Diablice po tatusiu

Ojciec jest dla nich ideałem. Do niego biegną z każdą sprawą, nawet gdy mają 40 lat, a swojego faceta zadręczają, bo nie jest taki jak on. Czy córeczka tatusia może być szczęśliwa z innym mężczyzną?

Diablice po tatusiuOn ci nigdy nie pozwoli odejść – powiedział Uli na pożegnanie ostatni chłopak. Tym razem zabrzmiało to jak wyrok. Hubert nie mógł wiedzieć, że podobnymi słowami trzy lata wcześniej kończył związek z Ulą jego poprzednik Arek. Wtedy śmiała się z tego razem z tatką, aż ich brzuchy bolały.

Sama sugestia, że pan ambasador chciałby hodować w domu trzydziestoletnią starą pannę, była niedorzeczna. Zresztą – w jakim domu? Przecież od lat mieszkała osobno, na drugim końcu miasta. Tamtego dnia zrezygnowali nawet z tradycyjnej, sobotniej partyjki tenisa, żeby się ponabijać z Arka. Tatko – wreszcie otwarcie, z wyraźną ulgą, bo nie musiał już udawać, że popiera jej wybór. Ona – szczęśliwa, że jednak miała rację i to jej eks był w tym związku nienormalny.

Idealny tatuś i nadwrażliwi popaprańcy

Tym razem nie powiedziała tacie, że kolejny facet nie może uporać się z kompleksami na jego punkcie. Kiedy za Hubertem zamknęły się drzwi, wystukała numer do psychologa. Chciała się dowiedzieć, jak - mając idealnego ojca - nie przytłoczyć kolejnego mężczyzny.

Ale to, co usłyszała od pani magister, utwierdziło ją w przekonaniu, że w zwariowanym świecie „toksycznych rodziców” naturalna miłość rodziców do dzieci nie mieści się w głowie nawet psychologom. Na kozetkę już nie wróciła.

reklama

Ostatnio, jak mówi trochę żartem, a trochę serio, myśli nawet o zmianie orientacji seksualnej: – Bo mężczyźni skończyli się pokolenie temu. Dzisiejsi chłopcy to nadwrażliwi popaprańcy, którzy winę za swoje problemy emocjonalne zrzucają na kobiety. Hubert mógłby, jej zdaniem, być stawiany za wzór zakompleksionego maminsynka, który problemów szuka zawsze w innych.

A miało być tak pięknie. Świeżo upieczony doktor ekonomii nie mógł wprawdzie pochwalić się koneksjami ani osiągnięciami rodziców, ale dobrze się zapowiadał. Nawet tatko przyznał, że z takim tematem pracy doktorskiej i stypendiami może liczyć na ciekawą pracę. Kto wie – nawet w ministerstwie, a potem może na placówce.

Gorzej było przy wspólnym stole. Hubert źle znosił ich małe sekrety, wymowne spojrzenia, niekontrolowane wybuchy śmiechu, które mama zbywała zawsze pobłażliwym uśmiechem. Jeszcze gorzej – rytualne partyjki tenisa w sobotę rano, które wykluczały piątkowy wyjazd na weekend. Po wyjściu z domu jej rodziców Hubert był spięty i pytał: „O co mu chodziło po drugim daniu? Dlaczego chrząknął, kiedy poprosiłem o dokładkę? I co jest nie tak z pozostaniem na uczelni?”.

Ulę śmieszyły te wybuchy, a w końcu zaczęły drażnić. – Na początku byłam delikatna. Jak powiedzieć wprost dorosłemu mężczyźnie, w dodatku z aspiracjami do lepszego świata, że mógłby się nauczyć trzymać łokcie przy sobie i nie siorbać zupy? Dla mnie byłby to gruby nietakt. Kiedy nawet moje żartobliwe uwagi nie przyniosły rezultatu, załamałam ręce. Każde siorbnięcie dosłownie mnie bolało. Tatko to widział i w środku aż trząsł się ze śmiechu. Kończyło się atakiem u nas obojga, a Hubertowi czerwieniały uszy – opowiada Ula, do dziś zdumiona zachowaniem narzeczonego. I zaraz dodaje, że byli delikatni. Tatuś ani razu nie powiedział wprost, że uważa jej narzeczonego za „pseudointeligenta”. Dopiero po wszystkim zauważył, że „nie we wszystkich domach dba się o maniery, a ich brak można zauważyć nawet wśród ciała akademickiego”.

– Im bardziej tatuś tolerował jego wpadki, tym bardziej Hubert się wściekał. Doszło do tego, że aby porozmawiać z własnym ojcem, musiałam wychodzić do ogrodu. A po powrocie do domu wyłączać komórkę, bo jak zdarzyło mi się zagadać z tatą, Hubert odstawiał fochy. Raz nawet spał na kanapie – opowiada Ula.

