Sposób na chłopaka

Stosunek na prawym boku, z siekierą pod materacem, w dniu owulacji – to przepis na poczęcie chłopca według dawnych wierzeń i nowych teorii. Choć tysiące par przestrzegają zaleceń babć i internetu, szansa na syna nadal wynosi 50 procent.

Sposób na chłopakaDla naszych przodków spłodzenie męskiego potomka bywało sprawą życia i śmierci. W rodzinach królewskich brak dziedzica groził końcem dynastii, w rodzinach chłopów – utratą majątku na rzecz rodziny zięcia. Dla wojowników syn bywał ostatecznym potwierdzeniem męskości. W krajach azjatyckich niemowlęta płci żeńskiej uznawano niekiedy za mało wartościowe i po narodzinach zabijano lub porzucano na pewną śmierć. Do dziś wiele Azjatek decyduje się na aborcję po tym, jak USG płodu wykaże narządy żeńskie.

Filozof przestawia łóżko

Historia pokazuje, że ludzie od lat pracowali nad metodą programowania płci. Germanie marzący o posiadaniu syna kładli się do łóżka z siekierą, a starożytni Grecy, za radą Arystotelesa, ustawiali małżeńskie łoże w kierunku północ – południe. Anaksagoras podpowiadał im jeszcze, że stosunek powinno się odbywać na prawym boku, bo wszystko, co z prawej strony, miało wiązać się z płcią męską, a z lewej – z żeńską. Dlatego komórka jajowa z lewego jajnika miała dawać córkę, z prawego zaś – syna.

reklama

Talmud zalecał kochać się od tyłu i zadbać o orgazm kobiety. Najlepiej podczas pełni. Poczęciu chłopców miały sprzyjać maj i październik, a dziewczynek – styczeń i sierpień. Chińczycy do dziś stosują kalendarz poczęć, uzależniający płeć dziecka od wieku matki. Jeszcze w XX wieku wierzono, że czytanie żonie po seksie „Żywotów sławnych mężów” Plutarcha sprzyja rozwojowi zarodka męskiego. Podobnie jak wstrzemięźliwość, po której kochano się do utraty sił.

Dziś, choć od lat mamy równouprawnienie i spłodzenie syna nie czyni już prawdziwego mężczyzny, w gabinetach ginekologicznych całej Polski co najmniej raz dziennie pada pytanie: „Co robić, żeby urodził się nam syn?”. Odpowiedź, że wszystko jest dziełem przypadku, zadowala niewielu. Zwykle pacjentka wylicza teorie, które poznała w internecie. A przyjście na świat syna utwierdza ją w przekonaniu o niekompetencji medyka. Córka zaś to znak, że za mało się starała.

Wyścig plemników

W Polsce XXI wieku rekordy popularności wciąż bije metoda polskiego ginekologa dr. Franciszka Benendo, który odkrył, że plemniki z chromosomem męskim (Y) są dużo lżejsze, bardziej ruchliwe i szybsze. Powolniejsze i cięższe żeńskie (X) nadrabiają to jednak większą żywotnością. Dr Benendo wywnioskował, że starający się o chłopca powinni współżyć tuż po owulacji, a o dziewczynkę – dwa do trzech dni przed nią, bo wówczas komórkę jajową zapłodnią trwalsze plemniki X. Metoda miała sprawdzać się tylko u kobiet, które mają regularne cykle, dokumentują je w kalendarzyku i są w stanie przewidzieć co do dnia termin owulacji.

Koledzy ginekolodzy do dziś wątpią w teorię dr. Benendo, ale w przeprowadzonych kilkanaście lat temu badaniach dowiedziono, że w przypadku dzieci płci męskiej sprawdza się ona w 90 procentach, a w żeńskiej – w niemal 60. Zespół ginekologów i endokrynologów pod kierunkiem prof. Jerzego Tetera z warszawskiej Akademii Medycznej przebadał jednak za mało pacjentek, aby badanie to można było uznać za wiarygodne.

Dla wielu par wynik zespołu prof. Tetera stanowi jednak wystarczającą rekomendację do zastosowania metody dr. Benendo i nikt nie jest w stanie wyperswadować im tego pomysłu. Zgodnie z zaleceniem, najpierw przez kilka miesięcy monitorują cykle miesiączkowe, korzystając często z elektronicznych wskaźników owulacji, a potem nastawiają się na jeden celny strzał w chłopca. Dr n. med. Janusz Siemaszko, dyrektor medyczny warszawskiego Szpitala Ginekologiczno-Położniczego „Inflancka”, często tłumaczy rozczarowanym pacjentkom, że żadna metoda nie daje pewności i nawet drobiazgowe trzymanie się wszystkich zaleceń Benendo nie gwarantuje potomka płci męskiej.

– To loteria – albo do komórki jajowej jako pierwszy dotrze plemnik Y, albo X. Zgodnie z moim lekarskim doświadczeniem, nie da się wpłynąć na płeć dziecka – zapewnia dr Siemaszko. Podobnego zdania jest dr n. med. Piotr Marianowski z I Kliniki I Katedry Ginekologii i Położnictwa Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, zajmujący się naukowo metodą in vitro: – Plemników w ejakulacie jest średnio kilkaset milionów. Można powiedzieć, że połowę stanowią męskie, połowę żeńskie. Trudno jednak zakładać, że w drogach rodnych kobiety rozgrywa się coś, co powoduje, że pewien rodzaj plemników ma gorzej niż inny – wyjaśnia dr Marianowski.

Źródło: Wróżka nr 3/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube