Początek reszty mojego życia

Samolotem, który bez wysuniętego podwozia wylądował na Okęciu, wracała ze Stanów znana propagatorka pozytywnego życia, Ewa Foley. Nie miała przeczuć, że będą problemy. Ale gdy się pojawiły, wkrótce poczuła, że wszystko dobrze się skończy.

Początek reszty mojego życia
To był piękny słoneczny dzień, nasz ostatni dzień w Nowym Jorku po cudownym trzytygodniowym urlopie w USA, w tym odpoczynku na słonecznych plażach Florydy. Ostatni dzień października spędziłam z ukochanym na zakupach last minute, podziwiając zacięcie nowojorczyków do świętowania Halloween: w metrze i na ulicach pełno upiornych przebierańców (zombi, duchy, wiedźmy, mumie, siekiery w plecach, krew na twarzy, otwarte rany, wampiry, porwane ubrania), kelnerzy w restauracjach też dziwacznie poprzebierani, że nie wspomnę już o gościach… A wszędzie mnóstwo radości, serdeczności, śpiewu i śmiechu! (...)

Na lotnisku Newark poprzebierane w cudowne kreacje były też pracownice obsługi naziemnej. Nie miałam żadnych przeczuć ani obaw. Nie boję się latać, jeżeli już, to długie trasy mnie nudzą. Latam dookoła naszej planety od ponad 40 lat; w tym na trasach transkontynentalnych między Europą a Australią, gdzie mieszkałam przez kilkanaście lat. Wszystko było jak zawsze: odprawa bagażowa, kontrola security, tłum ludzi czekających na wejście do samolotu polskich linii lotniczych LOT Boeing 767. Na pokładzie też zwyczajnie: zjedliśmy kolację, poczytaliśmy trochę i oboje usnęliśmy snem sprawiedliwych. Kilka godzin później poranna toaleta, śniadanie i zadowolenie, że już niedługo będziemy lądowali w Warszawie i zdążymy przyłączyć się do naszych bliskich na tradycyjny obiad rodzinny po wizytach na grobach. Bo przecież w Polsce to już było popołudnie w Dzień Wszystkich Świętych.

reklama

Spokojnie wysłuchałam komunikatu, że planowo wylądujemy w Warszawie za godzinę. Stewart, który ogłaszał tę wiadomość, miał wyjątkowo łagodny, aksamitny głos. Dobrze się go słuchało – co potem okazało się kluczowe w tym doświadczeniu. Równie spokojnie wysłuchałam drugiego komunikatu tego samego aksamitnego głosu po kilkunastu minutach: „Drodzy państwo, proszę o uwagę. Proszę zachować spokój. Kapitan zawiadomił nas o usterce technicznej. Istnieje możliwość awaryjnego lądowania w Warszawie i natychmiastowej ewakuacji. Prosimy o powrót na miejsce i zapięcie pasów. Proszę zachować spokój. Za chwilę rozpocznie się szkolenie z procedur awaryjnego lądowania”.

Zapadła cisza. We mnie i w całym samolocie. Popatrzyliśmy na siebie z moim ukochanym i bezwiednie wzięliśmy się za ręce. Często trzymamy się za ręce, lubimy mieć kontakt ze sobą. W mojej głowie same znaki zapytania: usterka techniczna? awaryjne lądowanie? natychmiastowa ewakuacja? Co te słowa znaczą? Co konkretnie one znaczą? Czy to koniec? Naprawdę koniec mojego życia? Zginę w katastrofie lotniczej???!!!

Odpowiedź, jak się zachowywać w czasie awaryjnego lądowania, dostałam od razu w czasie szkolenia: zdjąć buty, ciasno zapiąć pasy i przyjąć pozycję awaryjną, czyli głowa między kolana. Czekać na komendę ewakuacji, odpiąć pasy i DO WYJŚCIA!! Samolot krążył nad Warszawą. Domyślałam się, że spala paliwo – tylko jak długo jeszcze będzie krążył? Załoga czujnie pilnowała pasażerów, dopinała im pasy, uśmiechała się ciepło, cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania, uspokajała nerwowe reakcje. Zawiesiłam wzrok na pogodnej twarzy stewarda. Ten wspaniały człowiek ani na chwilę nie stracił pewności siebie i pogody ducha! Było jednak nerwowo, odbywało się jakieś szkolenie przy przednim wyjściu awaryjnym. Potem dowiedziałam się, że szkolono jednego z pasażerów, by pomógł zatrzymać ewentualny tłum w panice, zanim otwarte zostanie wyjście i napompowany trap awaryjny.

Najdłuższa godzina życia


Nie miałam ochoty na rozmowę, byliśmy w ciszy. Zaczęłam ćwiczyć pozycję awaryjną – pasażerowie w moim rzędzie robili to samo. Ktoś wysyłał esemesy, ktoś wyłamywał palce, ktoś oddychał szybko, ktoś inny płakał cicho. Ja oddychała głęboko do brzucha, a mój mózg zwariował! Z uporem produkował serię najczarniejszych z czarnych scenariuszy: samolot się rozbija, pęka jak zapałka, odpadają mu skrzydła, katastrofa, wybuch, pożar, wszyscy giniemy... I taka nagła myśl: nie zrobiłam testamentu! A potem od razu następna: poradzą sobie bez testamentu.

Oddychałam dalej świadomym, połączonym oddechem, którego nauczyłam się na szkoleniach z rebirthingu. Dziś myślę, że ta praktyka oddechowa jest absolutnie bezcenna. W tej granicznej, kryzysowej sytuacji stabilizowała i gruntowała mnie, oddech rozładowywał też narastający stres i hamował produkcję adrenaliny i innych hormonów stresu.

Żeby czymś zająć wariujący umysł, zapytałam stewardesę, na czym polega usterka techniczna. Powiedziała patrząc mi w oczy, że nie wysuwa się podwozie. Aha! To dlatego te Migi latają dookoła naszego samolotu, żeby sprawdzić, czy jednak podwozie się wysunie... I natychmiast kolejne AHA: jak się nie wysunie, to będziemy lądować „na brzuchu”!!! Głęboki oddech zatrzymał atak paniki. (...)

Myślałam o kapitanie Wronie, który trzymał ster życia 231 osób w swoich rękach. Dosłownie trzymał. Ten człowiek był najważniejszą osobą na pokładzie... Przedstawił się nam przez mikrofon na początku lotu i życzył nam dobrej podróży. Nad ranem po nocnym locie spotkaliśmy się w korytarzu, gdy się rozciągałam przy drzwiach toalety. Wymieniliśmy spojrzenia i uśmiechy. Wysyłałam mu same dobre myśli, pozytywną energię, mojego Anioła Stróża i modlitwę o dobre rozwiązanie tej sytuacji. Jakiekolwiek by miało być. Ja byłam gotowa na wszystko.

Źródło: Wróżka nr 1/2012
Tagi:
Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube