Natchnieni buntownicy

Jest nam do siebie i daleko, i bardzo blisko. Mariawityzm i narodowy starokatolicyzm powstały, aby naprawić błędy Kościoła rzymskiego. Siłą napędową obu byli Polacy.

Mateczka Feliksa Kozłowska (1862-1921), założycielka Kościoła Mariawitów. Anioł Gabrjel przybył do „mateczki” i powiedział jej, że z woli Opatrzności została wybrana na matkę Antychrysta. Święta mateczka cierpiała nad tem, że ma wydać na świat potwora i zemdlała, (lecz) zgodziła się – takie oto mrożące krew w żyłach rewelacje mogli poznać czytelnicy „Kuryera Litewskiego”. Był rok 1906, od Kościoła katolickiego niedawno oddzieliła się grupa wiernych, którzy siebie zwali „mariawitami”, a przewodziła im owa „Mateczka” – Feliksa Kozłowska. W „Kuryerze Litewskim” i innych gazetach pisano o nich pogardliwie: „mankietnicy”, bo nie nosili mankietów przy koszulach. Grzechy wobec mody niewiele znaczą w obliczu Pana, ale mariawickie przewiny – przynajmniej według rzymskich katolików – były o wiele większe.

Niewygodne objawienie
2 sierpnia 1893 roku w Płocku zakonnica Feliksa Kozłowska, założycielka zgromadzenia Sióstr Ubogich św. Klary, doznała objawienia. Zobaczyła świat ginący w grzechu i usłyszała, że jedynym ratunkiem jest szerzenie Chrystusa w Eucharystii i wzywanie pomocy Matki Boskiej Nieustającej Pomocy. Należało naśladować życie Maryi: być pokornym, cichym i miłować bliźniego. Stąd nazwa ruchu: „mariae vita”, czyli „życie Marii”.

Idee powrotu do pierwocin chrześcijaństwa padły na podatny grunt. Gazety co i rusz donosiły o kolejnych grupach wiernych, „co własnych duszpasterzy do ołtarza dopuścić nie chcieli, a żądali »mankietnika«”. Na reakcję Kościoła nie trzeba było długo czekać. W 1906 roku Feliksa Kozłowska została pierwszą kobietą, którą imiennie ekskomunikowano. To samo spotkało jej najbliższego pomocnika, księdza Michała Jana Kowalskiego. Wyzwoleni spod papieskiej jurysdykcji założyli w Płocku Kościół Katolicki Mariawitów.

Co tak naprawdę przeskrobali adoratorzy Matki Boskiej? Mariawici wyznawali prawdy wiary Kościoła katolickiego i stosowali tę samą liturgię. Odrzucili papieża (choć – jak dziś mówi mariawicki ksiądz Konrad Maria Paweł Rudnicki – nie mają nic przeciw jego zwierzchności, nie mogą zgodzić się na „nieomylność”), a jedyną rewolucyjną zmianą było wprowadzenie liturgii w języku polskim. Katolicy zdecydowali się na to dopiero w 1962 r., podczas Soboru Watykańskiego II.

reklama

Franciszek Hodur (1866-1953), pierwszy biskup Polskiego Narodowego Kościoła Katolickiego w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Grzech ciężki: socjalizm
Mimo wielu teologicznych podobieństw kościelni hierarchowie nazywali mariawitów „garścią ludzi o myśli obłąkanej, woli nie zorientowanej, charakterze zwarcholonym i sumieniu stępionem”. Przyczyn takiego stanu rzeczy było kilka. Po pierwsze – niechęć hierarchii do wszelkich „oddolnych” inicjatyw ludu, które zakłócały „naturalne” funkcjonowanie Kościoła. Tym gorzej widziano fakt, że na czele ruchu stanęła zakonnica, która w tradycyjnym rozumieniu miała pełnić funkcje służebne.

Tymczasem nie dość, że zorganizowała własne dzieło, to jeszcze krytykowała upadek duchowości katolickiego kleru. A w mariawickich parafiach pobożność ludu wzrastała. Wreszcie, zgodnie ze starym powiedzeniem, skoro nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Nawet niechętne „mankietnikom” gazety pisały, że „za usługi swoje pieniędzy nie biorą”. Podczas gdy każdy parafialny ksiądz miał taryfę na usługi, księża mariawiccy służyli za „co łaska”, a jak kto nie miał – za darmo. Później ustaliła się zasada, że mszy świętej się nie sprzedaje – nie wolno przyjąć nawet dobrowolnej ofiary. Nic dziwnego, że poczęto oskarżać ich o „socjalizm”.

Mariawici osiedli w Płocku, pobudowali świątynię i klasztor. Prowadzili działalność edukacyjno-charytatywną. Mieli 25 szkół, 45 przedszkoli, 13 domów starców oraz 43 związki pomocy ubogim. Wychowana w Płocku Mira Zimińska-Sygietyńska wspominała, że mama posłała ją do mariawickiej szkoły. W połowie semestru zabrała ją „od pogan” i zapisała do szkoły publicznej, ale Mira uciekła do mariawitów. O szkole pisała: „Od razu dali mi papucie i piękny fartuszek; było tam masę zabawek (...) śliczny ogród. Była też taka pani (...) mówiono na nią »mateczko« i miała jedno oko przymglone”. Mowa oczywiście o samej Feliksie Kozłowskiej, która do końca życia czynnie uczestniczyła w działalności swojego zgromadzenia.

Źródło: Wróżka nr 2/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2020


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2020