kto tak mówi, nie stworzy szczęśliwego związku, ani nie przerwie pasma "fatalnych zauroczeń".

Dlatego walkę z samotnością trzeba zacząć od siebie - od przyjrzenia się sobie i zmiany własnych przekonań.

To niełatwe, bo by zrobić porządek w swoim wnętrzu, najpierw trzeba tam zrobić niezły bałagan.
- Przypomina to mycie brytfanny; gdy nalejemy do niej wody i ludwika, tłuszcz, przypalone przyprawy, drobiny pieczeni najpierw pływają na powierzchni. Potem robimy bałagan w zlewie, brudzimy zmywak, ręce, ścierkę. Bałagan tworzy się wokół i wygląda zdecydowanie gorzej niż schowanie brudnej brytfanki do szafki - tłumaczy Beata Bondara-Kibort.

- Tak samo będzie z tym, co "siedzi" w nas. Jasne, możemy schować to do środka, szukać winnych wokół lub spojrzeć na swój "cień", czyli to, co wypieramy, odrzucamy. Nie każdy to wytrzyma, bo nie każdy chce. Nie każdy też potrafi sam sobie z tym poradzić. Czasem trzeba uciec się do fachowej pomocy psychologa. Dopiero gotowi i "oczyszczeni", możemy myśleć o nowym związku. A przede wszystkim wówczas, gdy znamy już odpowiedź na pytanie, dlaczego rozpadł się nasz poprzedni.

Beata Bondara-Kibort pracowała kiedyś jako doradca personalny w kilku biurach matrymonialnych. Klienci, by zwiększyć swoje szanse, z reguły zapisują się do kilku. Beata pamięta pewną parę, skojarzoną przez jedno z biur. Byli, jak to się mówi, jak "dwie połówki jabłka". Przynajmniej z punktu widzenia udzielonych przez nich informacji dotyczących własnych predyspozycji, preferencji i oczekiwań, co deklarowali przy zapisie do biura. Niestety, po kilku randkach okazało się, że tych dwoje pasuje do siebie jak pięść do nosa. Tymczasem - ku zdumieniu obojga - skojarzyło ich również następne biuro, do którego oboje byli zapisani. I jeszcze następne! Ironia losu?

- Nie. Raczej dowód, że mieliby szansę stworzyć udany związek, gdyby oboje byli do tego gotowi, gdyby obalili mity o własnej bezinteresowności, dojrzałości. Gdyby znali swe wady, system wartości, cele - twierdzi Beata Bondara-Kibort. Jesteśmy stworzeni, by być blisko ludzi, łączyć się w pary, dzielić uczuciami. Jeśli jednak nie jest nam to dane, zamiast się bać samotności i popadać w depresję, trzeba ją jak najlepiej wykorzystać i dostrzec jej dobre strony. Poznać i pokochać siebie, nauczyć się cieszyć życiem, odpowiedzieć sobie na pytanie, jak twórczo i harmonijnie żyć sam na sam ze sobą. By tak się stało, trzeba samotności naprawdę "dotknąć", stanąć z nią twarzą w twarz.

Wiele osób bez pary ucieka przed samotnością ze strachu. Na przykład w nałogi, seks, jedzenie. Niektórzy rzucają się w wir zabaw do upadłego, inni bez zastanowienia wchodzą w nowy związek. Byle tylko nie być samemu. A związek budowany na zasadzie odreagowania, jako zastępczy, ma nikłe szanse powodzenia. Tak naprawdę, uciekając przed samotnością, uciekamy sami przed sobą. Zmieńmy więc spojrzenie na świat i siebie, przestańmy się bać i tłumaczyć przed światem. Może wtedy łatwiej uda się dostrzec kogoś, kto czeka właśnie na nas?


Bożena Wojtaszewska

Źródło: Wróżka nr 5/2002
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020