On, ona i pieniądze

Mogą sprawić, że życie we dwoje stanie się ciekawsze i spokojniejsze. Albo nawet wystawne i luksusowe. Ale mogą też zniszczyć miłość, doprowadzić do zdrady i depresji. Bo pieniądze, niczym magiczna różdżka, dają władzę. Tylko od naszej dojrzałości zależy, czy i jak jej użyjemy.

On, ona i pieniądzeMężczyzna musi być lepszy?

Pieniądze dają kobiecie wolność. Dzięki nim jest niezależna, nie musi nikogo o nic prosić ani pytać o pozwolenie, gdy chce kupić coś nowego. Wszystko, czego chce, może sobie zapewnić. Tylko w jednym pieniadze nie pomagaja. W miłości i stworzeniu udanego związku. Dlaczego?

Mówi się, że brak pieniędzy może zabić każdą miłość. I to prawda – niejedno małżeństwo rozpadło się, bo niegdyś kochający się ludzie wzajemnie obarczali się odpowiedzialnością za biedę. Tradycyjnie – to ona ma zwykle pretensje, że on mało zarabia. On wyrzeka, że ona wydaje za dużo. Ale powodem kłopotów w związku może być i sytuacja, w której ona zarabia więcej od niego. A to zdarza się przecież coraz częściej. I powiedzmy sobie zupełnie szczerze: niewielu mężczyzn i niewiele kobiet czuje się w takiej sytuacji komfortowo. Niektórzy faceci po prostu odchodzą, mówiąc, że nie odpowiada im rola utrzymanka, czasem to kobiety kończą związek, bo uznają mężczyznę za „gorszego” od siebie, a z kimś takim nie chcą dłużej być.

Bo większość kobiet – czy tego chce, czy nie – jest tak dziwnie skonstruowana, że nawet jeśli są zupełnie samowystarczalne – mają pieniądze, urodę i robią karierę – w stosunku do mężczyzn mają oczekiwania niemal takie same, jak ich przodkinie z epoki kamienia łupanego. On musi być lepszy od niej, po pierwsze dlatego, żeby przekazał jak najlepsze geny dzieciom, po drugie, by zapewnił tym dzieciom (i jej) jak najlepsze warunki. I – czasem – wcale nie ma tu znaczenia, czy kobieta w ogóle ma zamiar te dzieci mieć!

reklama

Tradycyjna porażka
Justyna w swoim pierwszym mężu zakochała się jeszcze w liceum. Ona najładniejsza dziewczyna w klasie, on najprzystojniejszy, najbardziej wysportowany i popularny. Oboje z całkiem zamożnych rodzin. Zostali najładniejszą parą w szkole. Tak po prostu musiało być. Historyjka jak z amerykańskiego filmu. Ale z polskim zakończeniem. W czwartej klasie łup – ciąża. Szybki ślub z wielkim weselem. A potem szara rzeczywistość. Ona miała wychowywać dziecko, on studiować i zarabiać. Ale choć pracę w firmie u znajomego ojca miał całkiem niezłą, pieniędzy wciąż im nie wystarczało. Tak naprawdę oboje ponosili za to odpowiedzialność. Oboje, przyzwyczajeni do bezproblemowego życia na zasobnym garnuszku rodziców, nie potrafili gospodarować pieniędzmi ani rezygnować z rzeczy, o których do tej pory myśleli, że im się słusznie należą. Ona kupowała wciąż nowe ubrania nie tylko dla dziecka, ale głównie dla siebie.

Chciała wyglądać równie ładnie jak przed ciążą, szczególnie że – z natury szczupła – szybko odzyskała figurę. Nie rozumiała, o co Krzyśkowi chodzi z tymi pretensjami, jej ojciec zawsze był zadowolony, gdy matka Justyny dobrze się prezentowała. Dziwiła się tym bardziej, że Krzysiek potrafił przecież połowę pensji wydać na sprzęt do nurkowania – dla siebie. On z kolei uważał, że ma do tego pełne prawo – w końcu sam zarabiał i coś mu się  należy. Złościło go, że Justyna, która przecież nie pracuje, wydaje „jego” pieniądze. Jak to zwykle bywa, kłótnie trwały kilka lat, aż w końcu doszło do rozwodu. Co się takiego stało? Dlaczego ta urocza i – jeszcze niedawno – bardzo w sobie zakochana para stała się dwójką zgorzkniałych i szczerze się nawzajem nieznoszących ludzi?

