Sztuka nie z tej ziemi

Duch sztuki może objawić się w pijanym śnie alkoholika. W zwidach i majaczeniach biedaka ogarniętego gorączką. A także w oszalałych rojeniach wyznawców okultyzmu.

Targ w Oaxace w Meksyku roi się od przedziwnych stworzeń. Ze stoisk z pamiątkami niemal wylatują w powietrze koty ze skrzydłami nietoperza, smoki przypominające kształtem salamandry i psy o jaskrawo fioletowych łapach. To alebrijes. Ich kształty i kolory zależą wyłącznie od wyobraźni twórcy. Wbrew pozorom jednak nie są one wcale kontynuacją sięgającej wiele wieków wstecz ludowej tradycji rzeźbiarskiej. Ich historia jest całkiem inna… Podobnie jak historia uznawanych przez wielu za staroafrykańskie rzeźb shetani tworzonych przez lud Makonde, mieszkający na pograniczu Mozambiku i Tanzanii. Oraz dzieje malarstwa śląskich prymitywistów z pierwszej połowy XX wieku. Wszystkie te dzieła niby-ludowej sztuki to – ni mniej, ni więcej – efekt kontaktu człowieka z siłami nadprzyrodzonymi.

Alebrijes nie występują w przyrodzie. Pedro Linares, ujrzał bajecznie kolorowe stwory, leżąc w malignie. Zaczarowany las pełen zjaw
Pierwszym człowiekiem, który spotkał alebrijes, był Pedro Linares. W roku 1930 ten trzydziestoletni wówczas Indianin z ludu Mixe zachorował. A choć pracował od lat – tworzył karnawałowe figurki z masy papierowej – jednak majątku się nie dorobił. W efekcie z bardzo wysoką gorączką musiał zmierzyć się bez lekarzy i antybiotyków. Gdy leżał w malignie, jego dusza odpłynęła do magicznego lasu. Tam, idąc kamienną ścieżką, podziwiała piękne drzewa i płynące po niebie chmury.

Nagle obłoki nabrały złowrogich kształtów, spomiędzy drzew zaczęły wyłaniać się potwory. Zbliżając się do Pedra, szeptały: „alebrije, alebrije”… Mężczyzna pierwszy raz słyszał to słowo i nie miał pojęcia, co ono znaczy.

Zachowanie bestii nie pozostawiło jednak najmniejszych złudzeń co do ich wrogich zamiarów i mężczyzna chciał jak najszybciej wrócić na ziemię. Tylko jak? Na szczęście tuż przed nim pojawił się starzec. – Przybyłeś za wcześnie. Twój czas jeszcze nie nadszedł – odezwał się. – Idź tą drogą, a znajdziesz wyjście. Rzeczywiście, kilka metrów dalej znalazło się okno. Linares, niewiele myśląc, zaczął się przez nie przeciskać i… obudził się w swoim łóżku.

reklama

Natychmiast ulepił z papier mâché jednego ze spotkanych potworów. – Następnie zawołał nas – wspomina jeden z jego synów. – Wskazał na dziwną figurkę i powiedział: „To jest alebrije. Ludziom na pewno się nie spodoba, ale mnie to nie obchodzi. Muszę przekazać prawdę o tym, co zobaczyłem”.

Bajecznie kolorowe potwory nie wzbudzały jednak w nikim strachu. Wręcz przeciwnie – spotykały się z olbrzymim zainteresowaniem, które z czasem przerodziło się w wielką popularność. Pedro i jego rodzina zaś poświęcili się masowej produkcji alebrijes i już nigdy nie zabrakło im pieniędzy na leki. Nigdy też nie wrócili do magicznego lasu.

Rodzina Linaresów szybko znalazła naśladowców. Kolorowe potwory zapewniają obecnie utrzymanie blisko 150 rodzinom w samym stanie Oaxaca. Są na szczycie listy hitów meksykańskiej sztuki popularnej. Każda szanująca się galeria musi mieć przynajmniej kilka tajemniczych alebrijes w formie kolczyków, statuetek czy kilkumetrowych rzeźb.

Ludowy rzeźbiarz Manuel Jimenez zaczął tworzyć alebrijes z drzewa copal. Lekkie i łatwe w obróbce, ma też pewną moc magiczną. Nie tylko dlatego, że meksykańscy rzemieślnicy dzielą je na męskie i żeńskie – jego żywicę od czasów prekolumbijskich stosowano w kadzidłach. Do dzisiaj wierzy się, że dym copalu jest pokarmem dla świętych i duchów. Teraz drewno przedstawia wizerunki postaci nie z tego świata.

