Zielony kapelusz

To się zdarzyło naprawdę... Opowiadania, zielone kapelusze i śnieg latem...


Prorocze opowiadanie


Zosia była moją pierwszą przyjaciółką. Przychodziła na moje podwórko i z innymi dziećmi bawiłyśmy się w te wszystkie podwórkowe gry, popularne w naszych czasach. Z mojego okna w czteropiętrowej kamienicy widziałam jej dom, starą, zamieszkaną przez kilka rodzin willę w ogrodzie. Zosia miała troje rodzeństwa i jako najstarsza zajmowała się nimi, bo rodzice pracowali w hucie na zmiany i często obojga nie było w domu. Pomagałam jej czasem, ale częściej to ona bywała u mnie. Mogłyśmy godzinami rozmawiać o naszych sekretach.

Któregoś dnia to wszystko się zmieniło. Rano Zosia szła z matką do sklepu po pieczywo, gdy zza zakrętu na wąski w tym miejscu chodnik wyjechała rozpędzona ciężarówka. Matka, w jakimś niezrozumiałym odruchu, zamiast zasłonić córkę, zasłoniła nią siebie. Hamujący samochód potrącił Zosię, a gdy upadła, tylnymi kołami przejechał po jej nodze, miażdżąc ją kompletnie. Matka wyszła z wypadku bez szwanku. Przynajmniej fizycznego, bo potem nie mogąc sobie wybaczyć tego, co zrobiła, kompletnie się załamała. Zosia jeszcze długo po powrocie ze szpitala, gdzie amputowano jej nogę, nie chciała nikogo widzieć. Wstydziła się swojego kalectwa. Zanim włożyła protezę, uczyła się w domu. Mimo że znowu zaczęłam ją odwiedzać, trudno się nam rozmawiało.

reklama

O szkolnych sprawach nie chciała słuchać, przynoszonych książek nie chciała czytać. Jak na ironię, jej myśli krążyły wokół chłopca, który jej i mnie zawsze się podobał. Tyle że teraz Zosia była przekonana, że Marek K. nawet na nią nie spojrzy. Mówi się, że czas leczy rany. Nie u Zosi. Nic jej nie cieszyło, unikała towarzystwa rówieśników. I chyba z ulgą przyjęła wiadomość o wyprowadzce z willi. Rodzice po latach oczekiwań dostali z huty mieszkanie. Zosia nagle odżyła. Mówiła, że wraz z nowym adresem i nową szkołą zacznie nowy rozdział w życiu. Z okna śledziłam kolejne wyprowadzki kwaterunkowych lokatorów z willi, potem jej przebudowę i remont, a w końcu przybycie nowych mieszkańców, tym razem prawowitej właścicielki, którą okazała się znana pisarka.

Zosia czasem do mnie przyjeżdżała i razem podpatrywałyśmy, co dzieje się za wysokim płotem. Kiedyś pisarka nas na tym przyłapała i… zaprosiła do ogrodu. Zainteresowała ją zwłaszcza Zosia, więc zostawiłam je same. Nigdy nie pytałam, o czym rozmawiały. Po kilku latach wpadła mi w ręce książka tej pisarki. Znalazłam w niej opowiadanie o kalekiej dziewczynce, której w dorosłym życiu spełnia się młodzieńcze marzenie o wielkiej miłości. Jej mężem zostaje dawny obiekt westchnień, który, jak się okazało, także ją zawsze kochał i jej kalectwo tego nie zmieniło. Od razu pomyślałam o Zosi i Marku K., ale wydało mi się to zupełną fantazją.

Wcześniej straciłam kontakt z Zosią, która z rodzicami przeniosła się na Śląsk, więc nie miałam okazji powiedzieć jej o tym opowiadaniu rodem z Harlequina. Taka okazja trafiła mi się dopiero w zeszłym roku. Odnalazłam Zosię na portalu „Nasza klasa”. Zgodziła się na spotkanie. Przyszła na nie ze swoim niedawno poślubionym mężem… Markiem K. Byłam pod wrażeniem! Nie wiem, czy bardziej tego, że są razem, czy że ktoś to dużo wcześniej przewidział. Na pożegnanie podarowałam im wydane dziesięć lat temu opowiadanie znajomej pisarki, które okazało się opowiadaniem proroczym.


