Serce w rozmiarze XXL

Adoptowała czwórkę dzieci. Razem z dwójką biologicznych synów wychowała sześcioro. Nie lubi określenia „adopcyjne”. Bo wszystkie są jej. Każde kocha trochę inaczej. Ale miłość to miłość.

Serce w rozmiarze XXL Gdy urodzili się Wojtek i Marcin, bliźnięta, lekarz powiedział: „Już nie ma szans na więcej dzieci”. A ona w myślach ją widziała. Dziewczynkę. Córeczkę. Taką śliczną, w różowej sukience.
– Adoptujemy – zdecydowali.

Dziewczynka i kotek

– Zachłystywaliśmy się: co to będzie, kiedy już przyniesiemy do domu taki słodki pakunek. Mądra, piękna. Nasza. Interesy szły dobrze. Kupiliśmy pod Wrocławiem rezydencję. Tuż obok był dom dziecka. Pobiegliśmy jak na skrzydłach. Akurat było lato, lipiec. Pokoje puste, dzieci wyjechały. Dyrektorka zaprosiła nas do gabinetu. Powiedziała: „Została tylko Jagoda”. Nie wspomniała, dlaczego nie pojechała. Mądra była – Joanna powraca do wspomnień sprzed 28 lat – dobrze, że nie powiedziała. Pewnie byśmy stamtąd uciekli. Ale Jagoda przyniosła kompot. Porzeczkowy. Chuda, kostropata, z włosami jak szczotka. Dzień wcześniej skończyła 13 lat. Tyle samo rodzin ją oddało.

Dyrektorka, gdy to mówiła, miała wzrok utkwiony w czubkach butów.
– Na drugi dzień Jagoda już była u nas. I zaczął się koszmar. Agresywna, chamska, wulgarna. Kradła. Po dwóch dniach złamała własną rękę na głowie jednego z naszych synów. Była jak dzikie zwierzę. Przytulanie kojarzyło się jej tylko z seksem. Chcieliśmy ją nauczyć czułości, miłości. W nocy ryzykowaliśmy życiem, bo zakradała się do kuchni po nóż. Pochowaliśmy ostre rzeczy. Kupiliśmy kotka. Przywiązała papierek do sznurka. Biegała z nim, a kiedy kotek się przewracał, śmiała się, wołając: „Oj, ty ch…, ty ch…, co ty wyprawiasz!”. Ot, dziewczynka i mały kotek. Wiedziałam, że to dziecko nie zaznało w życiu niczego dobrego. „Jesteś najgorsza, nikt cię nie chce”, to jedyny przekaz, jaki odbierała przez pierwszych 13 lat.

reklama

– Ale to było takie trudne – Joanna na chwilę zamyka oczy – nieopisanie trudne. Po pół roku walki odpuściła. „Nie dam rady – płakała. – Oddam ją”. I wtedy przypomniała sobie, jak pojechała do lasu.

Jak się modliła i dziękowała Bogu za córeczkę. Wszystko jedno, jaka by była. I Bóg jej dał Jagodę.
– Widocznie uznał, że takie dziecko powinnam mieć. Nie mogłam jej oddać. Poczułabym się jak zbrodniarka.
Czy pokochałam? Skłamałabym, mówiąc, że tak. Ale z każdym dniem Jagoda stawała mi się bliższa. Nawet wtedy, gdy przeklinała, tłukła naczynia i śmiała się obleśnie, siadając okrakiem na którymś z chłopaków. Czułam, że ona mi jest pisana. Że muszę przy niej być, nie mogę opuścić. Nie oddałam jej.

Podczas kolejnej wizyty w domu dziecka zauważyła Rysia. Siedział na korytarzu, wpatrzony w sufit. Serce zaczęło jej tłuc jak oszalałe. Maciek? Bo Maciek był jej zmarłym w dzieciństwie bratem. Miał dziewięć lat, gdy zabrało go zapalenie płuc. Chłopiec na korytarzu też miał dziewięć lat. Był chory, nie miał nerki. I był jego sobowtórem.
– Nie mogę go nie wziąć – w środku aż wszystko jej łkało. – Oszaleję, jeśli tego nie zrobię!

Kilka dni później sobowtór Maćka, Rysio, dołączył do Jagody. Rano zastała go w kuchni, jak bawił się wielkim scyzorykiem. Rzucał nim tak, aby zawsze trafić między palce. Rysio był synem nożownika. Przez pierwsze cztery lata codziennie oglądał ojca, jak tamten trenował z kumplami. Miał poranione dłonie, bo nie wiedział, że to zabawa nie dla dzieci.

