Kruchy geniusz seksu

Nikt przed nim nie pokazał równie dosadnie, a zarazem fascynująco brzydoty ludzkiego ciała oraz kruchości życia. Własny los Egona Schiele zdawał się potwierdzać tę wizję.

Kruchy geniusz seksuPrzeżył zaledwie 28 lat. Według powszechnego mniemania był typem „malarza przeklętego”. Jednym z tych, którzy utrwalają mity o cierpieniach i samotności twórcy niezrozumianego przez współczesnych. Czas sprostować tę legendę. Jego życie wcale nie było pasmem udręk. Nie musiał nikogo przekonywać do swego talentu, docenił go już szkolny nauczyciel.

Rodzina nie oponowała przeciwko jego zawodowym planom i wspierała w wyborze  studiów. Rozgłos zyskał bardzo wcześnie, przed dwudziestką. W karierze pomógł mu Gustav Klimt, artysta starszy o pokolenie i świetnie znany w wiedeńskim środowisku („ten młodziak ma o wiele za dużo talentu!”, miał wykrzyknąć po obejrzeniu rysunków Egona).

Schiele nie był grzecznym chłopcem. Miał 15 lat, gdy osierocił go uwielbiany ojciec. Zareagował na to buntem wobec matki. W efekcie zaczął przejawiać perwersyjne skłonności. Szesnastoletni, rysował akty swojej młodszej o cztery lata siostry. I nie była to tylko niewinna nauka anatomii.

W 1911 roku zadurzył się w 17-letniej Valerie, zwanej Wally, z którą żył przez cztery lata. Przeprowadził się z nią do Czeskiego Krumlowa, a następnie do austriackiego Neulengbach. Tam właśnie oskarżono go o szerzenie pornografii. Aresztowany za setki porno-rysunków, spędził w zakładzie prewencyjnym trzy tygodnie. Ten fakt także wykorzystał: namalował cykl obrazów o więziennych mękach.

Wkrótce porzucił Wally dla innej młódki – jednej z dwóch sióstr mieszkających w sąsiedztwie. Początkowo obydwie służyły mu jako modelki i kochanki, ale w końcu wybrał Edith. Pomimo oporu rodziny w czerwcu 1915 roku odbył się ślub. Cztery dni potem Egon został zmobilizowany.

reklama

Z pierwszej wojny Schiele wyszedł jednak obronną ręką – nigdy nie walczył na froncie, pełnił na poły cywilną służbę. Przy okazji miał dostęp do wiktuałów i używek, absolutny luksus w owych czasach. Mimo to na obrazach i w życiu symulował ubóstwo. Tak naprawdę nędza mu nie doskwierała. Schiele umiał się cenić.

O jego samouwielbieniu i skrajnym egotyzmie najlepiej świadczy list do matki. Pisał do niej w 1913 roku: „Połączyły się we mnie wszystkie piękne i szlachetne wartości. Jak wielka musi być twoja radość, że dałaś mi życie”. Czy można się więc dziwić, że stworzył mnóstwo autoportretów? Niektóre są bulwersujące, wręcz obrazoburcze. Na plakacie, którym zapowiadał swoją pierwszą indywidualną wystawę w Wiedniu, wcielił się w świętego Sebastiana. Trzy lata potem na afiszu z okazji 49. prezentacji grupy Secesja (brał w niej udział) wykorzystał motyw Ostatniej Wieczerzy, siebie obsadzając w roli Chrystusa. Nie chciał być gorszy od Dürera...

Większość jego podobizn to akty bądź wizerunki w niekompletnym stroju. Agresywne, jednocześnie tragiczne. Ekshibicyjne i narcystyczne zarazem. Najwyraźniej malarz kontemplował swoją „dziką” urodę. Wysoki, chudy (stylizował się na bardziej kościstego, niż był w rzeczywistości) i giętki, przybierał pozy jak akrobata. Chętnie eksponował szponiaste dłonie o niezwykle wydłużonych palcach (też stylizacja).

Jego twarz przypominała drapieżnego ptaka. Zacięte usta, bacznie łypiące oczy, uniesiona gniewnie brew. Do tego stercząca w nieładzie czupryna. Nie dajmy się jednak zwieść pozorom – ten manifestacyjnie niepoprawny wizerunek wyraża też słabość, strach, poczucie wyobcowania.

Spójrzmy na obraz „Siedząca para”. Oto Egon i Edith w czułym, wręcz spazmatycznym uścisku. A ściślej – to ona oplata go miłośnie, zarazem zaborczo ramionami i nogami. On zaś, prawie nagi (Edith nosi skromną żółtą sukienkę), zdaje się wyrywać z jej objęć. Wykonuje ramionami gwałtowne ruchy, zapiera się nogami. Spokojna twarz dziewczyny, z marzycielsko przymkniętymi oczyma, kontrastuje z jego ekspresyjną mimiką. Wybałuszone ślepia, zaciśnięte wargi, zmarszczone czoło.

Widać – artysta nie odwzajemnia uczuć młodej żony, raczej jest nimi przerażony. Oj, nie byłby to udany związek – gdyby został poddany próbie czasu. Tak jednak się nie stało. Jego śmierć była prozaiczna: padł ofiarą hiszpanki, ale trzeba pamiętać, że w 1918 roku epidemia pochłonęła ponad 20 milionów istnień – dwa razy więcej niż cała pierwsza wojna! Wdowa po nim nie rozpaczała – grypa skosiła ją trzy dni wcześniej.


Monika Małkowska
Diomedia

Egon Schiele „Siedząca para (Egon i Edith)”. 1915, gwasz na tekturze, 52,5 x 41,2 cm. Wiedeń, Galeria Albertina

Źródło: Wróżka nr 10/2010
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019