Małgorzata z Warszawy



Kobieta w zielonym kapeluszu

Kilka lat temu jako wolontariuszka opiekowałam się pewną obłożnie chorą starszą panią. Trochę trwało, zanim udało mi się przekonać ją, by mi zaufała. Zwykle niewiele oczekiwała, za wszystko była bardzo wdzięczna. Z czasem zaczęła mi opowiadać o swojej młodości, pokazywać zdjęcia. Kiedyś zapytałam ją, dlaczego nie wyszła za mąż. Długo czekałam, ale w końcu zdecydowała się odpowiedzieć na moje niezbyt grzeczne pytanie. Miała narzeczonego, jedynaka, który bardzo liczył się ze zdaniem swojej matki. Po pewnym czasie to zaczęło być kłopotliwe. Jan konsultował swoje decyzje z matką, także tę o ich ślubie. Moja podopieczna, pani Maria, postawiła w końcu sprawę na ostrzu noża – albo ślub, albo rozstanie. No i przestali się spotykać, ale Jan nie mógł się z tym pogodzić. Kochała go, więc znowu się zeszli. Jan podarował jej pierścionek z szafirem. Ale rozmów o ślubie nadal unikał.   Wybuchła wojna, oboje wkrótce zaczęli działać w konspiracji. W tych trudnych czasach ludzie żyli jakby szybciej, Maria także chciała już być na swoim, z ukochanym mężczyzną u boku. Pewnie by się w końcu tak stało, gdyby Jan nie zginął. Został rozstrzelany w przypadkowej łapance. To była tragedia dla niej i dla jego matki. Ale nawet wspólne cierpienie nie zbliżyło ich do siebie.

Toteż Maria zdziwiła się, gdy podczas powstania matka Jana zjawiła się w punkcie obrony oddziału Marii i poprosiła ją o odprowadzenie do domu. Maria za zgodą dowódcy spełniła jej prośbę. Gdy dotarły na miejsce, matka narzeczonego przyznała się, że skłamała, bo tak naprawdę przysłał ją… Janek, by wyprowadziła Marię z miejsca, gdzie grozi jej niebezpieczeństwo. Maria, wściekła, udała się z powrotem do swojego oddziału. I zobaczyła, że budynek został zbombardowany i wszyscy jej koledzy zginęli. Matka Jana zjawiła się u pani Marii raz jeszcze, po wojnie, kilka dni przed jej ślubem z mężczyzną poznanym w sanatorium. Przyszła z ostrzeżeniem od syna, że przyszły mąż Marii jest oszustem i bigamistą. Okazało się, że miała rację… Wkrótce po tym zakazała matce Jana zbliżać się do siebie, bez względu na to, jakie jeszcze zdobędzie od syna wiadomości. „Tak zostałam starą panną” – zakończyła. Zapytałam, czy niedoszła teściowa spełniła jej prośbę. Okazało się, że w pewnym sensie tak. Więcej wiadomości od Jana nie było, ale kobieta całkiem z życia pani Marii nie zniknęła.

Pojawiła się w tym swoim noszonym na okrągło zielonym pilśniowym kapeluszu w chwili, gdy Maria znalazła się w sytuacji bez wyjścia. Którejś zimy Maria nierozważnie zeszła ze szlaku w górach. Zapadł zmrok, nie mogła odnaleźć ścieżki. Zamarzłaby, gdyby nie postać, która pojawiła się nie wiadomo skąd. Początkowo Maria nie zorientowała się, kto ją prowadzi. Matka Jana od jakiegoś czasu nie żyła, więc… Ale ten zielony pilśniowy kapelusz. Gdy była już na dole, zawołała do idącej przed nią kobiety, żeby się zatrzymała, żeby pokazała twarz, ale ona tak samo jak się pojawiła, tak niespodziewanie zniknęła. Powiedziałam wtedy pani Marii, że matka Jana musiała mieć za życia poczucie winy wobec niej, skoro jako duch przyszła spełnić dobry uczynek, ale ona tego nie skomentowała. Kiedy byłam u niej, jak się okazało, ostatni raz przed jej śmiercią, powiedziała mi, że… właśnie jest u niej matka Jana. Ja żadnego ducha, oczywiście, nie widziałam. Gdy wychodziłam, zobaczyłam jednak na wieszaku zielony pilśniowy kapelusz. Czy był to „ten” kapelusz? Nie wiem. Z upływem czasu dochodzę do wniosku, że wcale go u pani Marii wtedy nie widziałam, że mi się tak tylko wydawało.


Beata W.


Śnieg latem

Mój brat nie byłby zadowolony, że opowiadam tę historię, ale ona ciągle mi towarzyszy i próbuję ją zrozumieć. Od razu zaznaczę, że byliśmy z bratem bardzo zżyci. Młodszy ode mnie o pięć lat Grzesiek zawsze zwracał się do mnie o radę i pomoc. Gdy stał się dorosły, przyprowadzał do mnie wszystkie swoje narzeczone. I liczył się z moim zdaniem.   Odstąpił od tego tylko raz, gdy poznał Ninę. Wiedział, że mi się nie spodoba. On patrzył na tę dziewczynę przez różowe okulary. Pobrali się za granicą, w Argentynie. W Nowy Rok, który witali w Buenos Aires. Rodzina, chcąc nie chcąc, zaakceptowała wybór Grzegorza, ja także starałam się polubić Ninę. A nie było to łatwe, gdy widziałam, jak traktuje mojego brata.

Zrobiła sobie z niego niewolnika i skarbonkę, dzięki której mogła realizować swoje artystyczne ambicje. Najmniej zajmowała się mężem i domem. Był w nim wieczny bałagan, pusta lodówka i chłodna atmosfera. Wszystkie pieniądze szły „na sztukę”. Im bardziej Nina oddalała się od Grzegorza, tym bardziej on za nią gonił. Był handlowcem i zanim się ożenił, często jeździł zawierać kontrakty za granicę. Potem z wyjazdów zrezygnował, co w dużej mierze załamało jego karierę. Ale on był szczęśliwy, że nie musi na dłużej opuszczać żony. Zastanawiałam się, kiedy przejrzy na oczy, ale to ciągle nie nadchodziło.

Pewnego letniego sobotniego wieczoru niespodziewanie zjawił się u mnie. Był roztrzęsiony. Mówił niezbyt składnie. Otóż jak zwykle siedział w domu i czekał na żonę. Znużony czytaniem książki, zamknął oczy. Nie był pewien, czy zasnął, czy nagle zgasło światło. Zrobiło się ciemno, ale za chwilę znów bardzo jasno, tak że musiał zasłonić oczy. Pomyślał, że takie wrażenie ma się, patrząc w słońcu na śnieg. Ale przecież było lato… A może jednak nie, bo w mieszkaniu zrobiło się przenikliwie zimo. Za oknem padał śnieg! Wstał z kanapy, przeszedł kilka kroków i zobaczył… swoje mieszkanie w wielkim nieładzie, jakby ktoś czegoś szukał, i to w pośpiechu. Ze ścian zniknęły cenne obrazy. Pomyślał, że zasnął, nie zamknął drzwi i złodzieje wszystko wynieśli. Bał się, co na to powie Nina. Postanowił prosić mnie o pomoc. A ja powiedziałam: „To z pewnością nie złodzieje cię okradli, tylko ukochana żona”.

Ja miałabym tak powiedzieć? Słuchałam swojego brata z niedowierzaniem. I miałam rację, po powrocie do jego domu stwierdziliśmy, że wszystko jest na swoim miejscu. Minęło lato i jesień. Przyszła wczesna zima. Przez te kilka miesięcy zapomniałam o dziwnym śnie czy wizji Grzegorza. On także. Aż tu nagle wszystko wróciło. Dokładnie tak, jak opowiadał!

Tego sobotniego wieczoru padał śnieg. Brat zjawił się u mnie roztrzęsiony i oznajmił, że zostali z Niną okradzeni! A ja nie wytrzymałam i powiedziałam: „To z pewnością nie złodzieje cię okradli, tylko ukochana żona”. Powiedziałam to! Słowo w słowo, tak jak to relacjonował latem! Te słowa wyszły z moich ust, jakbym nie miała nad nimi kontroli. Szybko okazało się, że Nina razem z obrazami, które „się jej należały”, rzeczywiście w pośpiechu opuściła Grzegorza. Trochę to trwało, nim po rozwodzie doszedł do siebie. Największy żal pozostał w nim do mnie – za to, że mu nie pomogłam, bo zbagatelizowałam jego wizję. Gdybym, jak do dziś uważa, potraktowała to inaczej, jako poważne ostrzeżenie, może mógłby rozstaniu z żoną zapobiec.


Justyna z Gdańska

Źródło: Wróżka nr 1/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020