Wszystkie wcielenia pekińczyków

Urodziłam się we wrześniu. Może dlatego moje marzenia są często ulotne jak babie lato. Wydają się niemożliwe do zrealizowania, a jednak…

Wszystkie wcielenia pekińczykówOd „przed urodzeniem” otoczona byłam zwierzętami. Psie ciała asekurowały moje pierwsze kroki. Tuliłam zaskrońce, nim zaczęłam mówić. Całowałam wszystkie znalezione żaby i ropuchy, a na urazy stosowałam „okład ze szczura”. Wydawałoby się, że wszystko, czego może chcieć dziecko, było w zasięgu moich rąk. A jednak nie. Marzyłam o pekińczyku.

Nie pamiętam, ile miałam lat, gdy pierwszy raz zobaczyłam „psią małpkę”. Ja, córka ludzi lasu, łowców i tropicieli, zapragnęłam małego salonowca. Nie mówiłam o tym nikomu. Bałam się, że zostanę wyśmiana. Minęło wiele lat, zanim zrealizowałam marzenie. Nie zawiodłam się. Przywieziona z ZSRR Pusia nie miała w sobie nawet krztyny komunizmu. Dama, królowa, a może nawet caryca, zawładnęła nie tylko moim sercem. Potem Picuś, Cypka i Bombik – moje pekińskie gwiazdy.

Nie znaczy to wcale, że inne psy nie zajmowały w sercu tak samo dużo miejsca. Zajmowały i zajmują. Pekińczyki to taka wisienka na torcie z najukochańszych znajd, które ratuję z opresji. Ale przyszedł czas, że nie było już między nami pekińczyków i myślałam, że tak pozostanie. Aż tu dwa lata temu zadzwonił telefon: – Pani Doroto, u nas w schronisku jest pekińczyk. Czy znajdzie mu pani dom? – Oczywiście! – krzyknęłam. – U mnie!

reklama

Gdy przyjechał, poznałam go od razu. Toż to Picuś! Wypisz wymaluj, mój malutki lew. Picunio żył 20 lat i nigdy nie przypuszczałam, że wróci z zaświatów. Musiał przebyć bardzo trudną drogę, bo jest niewidomy. Mimo to od pierwszej chwili wiedział, że ja to ja. Zastanawialiśmy się, czy nie dać mu na imię jakoś inaczej, ale nie dało się. Pinio to Pinio i już. Czuje się świetnie w psio-kociej gromadzie i cieszy nasze oczy tanecznym, pekińskim krokiem. Tak jak imiennik nie odstępuje mnie na krok. Nawet w toalecie nie mogę być sama. Stoi pod drzwiami i woła: „Wpuść mnie, bo tęsknię!”.

Pierwszy Pinio zawsze miał przy sobie bratnią, pekińską duszę, tęsknił więc mniej dojmująco. Nie sądziłam, że ten kiedykolwiek będzie mógł doświadczyć tego samego. Aż tu nagle kolejna wiadomość, że tym razem w Puławach schronisko gości pekińczyka. I to samo pytanie. Odpowiedź też ta sama. Przyjechał. Gdy spojrzeliśmy sobie w oczy, wiedziałam, że to Bombik. Jego droga powrotna miała uzdrawiającą moc. W poprzednim wcieleniu był niewidomy, a teraz widzi. A może tym razem to Picuś postanowił obdarować go wzrokiem. Nie wiem. W każdym razie oni też od razu się rozpoznali. Bombiś nie warczał tylko na Pinia. A ten wwąchiwał się w nowego przyjaciela z absolutnym zachwytem. Żaden pies nie pachnie tak jak pekińczyk. Szczególnie kark i policzki wydzielają zapach ni to ziół, ni to piżma.

Już po kilku godzinach Bombik przestał strofować pozostałe psy. Czasem tylko pogrozi Bubkowi. Ma rację, bo Bubek jest za duży na szaleństwa z mikrymi pekińczykami. To samo robił pierwszy Bombik, gdy „wytropił” Ciapka. Nieważne, że był malutki i ślepy, a Ciapek wielki jak skała. Chciał pokazać, że lwie serce nie zadrży nawet przed smokiem. Ciapuś godził się na wszelkie obelgi i, o dziwo, Bubek też nie ma pretensji. Zresztą nie sposób inaczej. Bombiś wygląda jak psi aniołek. Wielkie zdziwione oczy, fryzura à la chart afgański i krok baletnicy. A serce? Odważne i oddane panu, jak u samuraja. I choć ten, co prawda, pochodzi z Japonii, a nie z Chin, ale przecież legenda głosi, że japońskie korzenie tkwią w Chinach.

Moi samurajowie mieszkają w Cybulicach. Jednak są lepsi od japońskich wojowników. Tamci nigdy nie wybaczali krzywdy. Ci nie szukają zemsty, a mieliby za co. Przed upadkiem cesarstwa pekińczyki uznawano za świętość. Przeciętny Chińczyk nie mógł trzymać ich w domu. Tylko rodzina cesarza miała przywilej hodowania „małych lwów”. Czasem za zasługi cesarz obdarowywał kogoś pekińczykiem niczym orderem. Jednak nieszczęsny pies nosił już w sobie truciznę, aby umrzeć zaraz po opuszczeniu pałacu.

W czasie rewolucji pewien Anglik wykradł kilka pekińczyków i zabrał je do ojczyzny. To one dały początek współczesnej rasie. Na nic zdała się „święta” przeszłość. Tak samo jak inni najlepsi przyjaciele człowieka pekińczyki trafiają do schronisk. Szczęśliwie przestały być modne i jest ich dużo mniej niż kiedyś. Strasznie to smutne, że ludzka moda kończy się cierpieniem. I nieważne, czy to pekińczyk, labrador, czy jakikolwiek inny pies. Każdy tak samo nie zasłużył na los skazańca za niewinność. A tak naprawdę to człowiek nie zasłużył na psa.


Dorota Sumińska
doktor weterynarii, prowadzi w radiu i telewizji popularne programy o zwierzętach. 
fot. shutterstock.com

Źródło: Wróżka nr 9/2012
Tagi:
Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020