Cycki u notariusza

Cycki u notariuszaŻycia nie wolno traktować serio. To błąd, na którym łatwo się przejechać.


Nie schodzi mi ostatnio z myśli taki jeden mój były, nieślubny ukochany. Wywołała tego diabła z pudełeczka jego córka, która poprosiła o kilka informacji… A on pewnie przy tej okazji o zdrowaśkę zaczął prosić, gdyż od lat spoczywa w pokoju (a ściślej, pod zieloną murawą). Do czego zdążyłam się już przyzwyczaić. Ostatecznie w naszej kulturze nie pali się wdów, więc każda ma szansę znowu narozrabiać, a ja tę szansę w pełni wykorzystałam.

Jednak w odczuciu pewnej społeczności, do której należy przyszywana pasierbica, wciąż pozostaję tak zwaną osieroconą wdową. Kłopotliwa to raczej rola dla wesołej wdówki, która zdążyła znowu się ustawić, obrosnąć w dzieci, a z wierzchu osiwieć/wypięknieć... Oraz postawić w stan upadłości paru mężów czy kochanków, pozostałości po likwidacji każdego bohatera pakując w karton – aby zrzucić w piwnicy na stos swój los.

Tak więc okropne były przygotowania do rozmów z tą panią… zaledwie pięć lat młodszą. Po pierwsze, wymagały prac odkrywkowych, połączonych z przerzucaniem kartonów z największymi błędami w życiu. Niezła robótka, w lity upał, przed żniwami. A do tego – cóż, ryzyko. Bo w takich kartonach sprzed lat, przywleczonych na górę, zawsze są kapsułki czasu. Higroskopijne, zdaje się, co osądzam po tym, że z pudełek po ukochanym buchnęła nieoczekiwanie woń żywej namiętności, zamiast zwietrzałych sentymentów czy smętnej nostalgii.

reklama

Byłam więc nastawiona na odnalezienie takiego kalosza jak z „Seksmisji”. Butelki z pożegnalnym listem od rozbitka albo z prawem jazdy po facecie, który odszedł bezpowrotnie z moją młodością, zjednoczoną Jugosławią oraz mlekiem, które na parapecie dawało się nastawić na zsiadłe. Tymczasem trafiła we mnie rzetelna emocjonalna bomba. Na samym wierzchu leżało poświadczone notarialnie oświadczenie nieboszczyka, że mam najpiękniejsze bufory na świecie.

No i czas się cofnął…. Znów za oknem był lipiec, lecz słowo „komórka” kojarzyło się z Gierkiem i znojem górnika… Graliśmy wtedy w pchełki, w kilka osób, żeby wytypować, kto pójdzie na metę po wódkę. Ja, młodziutka gosposia, upiekłam truskawkową tartę (na zakąskę pod wódkę!!!). A mój miły, zamiast pożreć zakalec z miną dżentelmena, zrecenzował bez namysłu: – No… nie umisz ty gotować, nie umisz… Gdyyybyś ty chociaż cyyycki miała…, to bym cię nazyyywał moją małą syyyrenką. Ale… – roześmiał się radośnie – …ty przecież wcale nie masz cycków!!!

Całe towarzystwo mu zawtórowało, a ja go znienawidziłam. Wkrótce znalazł się zjadliwy kawałek tarty, ktoś poszedł na metę – a on łaził za mną, błagalnie, przeproszalnie. Ale ja nie chciałam w ogóle rozmawiać, coś pękło. Może chodziło o to, że takich numerów jak z syrenką, wyciął mi zbyt dużo w obecności osób trzecich? A może to ten upalny lipiec, od którego gotował się mózg?

Znowu było lato. Rok później, już po udręce rozstania, cierpienia bez siebie – znów lipiec. Pukanie. Najpierw zobaczyłam płaski pakunek, owinięty w szary pakowy papier, potem krawat, wreszcie jego. Odwinęłam papier nieufnie. A w środku ramy, grube, złocone… Kupił ten obrazek święty w kiosku przy kościele, żeby mieć te ramy. I wsunął na obraz, zasłaniając go, papierek, który dostał od notariusza, złożywszy przed nim oświadczenie za 32 złote, że mnie kocha – szaleje – uwielbia – tylko ja – i że mam najpiękniejsze bufory pod słońcem…

Potem były lipce dobre i złe, a ten obraz wisiał za drzwiami do sypialni. Gdy otwierałam szafę, patrzyłam nań, obiecując sobie, że wydłubię papierek, by sprawdzić, jaki to obrazek pod spodem – i kto mieszka pod podszewką mojej rzeczywistości: Mater Dolorosa? Dzieciątko Jezus? Archanioł Gabriel? Ale nigdy nie miałam czasu.

Lata całe później przyjaciel opowiedział mi negocjacje z ich wspólnym kolegą, z zawodu notariuszem, które przeprowadzili raz, nie całkiem trzeźwi, w jego kancelarii. Gdy po analizie sytuacji uznali, że względem tych cycków zasługuję na uroczyste przeprosiny. Notarialne. Raz-dwa-trzy, Piotruś usiadł i napisał, co myśli. Ale notariusz, który z wahaniem zgodził się poświadczyć podpis pod wyznaniem szalonej miłości, odmówił przystawienia pieczątki z orłem pod słowem „cycki”. – Ona ma najfajniejsze cycki – dowodził Piotruś. – Śmiesznie jej podskakują, jak się zdenerwuje. – Nie – odrzekł notariusz. – Musi być inne słowo. To jest godło państwowe i trzeba je szanować. Wymyśl coś innego.Sutki też odpadły, chociaż niby określenie medyczne. Ostatecznie panowie ugodzili się na „bufory”, pod warunkiem, że nie zostanie napisane „z przodu”.

A teraz czekam na tę swoją pasierbicę i się zastanawiam, co jej powiedzieć. Że nie wiadomo, gdzie się zaczyna życie i kiedy kończy? W którym miejscu prawda wypiera mit, a sen przechodzi w jawę? Że wszystko jest niepewne, a granice rzeczywistości mocno niewyraźne? Człowiek dojrzały i odpowiedzialny musi się czasem nad tym zastanawiać, gdy wspomina szaloną młodość. Gdy wydłubie spod szkła pożółkły papierek od notariusza i zobaczy, co się pod nim ukrywało przez te wszystkie lata. Cudny orzeł. W koronie.

Iwona L. Konieczna
fot. shutterstock.com
                         

Źródło: Wróżka nr 7/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube