Warto było

Krok po kroku, coraz bliżej celu. Wiedziały. że zawsze można jeszcze więcej i jeszcze lepiej. Marta Lipczyńska-Gil wydaje dziś książki dla dzieci, Katarzyna Gardzina pracuje w Teatrze Wielkim, Karolina Wojda pilotuje boeinga. Wszystkie uwierzyły, że chcieć znaczy móc.

MartaMarta Lipczyńska-Gil jest w zaawansowanej ciąży, gdy do dwóch pokoików na warszawskiej Saskiej Kępie przyjeżdżają z drukarni trzy tysiące książek. Pierwsze tomy „Julka i Julki”, prostych opowiadanek z czarno-białymi ilustracjami holenderskiej, nieżyjącej już pisarki Annie M.G. Schmidt. Zarekomendowała je przyjaciółka pracująca wtedy w Holandii jako niania. Trzeba to wszystko wtaszczyć na pierwsze piętro. Marta, z brzuchem pod brodą, odbiera od męża paczki. Łamie sobie paznokcie, chce jej się ryczeć. W całym domu pachnie farbą drukarską i klejem. Książki leżą pod łóżkiem, na szafie, na dywanie. Wszędzie. Tak wygląda spełnienie marzeń o wydawaniu wartościowej literatury dla dzieci...

Czy to Hokus-Pokus?

We wrześniu 2004 roku rodzi się Franek. Marta karmi, przewija, biega po domu w kapciach i szlafroku. Odbiera telefony, wysyła faksy. Z początku wstydzi się, że ma taką domową firmę. Ludzie dzwonią i poważnym tonem pytają, czy to wydawnictwo Hokus-Pokus. Odpowiada: „tak”, a w tle Franek drze się wniebogłosy, bo właśnie chce jeść. Z czasem wstyd chowa do kieszeni. Trudno, pracuje w domu. Kropka. Rzeczywistości nie zmieni, przynajmniej na razie. Wypycha plecak książkami, bierze Franka pod pachę i jeździ od księgarni do księgarni. Przekonuje hurtowników, że warto. Albo bierze Franka w wózek i idzie na spotkanie z ilustratorem bądź autorem.

reklama

Trwam w swoim szaleństwie. Bo to wydawnicze szaleństwo:
nie pisać o plotkach i o tym, jak najdłużej zachować młodość.

Wbrew pozorom to nie pojawienie się dziecka skłoniło ją do wydawania książek dla najmłodszych. Wydawała je wcześniej. Może to właśnie pod wpływem ich ciepła zaszła w ciążę? Sama nie wie. Rynek załapał „Julki”, gdzie nie ma grama sztucznego szczerzenia zębów do dzieci. Trzeba robić dodruki. Ukazuje się pięć tomów: wersja droższa w twardej oprawie i tańsza – w miękkiej. Pierwszy sukces. Skąd w Marcie upór? Skąd siły na to wszystko? Z marzeń. Kiedy była mała, często chodziła z ojcem do pracy. Był dyrektorem domu kultury w Ostrołęce. Podobało jej się bycie w nieustannym wirze. Koncerty muzyki poważnej na przemian z kurpiowskimi świętami. Też kiedyś chciałaby pracować wśród artystów, chociaż wszyscy wokół sądzą, że pójdzie w ślady mamy, chirurga. A ona przecież mdleje na widok krwi. Bywa hipochondryczką.

Chirurgii mówi więc stanowcze „nie” i idzie na polonistykę. W Toruniu. Pod koniec studiów pracuje w galerii, jej przyszły mąż – w księgarni. Pracę magisterską pisze z twórczości Zofii Romanowiczowej, która z mężem założyła w Paryżu Galerię Lambert i wydawnictwo Libella. Koresponduje z nią. I znów myśli: „Też bym tak chciała”. Z mężem znają się od liceum. – Piotr – mówi Marta – jest jak jego imię: skała, opoka. To najlepszy przyjaciel. I najlepszy grafik wydawanych przez Hokus-Pokus książek. Sam niedawno też założył firmę i wspólnie pracujemy w niewielkim biurze na Ochocie. Firma wyszła z domu. To cud!

Karolina Pieniądze od mamy

Za namową męża, wiecznego optymisty, już w 2003 roku Marta zakłada działalność gospodarczą. – Musisz mieć coś własnego – powtarzał, widząc, jak miota się w pracy – inaczej się spalisz. Masz za dużo pomysłów, wszystko chcesz robić według własnej wizji. Tego na dłuższą metę nie zdzierży żaden przełożony.

Marta – nie mając pojęcia o fakturach, vatach, księgowości, prowadzeniu firmy, przedłużających się terminach spływu przelewów z hurtowni – po wariacku rzuca się więc na ten pomysł. Najpierw wydaje „Twórczą Szkołę”, gazetę dla poszukujących nauczycieli. Na pierwszy numer pożycza pieniądze od mamy. Daje radę wydać 11 numerów. To i tak sukces. Prawie bez pieniędzy. Po raz pierwszy dociera do niej, że samymi dobrymi chęciami nie da się żyć. Ale do dziś ma sentyment do tej gazety. Archiwalne numery udostępniła na stronie internetowej wydawnictwa i nauczyciele wciąż do nich zaglądają. Cieszy się. – Zrobiłam dobrą i potrzebną robotę. Po wydawaniu gazety zabrała się za „Julki” i pierwszą ciążę. Potem pojawiły się kolejne tytuły i druga ciąża.

