Podróż do wnętrza Ziemi

Czy wodospady w samym sercu Himalajów kryją drzwi do tajemniczego królestwa? Czy Eldorado istnieje naprawdę? Jak odnaleźć drogę do złotych pałaców?

Podróż do wnętrza Ziemi

Lina zrzucona do szczeliny ginęła w czarnej otchłani. Zjeżdżaliśmy setki metrów, lądując na skalnych półeczkach, aby zawiesić kolejny odcinek liny i opuszczać się dalej. Na głębokości pół kilometra pojawiła się woda. Coraz obfitsze kaskady tryskały z otworów w wapieniu. Już niepodobna było ich unikać. Sunęliśmy w głębiny razem ze strugami bębniącymi po kaskach, biczującymi plecy i ramiona. Ogłuszał nas rosnący szum, plusk, w końcu ryk pędzącej wody.

Lądowaliśmy w jeziorach wybitych w skale siłą wodospadów, aby brnąć korytem podziemnego potoku w coraz obfitszym nurcie. Zanurzeni w lodowatej wodzie, walczyliśmy, aby wściekły, spieniony prąd nie podciął nam nóg i nie porwał do czarnych dziur ziejących w podłożu. Po 18 godzinach zmagań z żywiołami podziemi stanęliśmy w olbrzymiej pustce, pod gigantycznym sklepieniem. Rzeka znikła pod rumowiskiem kamieni, przebijając się dalej niedostępnymi szczelinami w głąb alpejskiego masywu. Dotarliśmy na głębokość 800 metrów w najgłębszej wówczas jaskini świata, Gouffre Berger, w pobliżu francuskiego Grenoble.

Resztką sił rozbiliśmy namioty, aby odzyskać energię potrzebną do dalszego pochodu pionowymi studniami na dno jaskini, położone jeszcze niżej, na poziomie minus 1240 m. W rozległej sali tkwił las potężnych stalagmitów. Ich cienie poruszające się wraz z każdym ruchem lamp powodowały złudzenie, że otacza nas gromada zakapturzonych mnichów. Leżąc już w śpiworach, czekaliśmy, aż podniecenie wywołane morderczym wysiłkiem opadnie i pozwoli usnąć. Rozmawialiśmy i ktoś, wspominając powieść Juliusza Verne’a „Podróż do wnętrza Ziemi”, powiedział: „Verne nie miał pojęcia, jak to naprawdę wygląda!”.

reklama

To samo przyszło mi na myśl, gdy ostatnio obiegła świat wiadomość, że fizyk Brooks Agnew, potomek szkockiego eksploratora Jamesa Rossa, który w 1831 roku odkrył północny biegun magnetyczny, zbiera ekipę i fundusze na wyprawę do wnętrza Ziemi. Swój pomysł oparł na prowadzonej od 2001 roku analizie tysiąca kilometrów sejsmogramów, czyli wykresów drgań skorupy ziemskiej. Wyczytał z nich, że pod dnem Oceanu Atlantyckiego istnieje puste jądro naszej planety, wejście zaś do niego ma się znajdować na polarnej wyspie Ellesmera. Pomysł nie jest nowy. W każdym razie pamiętają o nim studenci. Na Wydziale Geologii Uniwersytetu Warszawskiego widziałem ogłoszenie o zebraniu „Towarzystwa płaskiej Ziemi”, a na Uniwersytecie Jagiellońskim działało „Koło pustej Ziemi”. Studencka przekora, ale całkiem niedawno było zupełnie inaczej!

Wydrążona planeta

W 1692 roku wybitny astronom sir Edmund Halley, ten od Komety Halleya, bronił w Królewskim Towarzystwie hipotezy, że prawie 40 procent planety jest pustą sferą, otoczoną przez skorupę o grubości siedmiuset kilometrów. Opierał obliczenia na danych Izaaca Newtona o gęstości Księżyca. Także Leonard Euler, uważany za największego geniusza matematycznego wszech czasów, głosił tę ideę. Zaryzykował tezę, że w wewnętrznym świecie panuje światło i kwitnie rozwinięta cywilizacja. Tropem sławnych naukowców poszedł w 1810 roku Szkot, sir John Leslie, znany z wytworzenia po raz pierwszy sztucznego lodu. Uważał on nawet, że Ziemia kryje w sobie dwie inne świecące planety!