– Rysio był równie agresywny jak Jagoda. A jednocześnie moczył łóżko i wpadał w panikę na widok papierosów. I pająków – opowiada. – Dopiero rok później przyznał mi się, że mama wrzucała mu je do łóżka, gdy był niegrzeczny. Papierosy gasiła na jego nogach. Wtedy właśnie, gdy to powiedział, przytulił się do mnie po raz pierwszy. Trwaliśmy w uścisku prawie godzinę. Całkiem zdrętwiały mi nogi. Miałam mokrą, usmarkaną twarz. Ale się nie ruszyłam. Fizycznie czułam, jak on oddaje mi swój wieloletni ból i strach. Gdy w końcu oderwaliśmy się od siebie, wiedziałam: kocham to dziecko.

Chrupki z piwem
Joanna współpracowała z fundacją, która kierowała na leczenie dzieci z domu dziecka. Zawsze się dowiadywała, co z jej podopiecznymi. Kiedyś spytała o Basię. Na to pielęgniarka: „Jest w tym pokoju. Proszę ją zapytać, jak się czuje”. Basia miała włosy jakby przysypane popiołem. Zdeformowane ciało. Twarz starej kobiety, a według metryki cztery lata.

– Spojrzała na mnie i spytała: „Cy mas dla mnie jakieś łózecko w domu?”. Nie mogłam złapać tchu. Przytaknęłam. Na drugi dzień podjechaliśmy pod szpital z wózkiem, lalką i ubrankami. Kupiłam same białe. Dlaczego białe? Chyba chciałam uczcić narodziny. Ubierałam ją, a ona płakała. Wykradłam ją. Pod pretekstem leczenia u najlepszego kardiologa zabrałam Basię, żeby wszystkie formalności załatwić później.

Była tak chora, że wydawało się, iż jej dni są policzone. Dziury w sercu, owrzodzone ciało, upośledzenie umysłowe.
– Basia była katowana przez swojego ojca – Joanna zamyka na chwilę oczy. – Jadła tylko chrupki. Popijała piwem. Mleko było od święta. Nie umiała jeść łyżeczką, załatwiała się po kątach. Nie znała innych sposobów komunikacji niż krzyk. Była agresywna jak Jagoda i Rysio. Leczenie przynosiło powolne, ale widoczne efekty. Stał się cud: dziury w sercu same się załatały.

– Przechodziłam kryzys – przyznaje Joanna. – Odezwał się we mnie zmęczony człowiek. Człowiek, który widzi, że jego działania, otwarte serce, czułość i wyrozumiałość trafiają w mur. Nie wiem, jak to zniosłam. W końcu miałam jeszcze synów biologicznych. Oni nigdy nie wytknęli mi, że za mało czasu im poświęciłam, że musieli się wszystkim dzielić. Bo ja nigdy nie robiłam różnic między dziećmi rodzonymi i adopcyjnymi. Popełniałam błędy wychowawcze, ale starałam się być sprawiedliwa. I kochałam tak, jak umiałam. Ale Basię kochać było trudno.

– Myślałam, że mi się to nie uda – Joanna mówi cicho. – Że właśnie jej nie dam tego uczucia, choć przecież dawałam i czas, i wysiłek. Po pół roku bycia u nas miała mieć zabieg usuwania migdałków. Przywiozłam ją do szpitala. Przed salą operacyjną stanowczo mnie pożegnano. A ja stałam i bezradnie patrzyłam, jak wywożą ją w głąb bloku operacyjnego. Nic nie mogłam zrobić! W sercu miałam dziką rozpacz! To czują tylko matki, kiedy maltretuje się ich dzieci. Wtedy zrozumiałam: jest. Przyszła tak niepostrzeżenie, że nawet jej nie zauważyłam. Stałam pod tamtą salą operacyjną i wyłam. Osiem miesięcy po Basi do rodziny dołączyła roczna Andżelika, siostra Rysia.

– Wiadomość dostałam od jej dziadka. Jedynej osoby w rodzinie, która nie piła. Dziewczynka tkwiła w domu małego dziecka. „Pani ją weźmie, ona śliczne loczki ma, biedota taka” – prosił. Znów złamałam prawo. Dziadek wykradł ją w zimny, październikowy poranek. Spotkaliśmy się na dworcu. Stałam tam z niebieskim kocem. Myślałam, że jak ich tylko zobaczę, to utulę małą, zarzucę na nią kocyk tak, jak Danuśka na Zbyszka, wołając: „Mojaś, ty, moja”. Miłość to tajemnica. Nigdy jej nie pojmę. Bo Andżelikę kochałam już tam, na dworcu. Kochałam, zanim zobaczyłam, zanim przytuliłam. Tak, jakby była moja od zawsze.

Źródło: Wróżka nr 5/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019