Lekcja lepienia anioła

Lekcja lepienia aniołaSą ludzie, w których dostrzegamy cząstki naszego osobistego anioła. Szukamy ich i staramy się skleić je w całość.

Cudownie czysta w chwili narodzin karta ludzkiego umysłu musi zostać zapisana. Na stworzenie „powieści” naszego istnienia mamy całe życie. I tylko od nas zależy, czy będzie to nudnawa szmira, czy arcydzieło.

Obserwując innych, uczymy się życiowych wartości, budowania relacji, wyznaczania swoich granic i szanowania cudzych. Bez nich nie moglibyśmy się rozwijać, kochać ani nawet nienawidzić. To oni pokazują nam, co dobre, a co złe, czym zdobyć akceptację otoczenia, a za co poznamy gorzki smak odrzucenia.

Ci, co mają szczęście, odnajdują wymarzone wzorce w swoich rodzicach, ale niestety często nastoletnie, świadome już dzieci nie znajdują w nich godnych zaufania nauczycieli. Wtedy trzeba szukać po świecie autorytetów, mądrych, dobrych ludzi, w których można się zapatrzeć, którymi można się zachwycić. A sprytna natura tak nas stworzyła, że mamy w głowie radar, pozwalający wyszperać te osoby i „ulepić” z ich cząstek model do naśladowania. Nauka ta nie ma nic wspólnego z wkuwaniem wierszy i tabliczki mnożenia. W przeciwieństwie do uciążliwych szkolnych obowiązków, oddajemy się jej chętnie, bo przychodzi nam naturalnie – łakną jej nasz umysł i dusza. 

– Nie znosiłam szkoły – wspomina Paulina. – Nie mogłam zrozumieć, po kiego diabła uczyć się tych wszystkich liczb, dat, różności o komórkach – okropność! Kto by pomyślał, że dzisiaj, po 20 latach, wciąż będę chętnie zapisywać się na różne kursy, z otwartą gębą słuchać wykładów i czcić moich nauczycieli.

Wkładana do głowy w ciągu życia wiedza nas kształtuje. Pewnie, że nie każdemu się to do końca udaje, ale wszyscy potrzebujemy „pisania” własnego życiorysu i odnajdywania sensu. To właśnie jest rozwój wewnętrzny.

reklama

Boskie iskry

Kogo wybieramy sobie na mentorów? O dziwo, niekoniecznie jakichś uczonych, trenerów czy belfrów, ale zwyczajnych ludzi napotkanych gdzieś w przelocie, dalekich krewnych czy przyjaciółki od plotek. Bo zdarza się, i to często, że akurat w nich dojrzymy budzące nasz podziw cechy, wartości i zachowania – odnajdziemy w nich nagle zaplątaną drobinę anielskości. I od nich właśnie – często ku zaskoczeniu nas samych – zechcemy się uczyć i podświadomie czynimy z nich wzór do naśladowania.

Na każdym z nas robi wrażenie co innego – bo jesteśmy różni. Sami szukamy tych boskich iskier. By z nich we własnej wyobraźni stworzyć obraz osobistego serafina, posiadającego cechy, którymi chcemy się od niego zarazić. – Danusię poznałam chyba ze 30 lat temu – wspomina Ewa. – Robiłam karierę bankowca, a ona – od zawsze – żyje z szycia. Nasze drogi raz się schodziły, raz rozchodziły, ale zawsze kiedy się spotkałyśmy, czułam się tak, jakbym z dalekiej tułaczki wróciła do domu. Nie znam drugiej osoby, która nosiłaby w sobie tyle bezinteresownego dobra. Zupełnie pozbawiona agresji, zawiści, zazdrości. Jak mi to imponuje! Zawsze w trudnych chwilach zastanawiam się, co by zrobiła Danusia? I ze wszystkich sił staram się być taka jak ona. Jest moim autorytetem. Najbardziej człowieczym człowiekiem, jakiego spotkałam.  

Danka jest dobra, dziadek Mateusz odważny, ciotka Łucja przebojowa, a koleżanka ze szkolnej ławy spontaniczna i prawdomówna. Z nich wszystkich można sklecić cudowny punkt odniesienia. Kogoś, do kogo można aspirować.    

Nie krakać jak wrony

Własnego anioła trzeba pozlepiać samemu. Nie zważać na wysławianych celebrytów czy oszołomów. Niekoniecznie to, co jest dobre dla innych, będzie takie i dla nas. Pewnie, że życie w zgodzie z ludźmi jest ważne. A wiadomo, że łatwiej o nią, jak się przytakuje, ma podobne sądy i wyznaje takie same zasady. Ale bez przesady! Zbytni konformizm zabiera indywidualność. I w końcu może się okazać, że nie jesteśmy tacy, jakimi chcemy być...

– Znam to – wzdycha Dorota. – Kiedyś przyjaciółka powiedziała mi, że jej ideałem jest jakaś sławna aktorka. Tak tę gwiazdę reklamowała, że i ja zaczęłam marzyć, by taką się stać. To trwało lata. I któregoś dnia zapytałam sama siebie... Zaraz, a skąd wiadomo, jaka naprawdę jest ta kobieta? My ją sobie wymyśliłyśmy. Nie! To moja przyjaciółka ją wymyśliła, a ja to łyknęłam! I po co? Przecież wcale nie chcę być taka! Na mnie robi wrażenie moja mama, o której wiem, czym się kieruje i co jest dla niej ważne. Jest uosobieniem spokoju, opanowania, rozsądku. Taka chcę być!

Wzorowa sierota

Każdy na swojej drodze spotyka osoby, które mają wpływ na kształt jego osobowości. Niektórzy jednak z olbrzymią trudnością odnajdują wartości w napotkanych osobach, w bohaterach książek, w uczonych. To osoby zamknięte na innych, które szukają wzorców… w sobie.

Ale nie znajdą, bo niby jak? To czyni ich sierotami, niemogącymi odnaleźć swojego anioła, do którego warto się odnieść. Często są zagubieni, nieprzystosowani. Nie wiedzą, co jest dobre, a co złe. Chociaż myślą, że to dobrze: nie gonić za innymi i żyć „do wewnątrz”, w głębi duszy czują się nieszczęśliwi, samotni. Są wśród nich osoby zbyt zakompleksione, by szukać autorytetu pośród innych ludzi albo zbyt ambitne, zbyt dumne. One też szukają wzorców, ale nie tam, gdzie trzeba. Poszukują ich bowiem we własnym wnętrzu. Tam z kolei ich tzw. superego (wewnętrzny nauczyciel) stawia im megawysoką poprzeczkę – taką, do której zazwyczaj nigdy nie uda się im doskoczyć. Wiecznie z siebie niezadowoleni, ciągle w pościgu za nie do końca określonym ideałem...

Taka Magda, na przykład, robi karierę w banku. Kieruje prężnie działającym zespołem. To perfekcjonistka, ale nie jest szczęśliwa. Nie ma rodziny, partnera, czuje się samotna. – Żyję z dnia na dzień, chodzę z pracy do domu, z domu do pracy, weekendy staram się szczelnie wypełniać sportem, dodatkowymi lekcjami, spotkaniami z koleżankami. To po to, by nie musieć zostawać sama ze swoimi myślami o tym, jaka jestem beznadziejna. Wiem, że wciąż nie umiem tego, co bym chciała, nie osiągnęłam tego, co powinnam i nie jestem wystarczająco dobra, by móc założyć rodzinę i aby ktoś mnie pokochał.

Magdalena nie umie znaleźć autorytetów, bo spotykani ludzie nie wydają się jej mądrzejsi – nie znajduje w nich czegoś, co by ją wewnętrznie wzbogaciło. To wygórowane ambicje i narcystyczne zachowania powodują taki mechanizm. To bardzo smutne, taka trudna do ogarnięcia samotność na własne życzenie. Dlatego trzeba szukać tej odrobiny anielskości, by choć okruch ukraść dla siebie. Czasem nie dzieje się to od razu.

To mój anioł

– Po co mi ludzie – myślała dawniej Anka. – To wszystko zresztą funta kłaków niewarte. Codziennie te same zajęcia, obowiązki, prawie te same wiadomości w dzienniku. Nuuuuda!

Dopiero gdy trafiła na jakąś zabitą dechami wieś i zamieszkała w chacie pewnej staruszki, oczy się jej otworzyły. – Spędzałam wieczory na słuchaniu opowieści tej kobiety. A miała co opowiadać, bo była po 90. I mnie zachwyciła! Zdawało mi się, że bije od niej blask. Sczerniała twarz, pokurczone ciało stawały się niewidoczne przy jej pogodzie ducha, umyśle jak żyleta i ogromnej godności. Zapragnęłam być taka jak ona. Do dziś, gdy życie daje mi kopa, przypomina mi się ona. Ta myśl jest jak bandaż, który w cudowny sposób związuje mnie do kupy. Jestem pewna, że ta staruszka to mój anioł.

Sylwia Bartczak 
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 9/2013
Tagi:
Komentarzy: 1
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 1/2020