Nowe mieszkanie

Po przeprowadzce już pierwszej nocy usłyszałam płacz małego dziecka. Dochodził zza ściany. Dziecko płakało bardzo często.

Kiedy zainteresowałam się, kim są sąsiedzi, mający kłopot ze swoją pociechą, okazało się… że od roku mieszkanie stoi puste, bo właściciele wyjechali za granicę. Zdziwiło mnie to bardzo, bo przecież wyraźnie w dzień i w nocy słyszałam płacz niemowlaka. Zapytałam, czy ci ludzie, którzy wyjechali, mieli małe dziecko. Dozorczyni odpowiedziała, że nie. Zakładając, że ona wie, co mówi, jakoś musiałam sobie te moje omamy słuchowe wytłumaczyć. Ostatecznie doszłam do wniosku, że płacz może dochodzić z innego piętra.

Zresztą, na szczęście, po jakimś czasie odgłosy ustały, a może ja przestałam na nie zwracać uwagę? Mieszkanie miałam małe, ale za to wspaniały, duży balkon. Było tyle miejsca, że mogłam hodować w skrzynkach ulubione zioła i kwiaty, a nawet małe krzewy. Poświęcałam temu zajęciu dużo uwagi, ale efekt był tego wart. Tamtego dnia, to był czwartek, 5 września, jadłam śniadanie przy stole, który stoi naprzeciwko okna wychodzącego na balkon. Pamiętam, że podniosłam do ust filiżankę z herbatą i nagle zobaczyłam coś dużego, czarnego spadającego z dużą prędkością z któregoś balkonu z wyższych pięter. Zamarłam. Czekałam na głuchy odgłos. Ale nic takiego nie usłyszałam. Mimo że byłam pewna, że to… człowiek w czarnym płaszczu wyskoczył, a może wypadł. Minęło sporo czasu, nim odważyłam się wyjść na mój balkon. Wychyliłam się, żeby spojrzeć na dół. Chodnik był pusty.

reklama

Pierwszy raz (nie licząc tego płaczu zza ściany) zdarzyło mi się doświadczyć czegoś tak realnego i nierealnego zarazem. Przecież widziałam spadającą w dół postać, a śladu po niej nie było. Zaczęłam się zastanawiać, czy z moją głową wszystko w porządku. Dlatego o tej historii opowiedziałam siostrze. A ona szybko znalazła wyjaśnienie – uznała, że musiałam widzieć pikującego czarnego ptaka, na przykład dużego gawrona z rozpostartymi skrzydłami. Nic innego nie przychodziło jej do głowy. Zamiast trzymać się tej wersji, zaczęłam sobie przypominać szczegóły. Takie oto na przykład, że podszewka czarnego płaszcza była w czerwono-zieloną kratę! Po kilku tygodniach moja wizja zaczęła blednąć, bo przestałam o niej myśleć. Aż do dnia, gdy spotkałam w windzie kobietę w czarnym płaszczu… podbitym podszewką w czerwono-zieloną kratę! To nie mógł być zwykły zbieg okoliczności. Kobieta nacisnęła guzik z numerem 11. Mimo że mieszkam na piątym piętrze, pojechałam z nią na samą górę. Gdy wysiadłyśmy, poprosiłam o chwilę rozmowy.

Opowiedziałam jej o swojej wizji. Liczyłam się z tym, że mnie wyśmieje albo zwymyśla, ale ona zaprosiła mnie do siebie. I nie kryjąc zdumienia, potwierdziła, że tamtego dnia, w czwartek, 5 września, myślała o tym, żeby ze sobą skończyć. Ale to była tylko jedna zła chwila, która na szczęście szybko minęła. Ogarnęło ją bowiem uczucie, że ktoś o niej myśli, że nie jest sama. To wspólne, można powiedzieć, przeżycie bardzo nas zbliżyło. Zaprzyjaźniłyśmy się z Martą. Łączy nas szczególna… telepatyczna więź. I jeszcze jedno. Wiele miesięcy później, kiedy na moim balkonie zakwitła fioletowa lawenda, zza granicy wrócili sąsiedzi zza ściany… z maleńkim, niedawno urodzonym, dzieckiem! Wiecznie płaczącym, w dzień i w nocy! I tak moje prorocze omamy słuchowe zmaterializowały się.


Zofia L.

Źródło: Wróżka nr 6/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube