Akceptuję to, co przynosi życie

Ewa Kuklińska wierzy w zdrową dietę, sport i… botoksTancerka i aktorka Ewa Kuklińska wierzy w zdrową dietę, sport i… botoks­. Ma w sobie tyle optymizmu i pogody ducha, że starcza też dla innych.   

Odkąd pamiętam, raczej siebie akceptowałam. A to nie jest łatwe dla kogoś, kto dzień w dzień stoi przy drążku, patrzy w lustro i widzi swoje mankamenty. Mimo to udało mi się ochronić poczucie własnej wartości. Szkoła baletowa nie złamała mojego charakteru. Przeciwnie – wzmocniła go i zahartowała na całe życie. Zajęcia i taniec zajmowały mi tyle czasu, że nie miałam się kiedy zastanowić, czy już dorosłam, czy wciąż jestem dzieckiem. Prosto ze szkoły trafiłam do Opery Warszawskiej i tam dostałam kolejną dawkę dyscypliny. Rano w teatrze, wieczorem w teatrze. Ani chwili, by pomyśleć, jakie są moje potrzeby, by smakować budzącą się kobiecość. Ale kochałam to, co robiłam. Tańczyłam na największej europejskiej scenie i to było najważniejsze.

Kto by sobie głowę zawracał fryzjerem lub kosmetyczką! Tancerki klasyczne upinają włosy w koczek. Na scenie często noszą peruki, na co dzień proste fryzury. Ze mną było podobnie. Poszłam nawet krok dalej i na scenę w Operze kilka razy wyszłam ledwo umalowana. Położyłam odrobinę podkładu, pudru, podkreśliłam oczy i już. Dostałam wtedy surową naganę, z wpisaniem do akt i ogłoszeniem mojej niesubordynacji wobec całego zespołu. A nie był to żaden sabotaż, po prostu nie chciałam niszczyć cery. Kosmetyki sceniczne, jakie wtedy miałyśmy, zatykały pory i tworzyły na twarzy grubą maskę. Widz oglądał wyrazistą twarz, ale skóra już po kilkunastu takich zabiegach z trudem się regenerowała. Pomyślałam wówczas, że moja twarz ma mi służyć nie tylko w czasie, gdy tańczę w Operze, ale całe życie. Dlatego szybko stamtąd odeszłam.

reklama

Nigdy się nie wylegiwałam z maseczkami, nie klepałam, nie upiększałam. Dla mnie to była i jest strata czasu. Jednak gdy osiągnęłam pewien wiek, zdecydowałam się na zastrzyki z botoksu. Mówię o tym otwarcie, choć niektórzy mają mi to za złe. Nie rozumiem, dlaczego mam się z tym kryć? Pracuję na scenie, mam obowiązki wobec widzów. Poza tym, moja twarz jest moją wizytówką, a dzięki botoksowi można nieco odsunąć wyrok i dłużej czuć się młodo.

Nie jeżdżę do spa, nie wierzę w cudowne zabiegi. Największy wpływ na nasze zdrowie i wygląd mają dieta oraz ruch. Nie uprawiam żadnego sportu, wystarcza mi tyle fizycznego wysiłku, ile mam na próbach i przedstawieniach. A ponieważ gram sporo i pilnuję diety, udaje mi się trzymać formę. Nie jem dużo: rano naturalny jogurt, do którego dosypuję nieco otrębów i suszonej żurawiny. No i kawa z mlekiem. Później sałatki. I ryby, najczęściej gotowane na parze. Gdy byłam młodsza, często jadłam befsztyki z sałatą lub tatara. Takie jedzenie daje siłę i pozwala nie utyć. Jednak teraz, od kilku lat jem głównie ryby. Mam ulubione danie: specjalny rodzaj tuńczyka (ahi tuna), który przyrządzany jest jak befsztyk chateaubriand. Pokrojony w plastry i rzucony na sałatę smakuje rewelacyjnie. I co ważne, jest nieprzetworzony, naturalny.

