Wielkie szycie

W betonowej, miejskiej dżungli, gdzie człowiek rzadko mówi człowiekowi „dzień dobry”, ludzie uszyli sobie, wspólnie, wielką spódnicę. Z czasem stała się ona znakiem wiary w to, że razem można zmienić bieg różnych rzeczy. Nawet jeśli wydaje się, przez czas jakiś, że na bieg rzeczy różnych wpływu się nie ma.

Wielkie szycieCo może łączyć zbuntowanego rapera, dziewczynkę, która marzy, by zostać perkusistką, z emerytowaną maszynistką, która lubi sobie czasem w większym gronie pośpiewać i poszydełkować? Właściwie nic. Poza tym, że wszyscy mieszkają w wielkim blokowisku na peryferiach Krakowa. Na Woli Duchackiej Wschód. Blokowisku ponurym, anonimowym, bywa, że groźnym, zwłaszcza dla obcych.

Obcymi byli kiedyś dla osiedla Maks Szelęgiewicz i Jaro Gawlik, dwóch zapaleńców-pedagogów, którzy paskudny budynek-kloc przerobili kilka lat temu na tętniący życiem ośrodek. W jedyne w wielotysięcznej betonowej sypialni miejsce, w którym wiecznie pijany dotąd nastolatek mógł zamienić używki na hiphopowe wersy, a dziewczynka, z której domu zawsze dobiegają krzyki, dotknąć instrumentu zamieniającego ją w wirtuoza. W którym to domu pani Maria, szefowa Klubu Seniora, kiedyś maszynistka, mogła skutecznie leczyć emerytowane wdowy i wdowców z ciężkiej choroby zwanej samotnością.

Wielkie szycieRok temu rapera, dziewczynkę i staruszkę połączył strach przed nowym. To nowe oznaczało, że tam, gdzie jest dziś dom kultury, stanie kolejny blok. Innego miejsca na dom ani władze osiedla, ani miasta nie przewidziały. Monika Drożyńska też nie przewidziała w swoich planach artystycznych Woli Duchackiej Wschód. Znana nie tylko w Krakowie krakowska designerka i performerka o likwidacji osiedlowego ośrodka dowiedziała się z gazety.

– Ktoś mógłby pomyśleć, że nic wielkiego się przecież nie stanie.

Najważniejsza w tym projekcie była siła bycia razem. I dopuszczenie do głosu tych, którzy zwykle głosu nie mają...

Są większe dramaty, gdzieś w świecie wybuchają wojny i bomby – mówi Monika. – A tu tylko taka zwykła sprawa: na zapomnianym osiedlu jeden dom politycy i deweloperzy zamienią na inny. Pewnie trochę ładniejszy. A że przy okazji zniszczą miejsce, które dla wielu ludzi oznacza po prostu schronienie...

reklama

Wielkie szycieMonika mieszka w centrum Krakowa. Ale życie polskich blokowisk nie jest dla niej ziemią nieodkrytą. Kilka lat temu w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych obroniła pracę dyplomową poświęconą właśnie mieszkańcom jednego z miejskich bloków. Spędziła w nim w sumie dwa lata. Udało się jej namówić nieufnych początkowo lokatorów do włączenia się w niecodzienny projekt. Robiła im zdjęcia, ze skupieniem wysłuchiwała ich historii, później wysyłała kartki świąteczne. Wtedy po raz pierwszy zauważyła też, że mieszkańcy domów z betonu czują się często lokatorami drugiej kategorii. I nie mają poczucia, iż mogą tworzyć wspólnotę.

– Kiedy zorganizowaliśmy pierwszą osiedlową paradę, starając się włączyć w to widowisko całą blokową społeczność, ludzie na nasz widok zamykali okna i odwracali się do nich tyłem – wspomina Jaro, człowiek-orkiestra: reżyser, aktor, muzyk, poeta, wreszcie opiekun trudnych dzieciaków z blokowiska.

A potem tyłem do domu kultury odwrócili się także miejscy urzędnicy, których okna najczęściej nie wychodzą wcale na bloki, ale od których decyzji zależał los dzieci i starców. Nie pomogły prośby i petycje. Pewnego jesiennego dnia w ubiegłym roku Jaro poczuł się bardzo bezradny. Pewnego jesiennego dnia Monika Drożyńska wyobraziła sobie nowy osiedlowy dom kultury jako wielką, kolorową spódnicę.

