Bez medytacji dawno bym pękł

Walczy o wolny Tybet, ćwiczy qi gong – żeby zapobiec „mentalnej duchocie”, trenuje karate i choć buddyzm to jego kierunek duchowy, mówi, że z wyznania jest… muzykiem. Tymon Tymański.

Tymon Tymański

Można wpaść na niego na eleganckich rautach, jak wypijając jednym haustem całą lampkę wina, wesoło gawędzi ze znanymi i sławnymi, jak bez cienia zakłopotania odbiera kolejne muzyczne nagrody. Albo jak zaspany, ze zmierzwioną grzywką, wynurza się nad ranem z małego klubu w małym mieście, wlekąc za sobą, niczym grubaśny ogon, swój kontrabas. Po kolejnej nieprzespanej nocce, która zaczęła się koncertem, a skończyła długą pogawędką z tymi, którzy dla jego muzyki przyjechali z odległych zakątków Polski.

Można także przyłapać go czasem, jak w nietypowych okolicznościach zasiada cichaczem „po turecku” albo raczej „po hindusku”, koniecznie z zamkniętymi oczyma, zatopiony w medytacji zen, czy jak przebrany w kimono kłania się nisko, a potem zaczyna trening i doskonali technikę wybranej formy karate. Albo jak ćwiczy qi gong: stojąc w niewielkim rozkroku, wykonuje dziwne ruchy rąk, tak, jakby dźwigał wypełnioną energią wielką kulę, którą za chwilę przez sam czubek głowy wtłoczy sobie do środka…

W każdym z takich „wcieleń” Tymon Tymański potrafi zupełnie się zatracić. I w wielu środowiskach czuje się jak ryba w wodzie. To chodzący wulkan energii, który zaraża innych tym, co robi, bo każdej swojej aktywności oddaje się bez reszty. Przekonali się o tym nie tylko jego przyjaciele i znajomi, ale i inni muzycy czy kompozytorzy, z którymi współpracował, jak choćby Lech Janerka czy Leszek Możdżer.

Skumplowanie z Bogiem

Tymański zasłynął w mediach z ciętego języka i absurdalnego poczucia humoru, co przyprawiło mu „gębę” żartownisia, jednak nie przeszkadza w podejmowanych zupełnie na serio poszukiwaniach duchowych.
W takich poszukiwaniach istotną rolę odgrywa u niego buddyzm zen. Do tego rozumiany w specyficzny sposób, bo dla tego artysty nie ma zbyt wielkiej różnicy między tradycyjnie pojmowaną medytacją a komponowaniem podkładu muzycznego do produkcji filmowej czy graniem koncertu.

reklama

Jest to po prostu podobny stan skupienia. Tutaj nie trzeba koniecznie pakować walizek i jechać do Indii czy zamykać się w pustelni – można medytować, będąc wśród ludzi i otwierając się na nich. Wtedy mantrą może być choćby solówka wygrywana w czasie koncertu na gitarze basowej czy kontrabasie. Zgodnie z buddyjskim przesłaniem Murakamiego Kosho Roshi: „Cokolwiek byśmy robili, stajemy się czynnością, którą wykonujemy. Kradnąc – stajemy się złodziejem. Praktykując zazen dokładnie tak samo, jak czynił to Budda – stajemy się Buddą…”.

– Chociaż z wyznania jestem… przede wszystkim muzykiem, buddyzm to poważna sprawa, taki mój kierunek duchowy – wyznaje. – Gdyby nie medytacja, na pewno źle by było z moim ego, bo bym pękł. Pewnie bym spikował w kącie pokoju, jak te małe samolociki w „Bolku i Lolku”, które wylatywały z książki, a potem płonęły i nikły… To rodzaj terapii, która pozwala stawać się lepszym człowiekiem – przekonuje, dodając, że dla niego celem nie są sława, popularność czy pieniądze, ale rozwój i samodoskonalenie.
Pomogło mu w tym, jak dotąd, „parę tysięcy godzin spędzonych w ciszy”. Bo Tymon medytuje, by trochę odetchnąć od świata, a odpoczywa, pracując nad sobą.

– Medytacja pozwala mi wyciszyć się i spojrzeć na siebie trochę krytycznie. I otworzyć się na ludzi. Artyści to takie czasem pogmatwane osobowości, o chorych ambicjach… – podsumowuje ze śmiechem. I jak na niepokornego artystę przystało, nawet o swoich mistrzach duchowych potrafi czasem mówić z prze- kąsem. Tak jakby chciał oprawionym w ramy wizerunkom domalować wąsy, by ich doskonałość i nieskazitelność w jakiś sposób oswoić. Bliższa jest mu więc koncepcja bezosobowego boga, z którym można nawiązać bezpośredni kontakt i po prostu się z nim skumplować, niż bóstwa funkcjonującego w innym wymiarze i nierealnym świecie.

Gest dla TybetuGest dla Tybetu

Tymon Tymański swoją ostatnią płytę nagrał z formacją Yass Ensemble. Płyta opatrzona jest tytułem „Free Tibet” i stanowi ukłon w kierunku Dachu Świata.
– To takie nasze pochylenie się nad duchową tradycją Tybetu, która w tym momencie ginie na naszych oczach – komentuje artysta.

Dzień przed przyjazdem zespołu na koncert do Wrocławia młodzi aktywiści grupę postaci z ulicznego pomnika znanego rzeźbiarza Jerzego Kaliny owinęli taśmą z napisem „Tybet. Strefa okupowana”. Uwiecznionym postaciom: starszej pani dźwigającej siatkę z zakupami, robotnikowi czy kobiecie z dziecięcym wózkiem taśma kneblowała usta, związywała ręce, spowijając tych zastygłych w bezruchu przechodniów symbolicznym łańcuchem.
Kilka tygodni wcześniej w innym miejscu miasta – w oknie jednej z kawiarni w Rynku – zawisła wielka flaga Tybetu. Na przełomie ostatnich miesięcy takich działań czy symbolicznych gestów było więcej – w całym kraju, w Europie, świecie. Tymon Tymański otwarcie deklaruje swoje poparcie dla podobnych akcji, podobnie jak reszta jego zespołu.

– Nagranie płyty było właśnie takim symbolicznym gestem z naszej strony – tłumaczy artysta. Muzyka z „Free Tibet” pobrzmiewa dźwiękami z dalekiego Tybetu, ale i nutami afro-amerykańskiego jazzu czy muzyki rockowej w stylu lat 60. Jeden z krytyków opisał tę muzykę jako prawdziwą wybuchową mieszaninę muzycznych przypraw z piekła rodem, dodając, że wszystko spowijają jeszcze wielce aromatyczne i ciężkie kadzidła o zapachu paczuli.

– Tymański Yass Ensemble to coś więcej niż zespół muzyczny, to grupa przyjaciół, których połączyły wspólne idee. Duchowa spuścizna Tybetu to coś, o co warto walczyć – choćby poprzez działania symboliczne. Na naszej płycie nie ma zbędnych słów, barwnych opowieści czy gotowych wskazówek. Są tylko dźwięki. Za nimi kryją się intencje, a Tybet jest symbolem. Jak zwykł mawiać XIV Dalajlama – istotne jest tylko to, co mamy w umysłach, reszta zupełnie nie ma znaczenia…

Tymon Tymański (pierwszy z prawej) podczas koncertu grupy Tymański Yass Ensemble. Obok: z zespołem Tymon & The TransistorsNa dziesięć rąk

Jedną z ważniejszych pasji Tymona jest karate, chociaż żałuje, że ta fascynacja w ostatnim czasie zeszła trochę na drugi plan. Odgraża się jednak, że jeszcze kiedyś do tego wróci. A zwykle dotrzymuje słowa. W końcu udało mu się zdobyć brązowy pas – a to, jak zapewnia, dopiero rozgrzewka.

– Ćwiczę około dziesięciu lat, mówię o latach poważnego ćwiczenia, choć początki były bardziej złożone, a zacząłem trenować na początku lat 80. na fali powszechnej miłości do Bruce’a Lee – wspomina. – Gdy brałem udział w praktykach medytacyjnych we Francji, dziewczyna z czarnym pasem zapytała mnie, po co taki wielki chłop ćwiczy karate, bo przecież jestem wystarczająco silny – opowiada Tymon.