Nie ciągnie mnie do używek. Nigdy nie paliłam papierosów. Alkohol piję tylko symbolicznie, przy dużych okazjach. Dbałość o siebie wyniosłam z domu i postrzegam ją przede wszystkim w kontekście wizyt u dentysty i regularnych badań. Jako córka i siostra lekarza jestem na to uwrażliwiona. Zresztą, medycyna od zawsze była moją pasją. Trochę żałowałam, że nie poszłam na studia medyczne i nie wyspecjalizowałam się w genetyce, ale tata, który był internistą, balneologiem i naczelnym lekarzem Uzdrowiska Szczawnica, odradzał mi ten wybór. Motywował, że to ciężki zawód dla kobiety, a skoro rozpoczęłam drogę artystyczną i okazało się, że nie brak mi talentu, to warto trzymać się raz obranego kursu.

Jakiś czas temu odkryłam w sobie polityczną pasję. Do tego stopnia, że z wyróżnieniem skończyłam... politologię. Nie zamierzam jednak działać w polityce, starać się o mandat poselski czy senatorski. Chodziło mi tylko o zdobycie wiedzy. Dla relaksu oglądam programy informacyjne. Dobrze się czuję ze świadomością, że wiem, o czym mówią specjaliści od prawa, finansów i ekonomii. Rozumiem, jakie mechanizmy rządzą tym światem. Życie polityczne jest fascynujące. Podglądam je jak najlepszy reality show.
 
Medycyna też jest obecna w moim życiu. Obok beletrystyki często kupuję podręczniki dla lekarzy i czytam do poduszki. Jestem tak zorientowana w tematach medycznych, że w swoim środowisku uchodzę za podręczną encyklopedię. Koleżanki, kiedy mają kłopoty ze zdrowiem, dzwonią do mnie, zwierzają się, słuchają, a później głęboko oddychają i mówią: „Po rozmowie z tobą jestem innym człowiekiem. Potrafisz tchnąć we mnie taki optymizm i wiarę, że wraca mi ochota do życia!”. Bo im nie chodzi o poradę specjalisty, ale kogoś, komu bliska jest zarówno medycyna, jak i emocje człowieka, któremu coś dolega. Pomaga im też zapewne moja pogoda ducha i optymizm. Mam w sobie dużo tolerancji, nigdy szybko nie oceniam ludzi. Nie lubię być dla nich szorstka i nieprzystępna, nawet jeśli bywają namolni czy męczący.

Wygląda na to, że nie jestem stworzona do szczęśliwego małżeństwa. Przyczynił się do tego mój zaborczy zawód, w którym trudno coś precyzyjnie ułożyć, a małżeństwo i rodzina tego właśnie wymagają. Nie przeżyłam macierzyństwa. Żałuję, bo chciałam mieć dzieci. Jednak obecny czas uważam za szczęśliwy. W pełni akceptuję to, co przynosi mi życie.

Kiedyś dostawałam listy od mężczyzny, który twierdził, że jestem jego transcendentalną żoną. Nie był agresywny, a sposób, w jaki formułował zdania, świadczył o dużej inteligencji. Dostawałam tych listów całe kilogramy, a w nich skargi na codzienność i politykę, pochwałę mojej urody i talentu... Mężczyzna dowiedział się, gdzie mieszkam, i zaczął mnie nachodzić. Moja mama nie miała pojęcia, kim jest, więc zaprosiła go na kawę. Potem sprawą zainteresowała się policja i musiałam go jeszcze bronić, bo w końcu nic złego nie zrobił.

Dostawałam też listy z pogróżkami. Ktoś dzwonił do domofonu i znikał. Policja była bezradna, więc sama wyśledziłam sprawcę! To była młoda dziewczyna, tuż przed maturą. Pamiętałam ją, bo często czekała pod teatrem, żeby dostać autograf. Nie dałam jej podpisu w pierwszej kolejności, choć o to prosiła. Musiała poczuć się zlekceważona. Gdybym złożyła doniesienie, nie mogłaby zdawać matury, groził jej areszt. Nie chciałam tego robić, odpuściłam. Po latach dostałam od niej list, w którym przepraszała za to, co zrobiła, i dziękowała, że dałam jej szansę. Byłam wzruszona, gdy to czytałam. Pomyślałam, że w życiu trzeba i warto wybaczać.   

Sonia Ross
fot. Justyna Steczkowska
 

Źródło: Wróżka nr 7/2013
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020