– Spódnicę podobną do matczynej, taką, pod którą dzieci lubią się schować – wyjaśnia artystka. – Taka spódnica jest zawsze miejscem bezpiecznym, jest po prostu schronieniem. O takiej spódnicy marzymy przecież czasem i my, dorośli. Z reguły wtedy, gdy czujemy się całkowicie bezradni, gdy wydaje nam się, że nic nie możemy zrobić, bo rzeczywistość nas przerosła. Że na nic nie mamy już wpływu.

Spódnica Moniki, zresztą nie pierwsza i nie ostatnia, nabierze z czasem wielu kolorów i znaczeń. Zmienią ją długie zimowe i wiosenne miesiące.
Pewnego jesiennego dnia performerka wykręciła numer telefonu do osiedlowego klubu kultury. Odebrał Maks.

Wielkie szycie– Skoro zabierają dom, pomogę wam uszyć nowy, całkowicie niezależny – zaproponowała Monika. – Bez pozwoleń, zezwoleń, za to całkowicie wasz.
Przez moment pedagog, muzyk i jednocześnie szef ośrodka myślał, że się przesłyszał. Po chwili jednak przeszło mu przez głowę, że i tak niewiele ma do stracenia. Nadzieję już stracił. Więc dlaczego nie? Maks, a potem z jeszcze większymi oporami Jaro, zgodzili się na ten dziwaczny z pozoru projekt artystki.

Kiedy Monika z trudem dojechała na Wolę, kiedy wreszcie trafiła na obskurny, odrapany kloc, nie posiadała się ze zdziwienia, że komuś na nim tak bardzo zależy. Jej uwagę przykuł najpierw napis na ogrodzeniu budowy, sąsiadującej z domem kultury: won betonowej jungli. A potem uwagę artystki przykują ludzie-siłacze, którzy mimo wszystko i wbrew wszystkiemu w prawdziwie straszliwym miejscu robią prawdziwie piękne rzeczy.

Zanim nastała zima, Monika w prostych słowach wyjaśniła bywalcom i opiekunom osiedlowego domu kultury, o co właściwie jej chodzi.
– Nie ukrywałam, że dla mnie jest to głównie projekt artystyczny, ale projekt, który miał wiele warstw i wymiarów – mówi. – Przede wszystkim jednak chciałam, by był nie tylko moim udziałem, by uczestniczyli w nim ludzie. Po to, by spotkać się, zrobić coś z niczego, może po to, by z nicości stworzyć wspólnotę.

Założenia były jasne. Dom-spódnicę może szyć każdy. Ważne, żeby dom był duży, by mogli zmieścić się w nim wszyscy chętni.

Założenia były jasne. Dom-spódnicę może szyć każdy. Wcale nie musi mieszkać na Woli Duchackiej. Ważne, by w domu mogli się zmieścić wszyscy chętni. Potrzebne więc były nie tylko dobra wola ludzi, ale i ich ubrania. Bo dom miał być stworzony właśnie z ciuchów: spódnic i spodni, sukienek i koszul, szlafroków i śpioszków.
– Miałam nadzieję, że będą to rzeczy bardzo osobiste, z ładunkiem ludzkich wspomnień i emocji – wspomina Monika.

Wielkie szycieJaro przyniósł sztuczne futerko. Występował w nim na imprezach kabaretowych, paradach i koncertach hiphopowych. Kiedyś należało do sprzątaczki, która pracowała w domu kultury. Ale sprzątaczka porzuciła i dom, i zimowe odzienie. Jaro bardzo przywiązał się do futerka, trudno mu się było z nim rozstać. Pewna dziewczynka przyniosła sukienkę, którą kupiła jej mama, gdy jeszcze bywała trzeźwa.

Pewien chłopak przyniósł koszulę, w której poszedł na pierwszą randkę. Karolina Harazim, menedżerka kultury, kuratorka wystaw w galerii Pauza w centrum Krakowa, która z osiedlem na Woli nie miała nigdy nic wspólnego, doszyła do szmacianego domu kultury kilka nadzwyczajnych bluzek po swojej eleganckiej pracioci. I jeszcze ukochany podkoszulek swojego chłopaka. On dowiedział się o tym co prawda po fakcie, ale żadnego problemu z tego nie robił.

Za to pani Maria z klubu Seniora nie podarowała nowemu domowi żadnej swojej rzeczy. Podarowała swój czas, nie opuściła ani jednego z licznych spotkań. Spotkań, podczas których obok pani Marii przyszywał do szlafroka śpioszki zbuntowany raper i mała perkusistka i wiele innych osób, których emerytka nigdy wcześniej nie widziała. A z którymi nie tylko wspólnie szyła, ale też śpiewała piosenki, te hiphopowe również.
– Piosenki wpadały w ucho, ale szycie dawało się nam we znaki – przyznaje pani Maria. – Ciągle na klęczkach, ciągle w pochyleniu. Czasem poranione od igły palce, ale też kręgosłup odmawiały mi posłuszeństwa. Ale pal sześć kręgosłup, ważniejszy był cel.