Ale dopiero z nadejściem epoki odkryć geograficznych zagadka pustej Ziemi stała się tematem publicznej debaty. Na początku XIX wieku John Cleves Symmes, były kapitan piechoty w armii Stanów Zjednoczonych, rozgłosił, że wszedł w posiadanie „złotej tajemnicy” Karola Darwina o istnieniu życia wewnątrz planety i udało mu się dotrzeć do ważnych polityków. Tak zamącił w głowie Richarda Johnsona, gubernatora stanu Kentucky, późniejszego wiceprezydenta USA, że ten przedłożył w Kongresie projekt ekspedycji finansowanej przez państwo. Symmes chciał wyruszyć z Syberii na saniach ciągniętych przez renifery i dotrzeć do „ciepłej i bogatej ziemi, pełnej kwitnących roślin i zwierząt”. Jednak projekt przepadł. Ale co tam kongresmen wobec tego, że dała się uwieść sama caryca Katarzyna II, a potem i Hitler!

Władczyni Rosji zaufała informacji otrzymanej od wolnomularzy o starożytnym lądzie za Kręgiem Polarnym, oczarowana wizją eliksiru młodości, który, jak opowiadano, odkryli mieszkańcy Hiperborei („poza Boreaszem”, czyli północnym wiatrem Greków). Według Pliniusza i Herodota, podobnie jak Wergiliusza i Cycerona, Hiperborejczycy mieli żyć do tysiąca lat i to w całkowitym szczęściu. Na mocy tajnego dekretu Katarzyny II, podpisanego 4 maja 1764 roku, wyruszyła na Spitsbergen wyprawa dowodzona przez admirała Wasyla Cziczagowa. Oficjalnie, aby zbadać łowiska ryb i wielorybów. Ale na pełnym morzu dowódca otworzył zalakowaną kopertę i dowiedział się, że ma płynąć na biegun północny i zająć mityczny ląd w imieniu carycy.

Wejście na biegunie

Postępy nauki sprawiały, że teoria wewnętrznego świata stopniowo traciła na sile. Mit podtrzymywała literatura. H.P. Lovecraft w dziele „W górach szaleństwa” opisał niegościnne bieguny jako rodzaj wrót do nieznanych światów. Wizjoner Juliusz Verne napisał w 1864 roku wspomnianą „Podróż do wnętrza Ziemi”. Jej bohaterowie zanurzają się w głębiny poprzez wulkan w pobliżu wyspy Ellesmera, dokładnie tam, gdzie teraz chce się zapuścić Brooks Agnew. Co ciekawe, spośród ponad 100 przepowiedni z powieści Verne’a nie spełniła się wyłącznie ta o pustej Ziemi, więc kto wie? Kolejny autor, Marshall B. Gardner, w książce „Czy bieguny zostały naprawdę odkryte?” wydobywa prastarą relację o odysei norweskiego rybaka, Olafa Jansena. Ten zanurzył się ze swoim ojcem w osławionym otworze bieguna północnego o średnicy dwóch tysięcy kilometrów, odkrywając cywilizację ludzi porozumiewających się telepatycznie.

Teraz na scenę wkracza ekscentryczny austriacki inżynier Hans Hörbiger, rodzaj Kopernika „nauki aryjskiej”. Swoją wiarę w Hiperboreę, „wyspę o górach przezroczystych jak diament, gdzie panuje słodkie ciepło i doskonale rozwija się zielona roślinność”, zaszczepia Hitlerowi. Ośmieleni tym alternatywni kosmolodzy nazistowskich Niemiec rozwijają „Teorię wydrążonego świata”. Inżynierowie pod skrzydłami SS postanawiają sprawdzić wizję Hörbigera. W 1931 roku z okolic Magdeburga zostają wystrzelone dwie rakiety. Mają wznieść się pionowo i sfotografować ukryty polarny raj. Pierwsza po niewysokim locie rozbiła się o ziemię. Druga śmignęła nad głowami przestraszonych eksperymentatorów i wryła się w pole.

Szambala

Nieoczekiwanie biegun zostaje zastąpiony przez Himalaje. Powieść angielskiego pisarza Jamesa Miltona „Zaginiony horyzont” wzbudza niezwykłe podniecenie. Fabuła opowiada o odkryciu przez pasażerów rozbitego samolotu zaginionej doliny w Tybecie, gdzie istnieje tysiącletnia społeczność mędrców. Miejsce, zwane Shangri-La, jest rządzone przez 190-letniego lamę. Majestatyczne lśniące budowle przechowują skarby zaginionych cywilizacji i kryją dostęp do wewnętrznego świata. Ta wizja opanowała wyobraźnię Amerykanów, którzy przenieśli ją na ekran. Prezydent USA, Franklin D. Roosevelt, nazwał imieniem Shangri-La swoją letnią rezydencję.

I tak dotarliśmy do mitycznej Szambali. Tutaj muszę dodać, że zarówno buddyjscy i hinduistyczni kapłani, jak i indiańscy szamani musieli się zdrowo uśmiać, jeśli kiedykolwiek doszły ich słuchy o polarnych fantazjach niedouczonych ludzi Zachodu! Buddyjskie teksty od tysięcy lat mówią o ukrytej krainie, którą zamieszkuje król świata. Dla nich to Szambala, dla Indian Eldorado, Złote Miasto.

Według tradycji ezoterycznej to ukryte królestwo jest dostępne tylko poprzez umysł, choć niektórzy uznają jego istnienie fizyczne i twierdzą, że wodospady w sercu Himalajów ukrywają galerie prowadzące do Szambali. I oto sensacja! W połowie 2008 roku wyprawa National Geographic Society odkryła na rzece Tsangpo w Wysokich Himalajach, w labiryncie prawie niedostępnych dolin, wodospady o wysokości 30 metrów, „podobne do Niagary”.

Jeden z odkrywców, Ian Baker napisał, że „fascynujące było ich odkrycie, ponieważ dotychczas należały do sfery literatury i legend”. Plemię Monpa, mieszkające w pobliżu tego idyllicznego zakątka, znało od stuleci ścieżkę do wodospadów, ale zachowywało ją w tajemnicy, wierząc, że żyją tam „potomkowie bogów”. Niestety! Niczego więcej już się nie dowiemy! Kilka dni po ogłoszeniu odkrycia chińskie władze pod pretekstem „ochrony środowiska naturalnego” ulokowały tam posterunek wojskowy.

Mimo to nie jesteśmy całkiem bezradni. Gdy słyszę słowo „wodospad”, natychmiast przychodzi mi na myśl jego mistyczne znaczenie. Słynny antropolog Michael Harner swojej klasycznej pracy o szamanizmie nadał tytuł „The Sound of Rushing Water”, co tłumaczy się jako „Dźwięk pędzącej wody”.

Rzecz w tym, iż w większości przypadków przejście umysłu do niezwykłego stanu świadomości, inaczej transu szamańskiego, jest poprzedzone takim właśnie ostrym, ogłuszającym szumem, przetaczającym się przez głowę. Odgłos tej niewidzialnej kaskady jest jakby kurtyną oddzielającą dwa światy. Profani, gdy dowiadują się o tym, kojarzą to oczywiście ze zwykłym wodospadem i wyobrażają sobie, że za nim kryje się równie zwykła jaskinia.

Słowa Kobiety Wiedzy

Zresztą i amazońscy szamani czasem ułatwiają sobie wejście w trans, przebywając w ogłuszającym ryku wodospadu. Lecz po drugiej stronie zmieniona świadomość, obojętne, czy Indianina, czy człowieka Zachodu, odkrywa nie skalne korytarze, lecz cały świat zaludniony przez istoty duchowe oraz zapełniony wspaniałymi budowlami. Nie wiadomo dlaczego są to zazwyczaj złote pałace – stąd Eldorado.

Są one także w buddyjskiej Szambali. A jeśli chodzi o zamieszkujących je tysiącletnich mędrców, zacytuję nieżyjącą już sławną meksykańską Kobietę Wiedzy, Marię Sabinę: „Zjadłam 13 par grzybków (…), śpiewałam, słowa podsuwały mi grzybki, modliłam się i prosiłam Boga o pomoc (…) Pojawiły się osobistości, które wzbudzały we mnie szacunek. Wiedziałam, że są Wyższymi Istotami, o których mówili moi przodkowie. Siedziały za stołem, na którym było dużo zapisanych papierów (…) Wiedziałam, że nie byli z ciała i kości. Wiedziałam, że nie byli z wody ani tortilli. Czułam się nieskończenie szczęśliwa… Pojawiła się Księga (…) Jedna z Wyższych Istot przemówiła do mnie: Mario Sabino, to jest Księga Wiedzy.

To jest Księga Mowy. Wszystko, co jest w niej napisane, jest dla ciebie. Weź ją, abyś mogła pracować”. Cóż mogę jeszcze powiedzieć? Chyba tylko tyle, że mit Pustej Ziemi, Eldorado, Szambali nie jest wyssany z palca. Jest, jak się wydaje, echem relacji o prawdziwej, ukrytej krainie, tyle że nieosiągalnej z pomocą lodołamaczy, sań z reniferami, lin i czekanów.

W epoce odkryć geograficznych teoria zakładająca istnienie innego świata we wnętrzu Ziemi stała się przedmiotem publicznej debaty.

Buddyjskie teksty od tysięcy lat mówią o ukrytej krainie, którą zamieszkuje król świata.


Maciej Kuczyński

Źródło: Wróżka nr 8/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020