Zostawmy na boku kwestie wychowania i braku dojrzałości, choć z pewnością rodzice Krzyśka i Justyny mogli ich do dorosłego życia przygotować lepiej. Przyznajmy, że młodzi ludzie po prostu nie „wyrobili się”, realizując tradycyjny model małżeństwa.

Przez setki lat podział ról w małżeństwie był zawsze taki sam. Mężczyzna przynosił do domu pieniądze, a kobieta pilnowała ogniska domowego. Nie w głowie jej było wydawanie na fatałaszki – a jeśli jednak, to wszyscy trzęśli głowami ze zgorszenia. Jeszcze 100 lat temu nadmiernie dbająca o siebie mężatka była kimś wyjątkowym i... godnym potępienia! Najwyższe oburzenie (a i podejrzenia o złe prowadzenie się) budziło to, że osobiście i samodzielnie trwoni zarabiane przez męża pieniądze. Co innego, gdy rozmaite zdobiące urodę drobiazgi dostawała od niego. Wtedy jej towarzyska wartość rosła. Musiała być dobrą żoną i (koniecznie) matką, skoro mąż ją tak cenił!

W stylu hollywoodzkim
Małżeństwa, w których mąż zarabia i nagradza żonę za rozmaite świadczone na rzecz jego i domu usługi (od gotowania i sprzątania po seks i podkreślanie dobrego statusu partnera własnym dobrym wyglądem), istnieją do tej pory. Wielu bogatych mężczyzn gustuje w takich związkach. Są też kobiety, którym taka sytuacja odpowiada.

Jeśli partner jest wystarczająco bogaty, nie musi być nawet przystojny ani mądry. Byle tylko zapewnił jej życie na odpowiednim poziomie. Trochę takie małżeństwo przypomina umowę handlową, ale jeśli obojgu to pasuje – mogą w ten sposób żyć całkiem szczęśliwie, choć zwykle nie trwa to zbyt długo. A to dlatego, że – najczęściej – mężczyzna wymienia kobietę na model nowszy i bardziej reprezentacyjny. A jeśli kobieta ma szczęście i dobrego prawnika, to po rozwodzie jest co prawda samotna, ale za to finansowo niczego jej nie brakuje. Takie historie przydarzają się nie tylko hollywoodzkim pięknościom, które znamy z plotkarskich magazynów.

Drugie małżeństwo Justyny bardzo długo wydawało jej się rajem. Paul był właścicielem sieci restauracji. W jednej z nich Justyna pracowała, kiedy po rozwodzie z Krzyśkiem zostawiła dziecko rodzicom i wyjechała do ciotki do Stanów. Przystojny biznesmen już po tygodniu zwrócił na nią uwagę. Dalej wszystko potoczyło się jak w bajce. Znów był piękny ślub i wielkie wesele, na które zjechała cała rodzina, potem egzotyczna podróż poślubna. Gdy wrócili do domu, Justyna wreszcie mogła zacząć żyć tak, jak zawsze chciała. Była nawet zadowolona z tego, że jej wybranek, dwukrotnie już rozwiedziony ojciec trzech córek, nie chciał mieć więcej dzieci.

Mąż nie żałował jej pieniędzy ani na ciuchy, ani na kosmetyki. Pracować nie musiała, dzień rozpoczynała od spotkania na plotkach z nowymi amerykańskimi przyjaciółkami.
Paul obsypywał ją biżuterią i innymi drogocennymi prezentami, chodzili razem na eleganckie przyjęcia, na wakacje jeździli do najmodniejszych kurortów. Kłopoty zaczęły się, gdy Justyna skończyła 35 lat. Zauważyła, że mąż nie pokazywał się z nią już tak chętnie. Stał się obojętny, seks przestał go interesować. Ona kładła to na karb jego wieku, był od niej przecież starszy o niemal 20 lat.

Pewnego dnia powiedział, że chce rozwodu. Spotkał inną kobietę i chce się z nią ożenić. Dowiedziała się, że rywalka jest od niej młodsza o całe 10 lat. Była zaskoczona, najpierw płakała, potem ogarnęła ją wściekłość, w końcu przemyślała sprawę na zimno i wynajęła adwokata – specjalistę od spraw rozwodowych. Wygrała. Finansowo była zabezpieczona na całe życie. Uczucie do męża, który tak ją zawiódł, wyparowało z niej kompletnie. Postanowiła wrócić do Polski. Z nadzieją, że spotka wreszcie kogoś, kto pokocha ją naprawdę.

Źródło: Wróżka nr 9/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019