Dla pani Marii cel był jasny: zrobić wszystko, by ci, których dom kultury przyciągnął do siebie, niezależnie od wieku, nie wrócili do czterech betonowych ścian. Bo to oznaczać może, nie tylko dla nich, nie tylko dla ludzi starych nicość, samotność, śmierć.
Inna rzecz, że pani Maria zupełnie nie miała pojęcia, jak wielkie wspólne szycie, często okraszone śpiewaniem i żartami miałoby się przełożyć na bieg rzeczy. Na to, że ktoś w mniej lub bardziej czarodziejski sposób uratuje dom kultury na Woli Duchackiej Wschód od zagłady.
– Nikt na to nie miał jednej recepty – zapewnia Monika Drożyńska. – Tak jak nie było jednej motywacji, dla której ludzie poświęcili swój czas i serce, by przyszywać skrawek materiału do kolejnego skrawka.

Gdyby spróbować opisać, z jakich skrawków składa się uszyty setkami rąk dom kultury, trzeba by pewnie wziąć pod uwagę wiele słów, symboli i rzeczy. Trzeba by wsłuchać się w setki historii tych, którzy zamiast serialu w telewizji przez pół roku wybierali wielogodzinną niewdzięczną pracę z igłą i nitką w ręku. I zadać wiele pytań, nie zawsze znajdując na nie odpowiedź. Menedżerka kultury Karolina Harazim uważa, że każdy, kto przyszedł, zaszył w symbolicznym domu kultury kawałek swojej duszy. Swoich marzeń, nadziei, czasem i kompleksów.

– Chyba musiałam się przemóc, by z igłą w ręku usiąść w gronie zupełnie mi nieznanych ludzi – przyznaje Karolina. – Nigdy nie byłam szczególnie śmiała. Ale to nudne z założenia szycie sprawiło, że ja, bardzo osobiście, poczułam zaskakującą radość z przebywania w gronie osób, które zwyczajnie chcą być ze sobą, w smutku, w bezradności, ale też i we wspólnym działaniu. I poczułam, jak wielka siła tkwi we wspólnocie.

Mniej więcej w czasie, gdy Jaro, dobry duch domu kultury na Woli Duchackiej Wschód, kończył przyczepiać swoje futerko do cudzej, nieznanej mu sukienki, gdy pani Maria z bolącym kręgosłupem wsłuchiwała się w kolejny już koncert hiphopowców, wspólnota ludzi wielkiego szycia dowiedziała się, że urzędnicy i politycy nieoczekiwanie zmienili zdanie. Znaleźli pieniądze na to, by na osiedlowej betonowej dżungli zaprojektować, a potem zbudować nowy dom kultury.

– My tak naprawdę nie wiemy, czy szycie domu coś zmieniło – twierdzi Monika Drożyńska. – Z mojego punktu widzenia ważna była jednak siła obecności i bycia razem, a jeszcze ważniejsze dopuszczenie do głosu tych, którzy zwykle głosu nie mają....A jednak o szyciu – zakończonym dopiero wtedy, gdy po zewnętrznej stronie domu kultury zrobiło się kwieciście i ciepło – zaczęło być, nie tylko na Woli, na peryferiach Krakowa, bardzo głośno. Wiele osób, które nie żyją na osiedlach, usłyszało o pewnej łące tuż obok domu kultury i dźwigach, które mają go zrównać z ziemią.

Na tej łące mieszkańcy bloków, którzy jeszcze niedawno nie mówili sobie „dzień dobry”, a którzy nieoczekiwanie razem zbudowali z ubrań swój nowy dom, skryli się w końcu w połach wielkiej kolorowej spódnicy, na którą namówiła ich artystka z centrum Krakowa. Najpierw przekonała ich, że kobieca, matczyna spódnica może być dla nich schronieniem. A potem, chcąc, a może nie chcąc, zaszczepiła w nich wiarę w to, że ludzie, o ile robią to wspólnie, mogą zmienić bieg różnych rzeczy. Nawet jeśli przez czas jakiś wydaje się im, że na bieg rzeczy wpływu nie mają.


Sonia Jelska

Źródło: Wróżka nr 8/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube