Życie po życiu

Boimy się chorób. Cierpienia, operacji, czasem utraty pracy i przerwania kariery. Choroba to raczej przegrana niż sukces. Tymczasem może być zupełnie inaczej…

Natalia, 34-letnia projektantka wnętrz, jest dziś wdzięczna za swoją depresję. – Pokazała mi ona, że źródłem niepowodzeń jest niskie poczucie własnej wartości. Kiedy nad nim popracowałam, pojawiły się wygrane. Dziś mam swoją firmę i jestem z siebie dumna – mówi Natalia. Iza Demozzi mówi, że choroba jest krzykiem duszy, kiedy wkraczamy na niewłaściwą ścieżkę. – Dzięki temu w porę zorientowałam się, że praca w korporacji nie jest dla mnie. Teraz pomagam innym, moje życie nabrało sensu – tłumaczy była menedżerka.
– Cukrzyca uchroniła mnie przed światem pozorów, jakim jest aktorstwo i show-biznes. Choroba stała się moim przewodnikiem duchowym – twierdzi Katarzyna Miernicka, nauczycielka tai-chi.

KatarzynaAktorka szuka sensu

Katarzyna od dzieciństwa marzyła, aby występować na scenie. Chciała być baletnicą, ale nie przyjęto jej do szkoły, była zbyt chorowita. Po latach dostała się do szkoły teatralnej.
– Byłam najszczęśliwszą osobą na świecie – wspomina. – Historia sztuki, kina, rytmika, taniec, szermierka i gra na scenie… Czułam się jak ryba w wodzie – mówi Katarzyna. Najbardziej lubiła grać bohaterki „na kontrze”. Co to znaczy? – Chodzi o postacie zupełnie inne niż my. To dla aktora zawsze duże wyzwanie – tłumaczy Kasia.

Dlatego bardzo cieszyła się z roli Olgi w „Trzech siostrach”. Żywiołowa Kasia o urodzie amantki wcieliła się w swoje przeciwieństwo – nieatrakcyjną starą pannę, smutną i niespełnioną, której jedynym celem było opiekowanie się młodszymi siostrami. Potem zagrała też inną siostrę, Maszę. Kobietę atrakcyjną, ale milczącą, nieprzystępną, ukrywającą emocje.
– Najstarsza siostra prawie się nie odzywała. Ale przecież musiała istnieć.

reklama

Pokazywałam to gestami. Wzdychałam, przekręcałam głowę, zakładałam nogę na nogę – opowiada aktorka. – To było fascynujące – wspomina. Kochała grać i nie wyobrażała sobie, że może być inaczej. Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło… To było po kolejnej próbie „Kupca weneckiego”. – Nagle poczułam, że umieram. Zobaczyłam absurdalność swojego zajęcia. Bo jaki ludzie mogą mieć pożytek z tego, że zobaczą kolejną wersję spektaklu Szekspira? – mówi.

Poszła do dyrektora i… poprosiła o zwolnienie z pracy.
– Dlaczego? – pytał zaskoczony Waldemar Śmigasiewicz.
– Przestało to mieć dla mnie sens – odpowiedziała szczerze.
Dyrektor pokiwał ze zrozumieniem głową i… wysłał ją na urlop.
Grała jeszcze kilka lat. – Nie wiem, dlaczego… Może próbowałam coś z siebie wykrzesać, do takich wyjątków należał spektakl „Dymny”, który nieźle wspominam. Ale poza tym zmuszałam się do występowania na scenie – mówi Katarzyna. Dopiero kiedy dowiedziała się, że ma cukrzycę, podjęła ostateczną decyzję: koniec z aktorstwem.

IzaMenedżerka jest samotna

Iza Demozzi skończyła dobrą wrocławską uczelnię. Początek lat 90., dostała pracę w międzynarodowej korporacji. Ciekawe projekty, wyjazdy na szkolenia za granicę, służbowe kolacje i imprezy. – Miałam świadomość sukcesu – mówi. – Utwierdzali mnie w tym jeszcze bliscy i znajomi, którzy cmokali: „Ale daleko zaszłaś…”.

Potem był ślub. Wybrankiem Izy został także menedżer międzynarodowej korporacji. Chociaż widywali się tylko raz w tygodniu, uważali, że to OK, teraz dla wszystkich najważniejsza jest praca i kariera. Sielanka trwała kilka lat. Iza była z siebie dumna. Dużo zarabiała, praca, która lubiła, wypełniała jej życie, odwiedzali z mężem najpiękniejsze zakątki świata. Jednak pewnego dnia w jej sercu zagościł smutek. Czuła się coraz gorzej.