Na świat przyszedł... Julek, zwany przez starszego brata, który dopiero zaczął mówić – Lulo. Teraz są w domu: dwa koty, młode małżeństwo na dorobku, dwoje małych dzieci i siedziba firmy. Marty to nie zniechęca. Po porodzie od razu bierze się do roboty. Na każdego maila odpowiada w tonie osobistym, nigdy „z automatu”. Ludziom to się podoba. Na rynek wchodzi książka „O małym krecie, który chciał wiedzieć, kto mu narobił na głowę” autorstwa Wolfa Erlbrucha i Wernera Holzwartha. Opowieść o tym, jak załatwiają się zwierzęta. W trakcie pertraktacji niemiecki wydawca tytułu bardzo się ucieszył, że historia kreta – hit na całym świecie, ukaże się także w Polsce. Porusza niewygodny temat. Ale Martę tytuł zachwyca. Sięga więc po kolejną książkę Wolfa Erlbrucha: „Gęś, śmierć i tulipan”.

– Przyniosłam do domu jeszcze ciepłe egzemplarze, a mój czteroletni Franek kazał sobie czytać książeczkę co chwilę. Kiedy zbliżaliśmy się do stron, gdzie gęś umiera, stawał się skupiony. Po przeczytaniu ostatniej kartki prosił: „Czytaj”. Za trzecim razem zapytał: „A gdzie jest gęś?”. To było wyzwanie. Poczułam, że dzięki tej książce można oswoić lęk przed śmiercią i prowadzić fascynującą rozmowę na temat przemijania nawet z czterolatkiem.

Kasia Z motyką na słońce?

Ale czy wydanie niełatwej w odbiorze książki Wolfa Erlbrucha nie jest kolejnym porwaniem się z motyką na słońce? Marta wierzy, że nie. Że jej upór i konsekwencja przekują się w sukces. Choć... ma chwile załamania.

– Myślę: zrobiłam coś fajnego i pięknego, a ogół tego nie chce. Dlaczego? Przecież dzieciom powinno się mówić o trudnych sprawach. Bo świat to nie tylko latające, kolorowe motylki i brokat sypiący się z wydawnictw disnejowskich.

Za chwilę jednak się otrząsa i biegnie dalej. Bo musi przygotować kolejny numer kwartalnika „Ryms”, wydawanego na pięknym papierze pisma o... książkach dla dzieci. Cena 7 zł, ładna grafika, nakład 1000 egzemplarzy, autorzy – znakomici. Jeden numer dofinansowuje ministerstwo kultury. Marta sama rozwozi pismo po fajnych miejscach, gdzie przychodzą matki z małymi dziećmi. Sprzedaje się. Czwarty numer trafia do Empików i sypią się zamówienia.

– Trwam więc w kolejnym szaleństwie. Bo szaleństwem jest niepisanie o plotkach i o tym, co zrobić, żeby zachować młodość. Wydawnictwo Hokus-Pokus zaczyna mieć wśród rodziców markę. Książki przez nie sygnowane kupują w ciemno. Ufają Marcie. Szkoda, że to wciąż tylko niesienie oświaty kaganka, a nie prawdziwie dochodowa działalność.

– Nie miałam pieniędzy, ale miałam pomysł i upór. Mimo kłopotów, jestem kobietą szczęśliwą i spełnioną. Moi rodzice, którzy na początku radzili: „Ty lepiej idź na etat”, teraz są dumni, kiedy wydawane przeze mnie książki widzą w księgarniach.

Wsiąkłam w świat baletu i opery. W tej chwili nie potrafiłabym zajmować się czymś innym.

Będę tu pracować

Kasia Gardzina ma siedem, może osiem lat, gdy staje pod Teatrem Wielkim w Warszawie, bierze się pod boki i pewnym siebie głosem oświadcza: „Zobaczycie, będę tu pracować”. Rodzice śmieją się. A mała ma w głowie nie karierę tancerki czy primadonny, lecz... bileterki. Tak, to było marzenie: zostać bileterką w Teatrze Wielkim! Wtedy codziennie jest się z artystami, ogląda się spektakle. Od najmłodszych lat Kasia i jej siostra chodzą do opery, na balet, do filharmonii na koncerty cioci Jadzi.

Co roku wygrywają konkursy na malowanie muzyki. Może zostaną malarkami, jak mama? Ale Kasia uwielbia balet, bo uwielbia tańczyć. Jej pierwsze doświadczenie baletowe? Ma około pięciu lat i zasypia na „Jeziorze łabędzim”. Jako nastolatka wrażenia po spektaklach zapisuje w pamiętniku. Teatr Wielki nazywa drugim domem. Przez całą podstawówkę Kasia marzy: będę projektować kostiumy do przedstawień albo scenografię. Miłość do malarstwa pryska pod koniec liceum.

– Chodziłam na zajęcia przygotowujące na Akademię Sztuk Pięknych. I nagle stwierdziłam, że to wcale nie takie fajne stać przy sztalugach i malować na rozkaz. Żeby malować dla przyjemności, nie trzeba mieć dyplomu. Szukałam gorączkowo kierunku studiów zgodnego z zainteresowaniami: archeologia, a może historia albo historia literatury? W końcu dostałam się na rusycystykę. No i świetnie. Większość gwiazd baletu mówi po rosyjsku! Rosja to druga po Francji kolebka baletu.

Źródło: Wróżka nr 9/2009
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020