Wszyscy moi bracia z Zanzibaru

Nazwa tej należącej do Tanzanii wyspy brzmi jak magiczne zaklęcie, ale w miejscowym języku oznacza „krainę czarnych ludzi”. Bo przed kilkuset laty Zanzibar był największą na świecie giełdą niewolników.

Wszyscy moi bracia z Zanzibaru

Jest 3.20 nad ranem. Duszno i gorąco. Wentylator w pokoju nie działa. Nie mogę zasnąć. Sen morzy mnie dopiero wtedy, kiedy powinienem się budzić. Samolot, którym mam odlecieć do Nairobi, startuje o 5.10. Właściwie już jestem spóźniony. Na szczęście tu, w Afryce, urzędnicy nie są drobiazgowi. Z przymrużeniem oka patrzą na obowiązkowy termin stawienia się do odprawy dwie godziny przed odlotem. Jeśli za pięć minut wskoczę do taksówki, to zdążę.

Mkunazini Street to uliczka prowadząca do hotelu Annex of Abdalla, w którym spędzałem ostatnią noc na wyspie. Jest tak wąska, że kierowcy samochodów muszą składać lusterka, żeby nią przejechać. Przed laty pędzono tędy niewolników na znajdujący się kilkadziesiąt metrów dalej Slave Market. Wychodzę z hotelu. Na tej wąskiej i pustej zazwyczaj ulicy stoją cztery taksówki. Czarny kierowca pierwszej z nich to ten, z którym się wieczorem umawiałem. Patrzy na mnie z zakłopotaniem, kręci głową i bezradnie rozkłada ręce. Trzej pozostali blokują mu z premedytacją drogę… Zacznijmy jednak od początku.

Wyspa jak zaklęcie

Zaledwie 40 kilometrów dzieli Zanzibar od stolicy Tanzanii, Dar es Salam, ale stary i przepełniony prom potrzebuje aż pięciu godzin, by pokonać ten dystans. Kiedy wpływamy do portu, słońce chyli się ku zachodowi. Z daleka widać wielki napis na portowej bramie: „Karibu Zanzibar” (w języki suahili „Witamy na Zanzibarze”) i flotylle dhow, rybackich łódek wyciosanych z jednego pnia drzewa, które kołyszą się przy nabrzeżu. A więc tak wygląda wyspa, której nazwa brzmi jak magiczne zaklęcie z baśni tysiąca i jednej nocy (choć w rzeczywistości znaczy po prostu „kraina ludzi czarnych”), wyspa, którą zawsze chciałem zobaczyć.

Dawni żeglarze zapisywali w swych pokładowych dziennikach, że zapach goździków, gałki muszkatołowej, cynamonu i wanilii czuło się, dopływając do wyspy, zanim jeszcze na horyzoncie pojawiła się ziemia. David Livingstone kilkadziesiąt lat później ujął to inaczej: „Słuszniej byłoby nazwać to miejsce Stinkibar (od angielskiego słowa stink – „odór”). Smród jest tu bowiem nie do zniesienia”. Wielki szkocki odkrywca mieszkał na Zanzibarze, traktując wyspę tak, jak kupcy i piraci – a więc jako doskonałą bazę wypadową w głąb kontynentu afrykańskiego.

Otoczony idyllicznymi plażami Zanzibar to wyspa, którą można kochać lub nienawidzić. Ponura przeszłość

To nie goździki, pieprz i wanilia sprawiły, że sława tej pięknej wysepki niesie się od Afryki po Europę i dalej, aż do obu Ameryk. Zanzibar jest czarną gwiazdą i ponurym adresem na mapie niewolnictwa, miejscem, gdzie handel żywym towarem trwał czterysta lat. Strategiczne położenie wyspy na przecięciu głównych szlaków handlowych, sprawiło, że zamieniono ją w coś na kształt obozu koncentracyjnego połączonego z wielką giełdą niewolników. Przywożono ich z Sudanu, Ugandy, Konga, Mozambiku. Przetrzymywano (a właściwie magazynowano) w nieludzkich warunkach.

Kiedy przybywali kupcy z Europy i Ameryki, czarny towar wystawiany był na sprzedaż. Zakupów dokonywano hurtowo, płacąc średnio od jednego dolara za dziecko do dwunastu dolarów za młodą, piękną dziewczynę. Tych, którzy zostali kupieni, wrzucano pod pokład specjalnie przystosowanych do tego celu statków i wieziono, by budowali potęgę Stanów Zjednoczonych. Ci, którzy byli chorzy lub nieprzytomni, lądowali na plaży. Najczęściej rozszarpywały ich dzikie, wałęsające się po nabrzeżu psy i wielkie kraby o szczypcach ostrych jak brzytwy. Ale część przeżyła i pozostała na Zanzibarze. Dziś ich potomkowie stanowią większość populacji wyspy, ale wciąż pracują na plantacjach należących do Arabów.

Urodzony w Stone Town Freddie Mercury nigdy nie tęsknił za swą afrykańską ojczyzną. Myślę o tym, spacerując uliczkami Stone Town, nieustannie nagabywany przez obnośnych sprzedawców, naganiaczy czyhających na turystów i wszechobecnych bayaye. Tym mianem określa się w Afryce nikomu niepotrzebnych młodych bezrobotnych mężczyzn, którzy całymi dniami snują się po ulicach, drzemią w cieniu, zaczepiają białych, bezpardonowo prosząc o „support”. Ten „support” to oczywiście parę dolarów, a prośba wypowiadana jest uprzejmie. Tyle że w tej sztucznej anglosaskiej uprzejmości (Zanzibar przez długie lata był pod protektoratem Anglii) daje się wyczuć nutę roszczeniową. Jestem biały, a więc mam pieniądze. A jeśli mam pieniądze, to powinienem się nimi podzielić…

Odnajduję dom, który dla wielu miłośników muzyki jest celem pielgrzymek. Stara kolonialna kamienica wyróżnia się tylko tym, że wisi na niej pamiątkowa gablota, bo tu urodził się i wychował czarodziej sceny i mikrofonu. Był dzieckiem dobrze sytuowanej rodziny pochodzącej z Indii. Zmarł na AIDS w Londynie. Nazywał się Farrokh Bulsara, ale milionom fanów na całym świecie znany jest jako Freddie Mercury, wokalista słynnej grupy Queen. Ale jego pomnik stoi nad Jeziorem Genewskim, nie zaś na ojczystej wyspie.
Zanzibar bowiem wcale nie kochał Freddiego, a muzyk nie kochał Zanzibaru.

Kiedy w 1963 roku wybuchła na wyspie rewolucja, Freddie namówił rodzinę do wyjazdu. W jego żyłach płynęła perska krew. Przeczuwał, że nie ma czego szukać w kraju, który przejmuje we władanie muzułmański sułtanat. Gdy w 2006 roku wielbiciele Mercury’ego postanowili na Zanzibarze uczcić 60. urodziny idola, lokalna islamska organizacja UAMASHO zagroziła, że spacyfikuje imprezę. Zanzibarskie prawo zabrania bowiem związków homoseksualnych, Freddie zaś nigdy nie ukrywał swej biseksualnej orientacji.

reklama
Źródło: Wróżka nr 7/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020