Na pomysł rzeźbienia „wybrakowanych” postaci tanzański rzemieślnik wpadł po kilku głębszych. Podobno podsunął mu go duch nieżyjącego ojca.   Fałszywy heban i pijany rzeźbiarz
Wbrew temu, co sądzą turyści, butiki na afrykańskich lotniskach rządzą się prawami rynku, a nie lokalną tradycją. A od lat świetnie sprzedają się w nich nienaturalnie powykręcane i abstrakcyjne postaci duchów, wyrzeźbione w czarnym drzewie mpingo (Dalbergia Melanoxyloni) przez lud Makonde, mieszkający w Mozambiku i Tanzanii. Prosto z lotnisk rzeźby shetani, bo tak nazwano ten styl, trafiły na europejskie salony. Choć duchy są pradawne, pierwsze figurki shetani powstały zaledwie 50 lat temu. Makonde byli ludźmi praktycznymi.

Do XIX wieku rzeźbili mało, a jeśli już brali do ręki dłuto, to tylko po to, żeby wykonać przedmioty, które były im niezbędne do życia. Po powrocie z plantacji mężczyźni strugali zatem misy, maski mapiko, potrzebne do odprawiania obrzędów, oraz niewielkie figurki binadamu, przedstawiające dzień powszedni ludu Makonde. Drewno mpingo, zwane fałszywym hebanem, jest twarde i trudne w obróbce, więc siłą rzeczy skazywało twórców na najprostsze formy.

W połowie XX wieku figurkami zainteresowali się Europejczycy. Niewielka czarna rzeźba była bowiem idealną pamiątką z podróży po dzikiej Afryce. Wkrótce przedsiębiorczy właściciele plantacji trzciny cukrowej, na których pracowali Makonde, oprócz cukru zaczęli więc masowo produkować sztukę. Wybrali do tego tych robotników, którzy z drewna potrafili wydobyć najpiękniejsze kształty. Szczególnie płodnymi artystami okazali się tanzańscy Makonde z grupy Mawia, czyli „dzicy”.

W jednym z takich „zespołów” rozpoczął karierę Samaki Likanoa. Wyróżniał się niezwykłą wyobraźnią i talentem, ale miał też wielką skłonność do abstrakcyjnych kompozycji oraz alkoholu. Niektórzy właśnie tą drugą słabością tłumaczą przyczynę jego upadku w drodze do sklepu z rękodziełem Mohammada Peery. Samakiemu wypadła wówczas z rąk najnowsza rzeźba. Co miał robić? Zebrał rozrzucone po ziemi kawałki, wrócił do domu i poszedł spać.

Tej nocy we śnie odwiedził go duch zmarłego ojca. Kazał mu usunąć ze zniszczonego dzieła jedno ramię oraz oko. Jak ojciec powiedział, tak Samaki zrobił, gdy wytrzeźwiał. Potem pojawił się w sklepie Peery’ego z pierwszym shetani, co w suahili znaczy „duch” lub „demon”. Kupiec nie był zachwycony pokiereszowaną i niekompletną postacią. Ale przekonało go zainteresowanie klientów – dzieło prawie natychmiast zostało kupione. Następne też nie leżały długo na półce. Fantastyczne zjawy o zaskakujących kształtach w mgnieniu oka znalazły się na szczycie listy pamiątkarskich bestsellerów.

Sukces shetani nie pozostał bez konsekwencji. Masowa produkcja figurek nie tylko obniżyła ich jakość, ale też doprowadziła do wycięcia w pień większości drzew mpingo w Tanzanii i Mozambiku. Coraz częściej też Makonde nie mają nic wspólnego z rzeźbieniem duchów swoich przodków.

Źródło: Wróżka nr 2/2011
Tagi:

Zobacz także

Zapisane na płótnie

Zapisane na płótnie

Leonardo da Vinci, malując „Ostatnią Wieczerzę”, stanął w obliczu wielkiego wyzwania: musiał sportretować dobro (Jezusa) i zło (Judasza). »

Miłość wykropkowana

Miłość wykropkowana

Georges Seurat chciał zrobić damę z prostaczki, w której był zakochany. Udawało mu się to tylko w marzeniach. I na obrazie „Pudrująca się młoda kobieta". »

Musi odrosnąć grzywka

Musi odrosnąć grzywka

Gdyby Józia była grzeczniejsza, Józef Pankiewicz nigdy by zapewne nie namalował „Dziewczynki w czerwonej sukience". »

Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2019