Na początku Hubertowi imponowało, czyją jest córką. Jak każdy z zachwytem wysłuchiwał jej opowieści o dzieciństwie na placówkach, czarnych służących, które musztrowała jak mały generał, denerwując matkę, a ojca rozśmieszając do rozpuku. Zawsze była bardzo samodzielna. A wszystkim się podobało, że ambasadorówna nie wywyższa się i sama próbuje na siebie zarobić. Że chociaż mogła, nie wyjechała na studia do Stanów, że sama walczyła o aplikację adwokacką.

Hubertowi spieszyło się do znajomości z ambasadorem, zanim jeszcze zaczęli być ze sobą na poważnie. Prosił nawet, żeby przemyciła go do domu jako kolegę ze studiów. Jeszcze wtedy nie miał pojęcia, że jej ojciec wiedział o jego istnieniu, zanim nawet usłyszały o nim przyjaciółki. I że z zasady nie tolerował w domu „kumpli”. Oficjalnie został przedstawiony ambasadorowi po roku ich znajomości, kiedy postanowili ze sobą zamieszkać.

Cholerny fajtłapa, czyli jak go widzi tatuś

To było prawdziwe przesłuchanie: – Co robi ojciec, co matka i dlaczego nie walczył o doktorat w Anglii. Pani domu w milczeniu podsuwała mu kolejne dania, a Ula zdawała się dobrze bawić. Kiedy wyszli, zażartowała, że teraz wolno mu trzymać ją za rękę. Ale już obejmować w miejscach publicznych lepiej nie, bo tatko jest na to wrażliwy. Wiedziała, że nie polubił Huberta, ale milczy, bo chce dla niej jak najlepiej. Doceniła to. Była zakochana, pomimo wszystkich „ale”, widocznych dla niej niemal równie wyraźnie jak dla tatusia – w końcu patrzyła na świat jego oczami.

Przez następny rok przy tenisie nie rozmawiali z tatkiem o jej „wyborze”, aż Ula złamała nogę na wakacjach w Zakopanem. Z gipsem od uda po czubki palców nie zamierzała wracać do Warszawy pociągiem, co Hubertowi wydawało się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Z zakopiańskiego dworca zgarnął ją tatko, omijając zziębniętego Huberta jak przedmiot. Wziął córkę na ręce, zaniósł do terenowego lexusa i odjechał z piskiem opon. – Powinieneś się cieszyć, że nie powiedział ci, co o tobie myśli – napisała mu Ula w esemesie.

Już w domu zrobiła mu koszmarną awanturę, wymyślając od niedojrzałych wieśniaków. Zarzucała, że jej nie kocha, że jest z nią dla pieniędzy i awansu. – Wyrzuciłam z siebie wszystko, czego przez wszystkie te miesiące nie mówiłam, bo nie chciałam go zranić. Wypunktowałam po kolei nieustannie popełniane faux pas, idiotyczny zwyczaj pociągania nosem, to, że zamiast poczekać, aż rodzice podadzą mu rękę, sam pcha się z łapami. Ale przede wszystkim tę jego cholerną fajtłapowatość – opowiada Ula.

Przepraszał ją trzy godziny, głaszcząc po niezagipsowanej nodze, masując stopy i przełykając kolejne wyzwiska. Wtedy myślał, że mu się należą, że dla wychuchanej księżniczki złamana noga może być powodem załamania, a przepełniony pociąg to niekoniecznie najlepsze miejsce dla niej.

Przez kolejne pięć miesięcy było między nimi dobrze. Hubert się starał, a Ula coraz życzliwiej podchodziła do pomysłu zaręczyn. Tylko ambasador przestał zapraszać ich do domu. Kiedy Hubert o tym wspomniał, zrobiła mu kolejną awanturę. Usłyszał, że jest bezczelny i nie docenia jej poświęcenia. Tego, że dla ich związku nadweręża kontakty z ojcem. Tegoroczna Wielkanoc, kiedy Uli absolutnie nie wolno było wybrać się do jego rodziców, przepełniła czarę. Hubert wypisał się ze związku, w którym był tym trzecim. Na odchodnym usłyszał, że tylko przyspieszył nieuniknione.

Nie próbował oponować. Ostatni rok, kiedy klapki z zakochanych oczu nieco mu opadły, a Ula coraz częściej przemawiała językiem swojego ojca, utwierdził go w przekonaniu, że lepiej rozmawiać ze ścianą. Najmniejsza krytyka powodowała u niej nie tyle agresję, co bezbrzeżne zdumienie. Zamiast przyjąć uwagi, wysyłała go do psychiatry. Była święcie przekonana, że to on ma problemy z głową.

Źródło: Wróżka nr 11/2011
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019