Królowa gór

Moje życie ma wartość dopiero wtedy, gdy jest takie, jakie chciałabym, żeby było. Wolałabym nie zmarnować życia, wolę je narażać, mówiła Wanda Rutkiewicz. Odkąd zaginęła w Himalajach, minęło ponad 20 lat.

Wanda Rutkiewicz, królowa górMaj 1992 r. Polsko-meksykańska wyprawa ma już za sobą miesiąc ciężkiej wspinaczki na Kanczendzongę, drugi co do wysokości, ale najtrudniejszy do zdobycia ośmiotysięcznik w Himalajach. Wieje silny wiatr, w czwartym obozie na wysokości 7950 m zaczyna brakować żywności, kończy się gaz do kuchenek. Wszyscy są zmęczeni, większość uczestników wyprawy chce się wycofać, choć do szczytu (8586 m n.p.m.) jest już niedaleko.

Tylko Wanda Rutkiewicz i Meksykanin, Carlos Carsolio decydują się na wyjście z obozu. On jest silniejszy. Przez 12 godzin wspina się w głębokim śniegu, by ostatecznie zdobyć Kanczendzongę. Schodząc w dół, na wysokości 8300 m, spotyka Wandę Rutkiewicz.

Jest wycieńczona, odwodniona. Nie ma radia, przez które mogłaby kontaktować się z bazą, zapasu żywności ani śpiwora. Mimo to chce urządzić dodatkowy biwak i rano podjąć kolejną próbę zdobycia szczytu.

reklama

Trzecia próba musi być zwycięska

O zawróceniu nie ma mowy. Ma zbyt wiele do stracenia. Chodzi o Koronę Himalajów i Karakorum. W 1992 roku żadnej kobiecie nie udało się jeszcze zdobyć wszystkich 14 ośmiotysięczników (wcześniej dokonali tego tylko Reinhold Messner i Jerzy Kukuczka, który rok wcześniej zginął na Lhotse). Osiem należało już do Wandy. Dziewiąty, Kanczendzonga, był wyjątkowo trudny i w dodatku nie lubił kobiet. Przed 1992 rokiem zginęło na nim kilka himalaistek. Wanda próbowała wcześniej pokonać tę górę dwa razy. Bez powodzenia. Trzecia próba miała być zwycięska.

Carlos znał upór Wandy. Traktował ją jak mistrzynię. – Nie śmiałem nalegać, by zrezygnowała – tłumaczył się później, gdy zarzucano mu, że zostawił ją samą. Wszyscy, którzy Wandę dobrze znali, wiedzieli, że takie nalegania i tak na nic by się zdały. Nieraz odmawiała już odwrotu. Podczas wyprawy na Annapurnę w 1991 r. spadające kamienie zraniły ją w nogę, Krzysztof Wielicki, kierownik wyprawy, nakazał jej więc powrót do bazy na dole. Polecenia nie wykonała i samotnie, walcząc z bólem, górę zdobyła. Nie życzyłaby sobie też pewnie, aby Carlos ryzykował dla niej życiem. Często powtarzała: „Alpiniści narażają się na niebezpieczeństwo z własnego wyboru. Nie wolno zakładać i żywić oczekiwań wobec innych, że w sytuacji zagrożenia życia narażą własne życie, by im pomóc. Nie można zmuszać ludzi do wyborów ostatecznych”.

Tylko wysoko postawione poprzeczki

Wanda była ambitna, nie słuchała nikogo i nie cofnęłaby się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. W liceum trenowała siatkówkę. Grała nawet w pierwszej lidze, ale nie dostała się do reprezentacji Polski. Kiedy zrozumiała, że w tym sporcie nie dojdzie do szczytu, po prostu zrezygnowała. Już jako znana himalaistka znalazła sobie nowe zajęcie – rajdy samochodowe. To miała być rozrywka, hobby podczas pobytu na nizinach. Ale natychmiast zaczęła traktować wyścigi jak nowe pole rywalizacji. W latach 80. rajdy samochodowe wygrywała Francuzka, Michèle Mouton. Wanda Rutkiewicz chciała być tak dobra jak ona. Góry kochała dlatego, że tam było mnóstwo szczytów do zdobycia.

Na pierwszą górską wspinaczkę zabrał ją Bogdan Jankowski, taternik z Politechniki Wrocławskiej. Miała tylko spróbować, tymczasem – ku zaskoczeniu ekipy – o własnych siłach doszła od razu do samego szczytu. Od początku była twarda. „Alpiniści nie powinni wnosić w góry własnej słabości”, mówiła. Narzucała tempo, które mało kto wytrzymywał. O jej sile i determinacji krążyły legendy. Podczas jednej z wypraw – jak opowiada film o Wandzie Rutkiewicz „Karawana marzeń” – poczuła się bardzo źle.

Zjadła śniadanie, wyszła z namiotu i zwymiotowała. Nie pozwoliła sobie jednak nawet na pół godziny odpoczynku. Od razu rzuciła do kolegów: „wychodzimy”. Z jakim uporem potrafiła dążyć do celu, najlepiej pokazuje historia kobiecej wyprawy na K2 z 1982 roku. Do podnóża góry trzeba było przejść pieszo blisko 150 km, tymczasem Wandę Rutkiewicz bardzo bolała noga, złamana kilka miesięcy wcześniej podczas treningu. Całą drogę pokonała o kulach.

Miała w sobie niezwykłą wręcz potrzebę walki, rywalizacji. Ewa Matuszewska, dziennikarka i jej przyjaciółka, wspomina, jak kiedyś były na wakacjach w Ustroniu Morskim. Grupa plażowiczów (sami panowie) zaprosiła Wandę na seta plażowej siatkówki. Zamiast się bawić, zaczęła do upadłego walczyć o każdą piłkę, posyłać mordercze serwy, wyszukiwać luki w obronie. Plażowy mecz zamienił się w zaciętą bitwę.

Źródło: Wróżka nr 8/2012
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019