Wiatr nad Bezmiechową

Była sobie raz góra. Owce, które się na niej pasły, oglądały połoniny. Ale przeznaczenie miała inne. Nie owce miały tu rosnąć, a marzenia. Takie, co potrafią dać skrzydła.

Wiatr nad BezmiechowąByła sobie raz góra. I byli ludzie. Uśmiechnięci, odważni i pełni pasji. Studenci politechniki ze Lwowa. Rocznik mniej więcej dwudziesty. Uczyli się wzbijać w niebo w maleńkich szybowcach ze sklejki i impregnowanego płótna. Za kilka lat na innych, stalowych skrzydłach spitfire’ów mieli walczyć o Anglię w dywizjonach, które przyniosły im nieśmiertelność. Trafili do podręczników, ale do domu wrócić nie mogli. Po wojnie nie było już po co wracać do Lwowa.
A w Bieszczadach królowała „Wisła” – akcja militarno-przesiedleniowa, której celem było usunięcie Ukraińców, Bojków i Łemków z południowo-wschodniej Polski. Szybowisko na Bezmiechowej w południowym skłonie Gór Słonnych władza skazała na nieistnienie.

– Któż to widział? Burżuazyjne fanaberie pod niebem ludowej ojczyzny? Lwowskie tradycje? – rozkłada ręce Piotr Bobula. – To się nie mogło udać. Lotnisko, symbol sanacji i dekadencji, okoliczna ludność rozebrała na opał. I to mógłby być koniec, gdyby Piotr Bobula nie pokochał latania. I nie poznał historii tamtych lotników. W Bitwie o Anglię, w Powstaniu Warszawskim.

– Poznałem ich. Wanda Modlibowska opowiadała mi, jak tu biła rekord długości lotu: 24 godziny i 15 minut. Po latach skakała ze spadochronem do okupowanej Polski…

Udało jej się uciec Niemcom, ale do więzienia posłali ją „swoi”… Dla mnie Bezmiechowa to ludzie tacy jak ona. To Paderewski i Arctowski, którzy to lotnisko tworzyli. Od zera. Jak niepodległość. Z takimi ludźmi byłem na ty. Szanowali mnie za to, jak latam. Ale nie latania mnie uczyli, uczyli mnie, jakim być człowiekiem. Oni już do Polski nie mogli wrócić. Ale kiedy sprawili, że poczułem się jednym z nich, musiałem wrócić ja. Takie było moje przeznaczenie. Wrócił. Wszedł na górę. Owce Kazka Telki z Gubałówki, co z całą rodziną przyjechał tu w jednym wagonie i dom postawił u stóp góry, wygryzały krzaki na pasie startowym. Dzięki temu góra nie zarosła do szczętu. Wciąż było widać bliznę po lotnisku. Piotr pogadał z Kazkiem jak góral z góralem. W końcu sam też jest z Podhala. A potem wszedł na wierzchołek i wziął się za karczowanie krzaków.

reklama

Wiatr nad BezmiechowąKomu dać skrzydła

Piotr nauczył się latać jeszcze w rodzinnym Nowym Targu. Zanim w 1991 roku trafił na Bezmiechową, dziesięć lat przelatał nad górami. Miał stopień instruktora szybownictwa.
– Potrafiłem przetrwać w pionierskich warunkach. I zanim nie stanąłem na tej ziemi, wciąż szukałem swego miejsca. Tu w jednej chwili wszystko stało się jasne – opowiada. – Oto góra stworzona do tego, żeby z niej polecieć w niebo. Dobre miejsce, żeby tu znowu uczyć latać. Pracował ciężko. Na początku zupełnie sam. Nosił wodę z samego dołu, choć z opowieści dawnych mistrzów wiedział, że gdzieś pod szczytem jest źródło. Spał przy ognisku. I czuł, że to jest to. Że jest pośród tych, co go nauczyli, jakim być człowiekiem. Że jest u siebie.

Sprowadził na szczyt barakowóz, pierwszy dom na szczycie. Całe dnie karczował, aż w końcu było dość miejsca, żeby wystartować. Na górze pojawili się lotniarze. Za dnia pracowali, wieczorem przy ognisku gadali o przedwojennych czasach. O czasach, kiedy nie było wyścigu szczurów. Kiedy się nie traciło energii na kariery, kiedy się żyło pełną piersią. I oni też chcieli być tacy. Zasypiali przy ognisku, kiedy świt ciągnął gdzieś z Ukrainy czerwone smugi po niebie.

W 1992 roku odszukali źródło. Od tej pory można tu było żyć po ludzku. Pod koniec roku założyli Stowarzyszenie. Potem Aeroklub Bieszczadzki. Chcieli szkolić pilotów i wozić turystów. Piotr pojechał do Nowej Zelandii zarobić na uruchomienie lotniska. Pracował przy opryskach. Ale po kilku tygodniach już w Omaramie – mekce światowego górskiego lotnictwa.

– Zobaczyłem kraj pionierów. Ludzi, którym nic nie wydaje się niemożliwe, którzy potrafią ciężko pracować i cieszyć się bez granic. Którzy w każdym problemie szukają szans rozwiązania. Było mi dobrze. No i zarobiłem na wyciągarkę.

Wyciągarka, sprzęt, który pozwala wystartować szybowcem bez pomocy innego samolotu, miała tu pracować już jesienią 1939 roku. Wojna przekreśliła te plany. Lotnicy z Bezmiechowej poszli na wojnę. A teraz stanęła całkiem odwrotnie – zamiast rozpędzać szybowiec tradycyjnie w dół stoku, Piotr Bobula ustawił ją na szczycie, żeby ciągnęła samolot w górę. Nikt nie wierzył, że to możliwe, ale on czuł, że zadziała. Zadziałało. Uzyskiwali od 300 do nawet 700 metrów wysokości w kilka sekund.

– Taki miałem pomysł. Pionierski – uśmiecha się. – Teraz mogłem szybowcem wozić turystów.

Na Bezmiechowej uczyło się latać wielu z tych lotników, którzy potem zostali bohaterami Bitwy o Anglię.Bo na Bezmiechową zaczęły ściągać grupy. Piotr postanowił opatentować swój sposób startowania. Ale problem przerósł urzędników. Po kilku miesiącach walki poddali się. Potrafiliby przyznać patent na nową śrubkę, ale nie na sposób startowania szybowcem w górach…

– Wtedy pojęcie produktu turystycznego, znane wszystkim w Nowej Zelandii, w ogóle w Polsce nie istniało. Poddałem się. A dziś, kiedy w Europie powszechne stało się startowanie pod górę, mogę tylko pomyśleć, ile straciłem – uśmiecha się i rozkłada ręce.

Siedzimy na progu olbrzymiej, drewnianej kufy – beczki na kilka tysięcy litrów, którą przywieźli na górę z Kazkiem Telką i przerobili na dom, gdy Piotr kupił od gazdy kawał swojej góry. Dość, by wystartować i przyziemić. I żeby ten domek postawić. W środku jest kuchenka, łóżko, szafa i telewizor. Nie ma tylko łazienki. Ale na traperską chatkę wystarczy.

Kiedyś miał polecieć z kapelanem z Krakowa. Na wyciągarce w dół stoku. Ustawił skrzydła w poziomie, pomocnicy pobiegli z linami, Piotr zwolnił hamulce, obaj z kapelanem pochylili się do przodu, by samolot nabrał rozpędu… Wystartowali jak zwykle i wtedy Piotr zorientował się, że lina nie była wpięta.

Polska lotniczka sportowa Wanda Modlibowska (na zdjęciu powyżej) biła tu rekordy.Bliżej nieba

– Polecieliśmy, bo szybowiec rozpędził się pod ciężarem nas obu. Od tej pory myślałem, jak to robić samemu. A jeśli o czymś tak myślę, nie ma odwrotu – uśmiecha się chłopięco – już chwyciłem cug. I spróbowałem. Cała trudność to utrzymać skrzydła w poziomie, jeśli któreś oprze się o ziemię, nie polecisz.

I kiedyś o świcie ustawił „Bociana” w poziomie na stromym stoku, wskoczył do kabiny, pochylił w przód. Jechał wolno. Zbyt wolno, żeby polecieć, zbyt szybko, żeby to zatrzymać. Drzewa w dolinie stały szpalerem ostrym jak bagnety. Ale dał radę. Sto metrów nad ziemię. Dość, żeby poszukać wiatru. Opisał tę metodę jako start grawitacyjny i po kilku latach weszła do programów szkoleń. Ale na Bezmiechową trafili ludzie, którzy wszystko potrafią zmienić.

„Ty, Piotrek, jesteś prawdziwym Bieszczadnikiem, chociaż w drewnie rzeźbić nie umiesz. Ale ty umiesz rzeźbić w niebie. Ty jesteś nasz”.

– Aeroklub Bieszczadzki zagospodarował Bezmiechową. Ale czułem, że brak tu jeszcze jednego elementu. Studentów. Politechniki. Żeby było tak jak przed wojną. Nie istniała już polska politechnika we Lwowie, więc zaprosiłem do współpracy warszawską i rzeszowską. Nie wiedziałem, że to się skończy źle... Osiem lat temu na górę trafili ludzie z pieniędzmi. Coraz mniej było miejsca dla szybowców, coraz więcej dla hotelu. Kazek Telka sprzedał resztę góry za dwa polonezy. Gdyby wtedy wiedział, że Bobula ma pieniędze na jednego, pewnie by zaczekał.

– W końcu politechnika postanowiła, że umowy z Aeroklubem nie przedłuży – opowiada Piotr. – A przecież to my odbudowaliśmy lotnisko, my ich zaprosiliśmy, a nie oni nas. Pewnie bym się załamał. Ale tu są Bieszczady. Ludzie sobie pomagają. Gdy zaczynałem na Bezmiechowej, Jędrek Połonina powiedział mi: „Ty, Piotrek, jesteś prawdziwym Bieszczadnikiem, choć w drewnie rzeźbić nie umiesz. Ale ty umiesz rzeźbić w niebie. Ty jesteś nasz”.

Kiedy na jego górze zrobiło się latem zbyt ciasno, pokazali mu stok w Weremieniu. Zimą działa tu stacja narciarska. Latem był pusty.
– Wystartujesz? – zapytali.
– Wystartuję. Przecież tu sto razy więcej miejsca niż przed moją beczką.
Weremień stoi naprzeciwko Bezmiechowej. Po drugiej stronie Sanu, na północnej stronie Bieszczadów.
– Wtedy udało mi się po raz drugi. Weremień stał się kultowym miejscem. Wożę tam turystów latem, zimą wracają pojeździć na nartach. Ja wtedy lecę do Nowej Zelandii. Ale moje miejsce – miejsce na zawsze – jest tu, w Bezmiechowej. Wciąż mam tu swój kawałek nieba nad moją górą.

Wiatr nad BezmiechowąWielki chłód

Był kiedyś grudzień. Pełnia księżyca. Szron. Biało. Trzecia nad ranem. Ale nie mógł spać. Sprawdził wiatr. 15 metrów na sekundę, wystarczy. Ale na skrzydłach dwa centymetry szronu. Skrobał godzinę. W beczce na kuchence dojrzewała kawa. Wreszcie skrzydła były czyste. Ustawił samolot do poziomu. Wszedł do kabiny. Trudno zwolnić hamulec, przymarza. Kiedy się w końcu udaje, skrzydło opada... Podparł je deską do poziomu. Zamyka kabinę.

– Ruszam. I nagle nie widać nic! Kompletnie ciemno, ślizgam się po zboczu szybko, szron trzaska, czuję, że da radę... Pierwsze minuty to obawa, żeby w nic nie uderzyć. Nisko jesteś nad ziemią, a tu przecież góry, las. Dobrze byłoby spojrzeć na przyrządy… Latarki nie zabrałem, tylko komórkę… A tu nagle kompletna ciemność: księżyc zaszedł. W jednej chwili zniknęły z gór białe plamy polan. Do świtu jakieś cztery godziny. Zimno przejmujące. Żeby nie zasnąć – myślę. – Żeby tylko utrzymać się ze 100 metrów nad ziemią…

Noc, samotność, rozum płata figle. Człowiek nie śpi przecież, ale nie jest całkiem sobą. Kiedy wyląduje, nie będzie potrafił sam sobie tego wytłumaczyć. Próbuje dzwonić do rodziny, do przyjaciół, ale kto odbierze telefon zimą o czwartej nad ranem? Szron w kabinie… Wreszcie nad Ukrainą czerwona łuna. O 8.30 wylądował przed swoim domkiem z beczki. Odmroził nogi. Ale przecież jest z gór, wie, jak przetrwać. Wkłada je do wiadra z zimną wodą. Wreszcie wraca czucie.

Jeszcze musi polecieć do Nowej Zelandii małym samolotem. Przez Bałkany, Bliski Wschód, Pakistan, Indie, Indonezję i Australię. Polecieć przez najwyższe z gór – Himalaje.
Przedwojenni lotnicy działali na Bezmiechowej 10 lat. Piotr poświęcił 13, żeby ją przywrócić do życia.

– Kiedy szedłem pod górę z beczką wody na plecach albo kiedy pęcherze na rękach pękały mi od siekiery, czułem ich obecność. Czułem, że tutaj są. Że nie jestem tu sam. Czułem, że góra mnie przyjęła.


Grzegorz Kapla

Źródło: Wróżka nr 8/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019