– Całe ciało mówiło mi, że mam porzucić pracę w biznesie. Ale nie potrafiłam odejść. Aż w końcu pojawiła się pustka.
– Czułam, ze spadam w otchłań. To było nie do wytrzymania – wspomina. Była też osłabiona fizycznie. Parę razy straciła świadomość. – Któregoś dnia byłam tak słaba, że nie mogłam dojść do samochodu. Zamiast do pracy, pojechałam do lekarza – mówi.

Wszystkie wyniki badań były złe, ale lekarze nie wiedzieli, co właściwie jej jest. Dostała skierowanie do kliniki onkologicznej. Szukano raka. Przeszła kolejne badania. Diagnozy ciągle nie było, ona jednak przewidywała najgorsze. Od dawna nie pracowała. Czuła się nie tylko chora, ale też osamotniona i nikomu niepotrzebna.

Dziś Kasia jest wdzięczna losowi za cukrzycę. Twierdzi, że choroba jest jej najlepszym przyjacielem. Dlaczego? Bo ją dyscyplinuje.

– Rodzicom nic nie powiedziałam, nie chciałam ich martwić. A mąż? Był zajęty karierą, a poza tym nieświadomy sytuacji. Przecież lekarze nie postawili żadnej diagnozy – mówi Iza. Coraz częściej myślała o śmierci.

Kasia prowadzi zajęcia tai-chi. Uczy także zdrowego żywienia, praktykuje buddyzm tybetański. – Teraz najważniejsi dla mnie są ludzie – mówi. Architektka nie wychodzi z domu

Z Natalią było inaczej. Po studiach na architekturze wnętrz nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Niby czuła, że jest artystką, ale nie miała konkretnej wizji przyszłości. Poszła pracować do niemieckiej firmy, która zajmowała się projektowaniem wnętrz. Tam okazało się, że rola Natalii – projektantki – polega na sprzedaży termosów do kawy.
– Czułam się upokorzona. Ale postanowiłam, że wytrzymałam rok, a potem poszukam czegoś innego – mówi.

W kolejnej firmie znowu czekało ją rozczarowanie. Satysfakcji z pracy ciągle nie było, były za to kamery i podsłuchy, szefowie przekazywali sobie informacje o pracownikach, potem ich skłócali, niektórych usuwali z firmy. Spotkało to także Natalię. Wyrzucono ją z dnia na dzień, bez wypłacenia obiecanej prowizji, tym razem za sprzedaż dywanów.

Kasia prowadzi zajęcia tai-chi. Uczy także zdrowego żywienia, praktykuje buddyzm tybetański. – Teraz najważniejsi dla mnie są ludzie – mówi. W następnej firmie siedziała codziennie do późnego wieczora, ponieważ musiała pracować dodatkowo za dwóch pomocników projektanta, których szef miał zatrudnić, ale ciągle nie mógł znaleźć na to czasu.
Odeszła zdesperowana po półtora roku. Tym razem postanowiła sobie zrobić przerwę w pracy.
– Miałam serdecznie dość wszystkiego – mówi Natalia.

Pierwsze tygodnie na wolności cieszyły. Nareszcie mogła robić to, co chce. I spać do południa. – W końcu jestem artystką – rozgrzeszała się. Ale po miesiącu ogarnęła ją nuda. Po dwóch stwierdziła, że do niczego się nie nadaje. A po trzech przestała wychodzić z domu. Tylko pod osłoną nocy wymykała się od czasu do czasu po zakupy. Całe dnie przesypiała, nocami zaś serfowała po internecie. Po pół roku stwierdziła, że jej życie nie ma sensu, pojawiły się myśli samobójcze.

Uratował ją brat. Ten sam, o którego w dzieciństwie zawsze była zazdrosna. Rodzice odmiennie ich traktowali. Natalia musiała zasłużyć na miłość, dlatego się starała, była wzorową uczennicą, potem studentką. A brat Marek, chociaż łapał dwóje, był oczkiem w głowie całej rodziny, łącznie z ciociami i babciami. Tego wieczoru Marek dzwonił bez przerwy do jej drzwi. Potem czekał w samochodzie. Kiedy wyszła do sklepu, złapał ją za rękę i na siłę wsadził do auta. Pojechali do szpitala. Natalia została na oddziale depresji.

Źródło: Wróżka nr 8/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019