– Nie ćwiczę karate tylko ze strachu, to taki rodzaj wojska, które sami wybieramy w życiu – dodaje po chwili. – Nasz mistrz, Gichin Funakoshi, mówi: „Jeśli masz szansę uniknąć walki, uciekaj. Przepraszaj, tłumacz, że napastnik myli się i bierze cię za kogoś innego”. Dla mnie karate to po prostu walka z własnymi słabościami, a nie z drugim człowiekiem…

Tymon Tymański z zespołemDla zespołu Tymański Yass Ensemble karate ma bardzo wymowną symbolikę, dlatego pierwsza płyta formacji z 2004 roku została opatrzona tytułem „Jitte”. „Jitte” jest nazwą formy w karate shotokan, która oznacza „dziesięć rąk”. Dzięki wykorzystywanym tu blokom i uderzeniom można walczyć z kilkoma przeciwnikami naraz.

– Niby wszystko się zgadza, bo my w zespole też gramy w piątkę i mamy razem dziesięć rąk – podsumowuje Tymański. – W muzyce daleko mi jeszcze do techniki jitte, ale cały czas rozwijam się, ćwiczę…

Tymon Tymański od lat ćwiczy także qi gong. Ten rodzaj medytacji w ruchu jest powszechny w Chinach, podobnie jak tai-chi, i oznacza pracę z energią, zwaną qi. W praktykowanym przez muzyka stylu Lecącego Żurawia ćwiczący wykonują powolne, eleganckie, jakby taneczne ruchy, przypominające właśnie żurawia w locie. Ruchy, układające się w całe sekwencje, zostały dobrane w taki sposób, by przywracać harmonię energetyczną w organizmie, odblokowywać zatkane kanały energetyczne, czyli meridiany i stwarzać warunki do samoczynnego wyleczenia chorób.


– Qi gong to skuteczny sposób, by ze sobą zrobić porządek – mówi Tymański. – Chociaż do Chin, skąd ta technika się wywodzi, jest daleko, propagujący ją mistrz Liu Zhongchun osiedlił się w naszym kraju, więc z jego doświadczeń warto skorzystać. To pomaga, zwłaszcza jeśli się funkcjonuje w naszych specyficznych polskich realiach – zachęca Tymański. Jego zdaniem w naszym kraju mamy trochę za dużo „mentalnej duchoty”, dlatego taki rodzaj aktywności mógłby pomóc, także niektórym decydentom. – I to nie tylko… zdrowotnie – zauważa z łobuzerskim uśmiechem.

Nie ma różnicy między tradycyjnie rozumianą medytacją a graniem koncertu...Skłócone dźwięki

Wiecznie czymś rozbawiony, energiczny, w czarnej, skórzanej kurtce rockmana i z długimi, niesfornymi włosami, niedbale związanymi w koński ogon, wcale nie wygląda na mędrca, który będzie chciał nas wtajemniczać w techniki zapewniające wewnętrzną równowagę, zdrowie czy długowieczność. Bo Tymon Tymański to człowiek pełen sprzeczności…

Grany przez jego zespoły: Miłość, Kury czy Yass Ensemble pełen rozmaitych muzycznych naleciałości improwizowany jazz to plątanina pozornie „pokłóconych ze sobą” dźwięków, które najpierw kręcą się bezładnie gdzieś pod sufitem, by po chwili powciskać się mimochodem głęboko w zakamarki uszu i duszy. Bo jak tu wysiedzieć całkiem spokojnie, gdy w pulsującą linię kontrabasu wtapia się nagle pokrzykiwanie trąbki, cichnącej szybko po to tylko, by pozwolić saksofonowi wybić się na pierwszy plan i powirować swawolnie, wiercąc słuchaczom przysłowiową dziurę w brzuchu? Ot, taki jazz. Równowaga w chaosie, ławica bajecznie kolorowych ryb w morzu rozkołysanych dźwięków.


Tymon Tymański
– polski kompozytor, multiinstrumentalista, prozaik, poeta, autor felietonów i scenariuszy filmowych. Największą popularność przyniosła mu współpraca z zespołem Kury, w którym śpiewał i grał na gitarze basowej i z którym zdobył nagrodę Fryderyka (1998). Skomponował muzykę do filmów: „Sztos”, „Przemiany” i „Wesele” (nagroda filmowa Polskie Orły 2005). Współwłaściciel trójmiejskiej wytwórni fonograficznej, współprowadzący w TVP1 „Łossskot” – program o kulturze.


Katarzyna Głowacka

 

Źródło: Wróżka nr 8/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube