Krzyki i szepty w głowie

Ludzie, którzy słyszą głosy w swojej głowie, nie muszą być chorzy psychicznie. Ani też wymagać leczenia. Oficjalna medycyna nie bardzo chce się z tym pogodzić... 

Eleanor Longden pełna zapału rozpoczęła studia na jednym z amerykańskich uniwersytetów. Koledzy byli przekonani, że jest odważna i przebojowa.

– W rzeczywistości jednak byłam bardzo nieszczęśliwa i całkowicie przerażona. Bałam się ludzi, przyszłości, porażki i pustki, którą w sobie czułam – opowiadała podczas jednego z wykładów, który zamieściła w sieci. Pewnego dnia jej lęki przybrały nietypową postać.

Właśnie wychodziła z wykładu, kiedy usłyszała spokojny głos: „Opuszcza salę". Rozejrzała się wokół siebie, ale nikogo nie zauważyła. A mimo to głos słyszała tak wyraźnie, jakby mówiący znajdował się obok. Trzęsąc się z przerażenia, pobiegła do domu. I ponownie usłyszała głos: „Otwiera drzwi". Był tak samo wyraźny jak poprzedni. I tak samo nie było przy niej nikogo.

Od tego czasu głos towarzyszył jej bez przerwy. Komentował wszystko, co robi. „Idzie do biblioteki". „Idzie na zajęcia". Stawał się nie do zniesienia. – Zazwyczaj był obojętny, a niekiedy stawał się przyjacielski i uspokajający. Czasem jednak krył się w nim jakiś niepokój. Wtedy najwyraźniej odzwierciedlał moje emocje. Czułam, że ma mi coś do przekazania na temat moich emocji – tłumaczy Eleanor. 

Bo przecież ludzie zdrowi nie słyszą głosów... 

Po pewnym czasie życia z głosem Eleanor zwierzyła się z tego przyjaciółce. I to był błąd. – Koleżanka zaczęła nalegać, bym poszła do lekarza, bo przecież ludzie zdrowi nie słyszą głosów, a skoro ja je słyszę, to musi się ze mną coś złego dziać – wspomina Eleanor. Poszła. Psychiatra uznał głosy za niepokojące, a ją samą za osobę dotkniętą urojeniami. Skierował ją do szpitala, gdzie postawiono diagnozę: schizofrenia.

reklama


Leczenie wcale jej nie pomagało. Było coraz gorzej. Eleanor czuła się zrozpaczona, bez perspektyw na przyszłość. Słyszała więcej głosów: coraz dziwniejszych i brutalnych, obrzucały ją wyzwiskami. Psychiatra stwierdził, że lepiej, gdyby miała raka, bo łatwiej go wyleczyć niż schizofrenię. To wszystko tylko potęgowało uczucie bezradności i rozpaczy. Eleanor nie miała znikąd pomocy, traciła nadzieję, żyła w izolacji.

– Zaczęłam uciekać do tego koszmarnego świata, gdzie głosy były prześladowcami, a zarazem jedynymi towarzyszami – opowiada. Dopiero po kilku latach poznała „dobrych ludzi", którzy ją uratowali. Pomogli zrozumieć to, co zawsze podejrzewała, że te głosy to odpowiedź na traumatyczne przeżycia, przede wszystkim z dzieciństwa. – A co więcej, nie były moimi wrogami, lecz pomagały zrozumieć emocjonalne problemy – wspomina Eleanor. Z czasem nauczyła się je interpretować i z nimi żyć. Odstawiła leki. A dziesięć lat po usłyszeniu pierwszego głosu skończyła studia z psychologii i rozpoczęła pracę w szpitalu psychiatrycznym. Pomagała ludziom, którzy jak ona czuli się terroryzowani przez wewnętrzne głosy. 

Głosy w głowie: zdrowa reakcja na niezdrowe okoliczności?   

Eleanor zaczęła działać w organizacji Intervoice – The International Network for Training, Education and Research into Hearing Voices. To założone w 2007 roku w Wielkiej Brytanii stowarzyszenie zrzesza osoby słyszące głosy, ich krewnych i przyjaciół, a także psychiatrów i psychologów. Wszyscy wspierają się w radzeniu sobie z tego rodzaju problemami.

Na czele stowarzyszenia stanął profesor Marius Romme, psychiatra z Uniwersytetu Maastricht w Holandii. Przez prawie 40 lat pomagał ludziom z halucynacjami słuchowymi, dziś już jest na emeryturze. To on pierwszy zwrócił uwagę specjalistów medycyny, że omamy słuchowe niekoniecznie są objawami choroby. Jego zdaniem, jest to strategia przetrwania, „zdrowa reakcja na niezdrowe okoliczności". Przekonuje, że głosy mogą mieć znaczenie w życiu słuchaczy i że nie należy ich lekceważyć. Warto próbować je wykorzystać. „Bo to nie ograniczenie, lecz dodatkowa korzyść" – uważa prof. Romme. 

Ale nie zawsze głosił taki pogląd. Kiedy w 1974 roku zaczął pracować jako psychiatra, pacjentom, którzy skarżyli na słyszenie wewnętrznych głosów, przepisywał leki przekonany, że postępuje słusznie. Że takie osoby powinny trafiać na oddziały psychiatryczne. Dopiero jedna z jego pacjentek sprawiła, że zmienił zdanie.

Dziewczyna zaczęła słyszeć głosy, gdy miała osiem lat. Została wtedy silnie poparzona. Do kliniki prof. Romme'a trafiła jednak dopiero, gdy skończyła 30 lat. Wtedy głosy stały się już niezwykle dokuczliwe – zabraniały jej kontaktów z ludźmi. Sprawiły, że żyła w izolacji i wpadła w ciężką depresję. Leki dawały jej uspokojenie, ale nie uciszały głosów. Profesor zaczął z nią rozmawiać i rozumieć, czym jest życie z czymś takim, i że osoby jak ta dziewczyna wcale nie są chore psychicznie.  

Omamy słuchowe są częstym i różnorodnym zjawiskiem!   

Z pomocą znajomej dziennikarki prof. Romme próbował dotrzeć do innych ludzi słyszących głosy. Na jego prośbę odpowiedziało 700 osób, w tym 500, które doświadczyły halucynacji słuchowych, ale miały się całkiem dobrze. Na tej podstawie uznał, że tylko jedna osoba słysząca głosy na trzy wymaga leczenia psychiatrycznego. Pozostałe żyją normalnie i całkiem nieźle radzą sobie w życiu. Choć niekiedy obce dźwięki im przeszkadzają. 

Z badań innych uczonych wynika, że halucynacje słuchowe to bardzo częste zjawisko. Ponad 40 proc. ludzi słyszała głosy w swojej głowie co najmniej raz w życiu. A jedna osoba na 25 doświadcza tego regularnie. Większość z nich wiąże to z silnym stresem lub przeżyciami, co potwierdzają badania. Wynika z nich, że u co najmniej 70 proc. osób właśnie silne emocje wywołały halucynacje słuchowe.

Na tym kończą się podobieństwa, bo już treść tych głosów jest różnorodna. Jedni słyszą swoich prześladowców lub oprawców z dawnych lat, inni nie potrafią zidentyfikować głosów. U jednych dźwięki są miłe, u innych – przerażające. Niektórzy prowadzą z nimi dialog wewnętrzny, inni głośno z nimi rozmawiają. Ci ostatni muszą się więc mieć na baczności, by przechodnie na ulicy, ludzie w sklepach lub w pracy, nie dziwili się temu, co słyszą. Najczęściej więc wkładają słuchawki do uszu i w razie potrzeby udają, że prowadzą rozmowę przez telefon. Dziś w czasach telefonów komórkowych mają więc łatwiej niż przed laty. 

Trzy lata temu irlandzcy psychiatrzy z Department of Psychiatry przy Royal College of Surgeons w Edynburgu opublikowali wyniki badania przeprowadzonego wśród uczniów. Okazało się, że aż co czwarte dziecko w wieku od 11 do 13 lat ma omamy słuchowe. Potem u większości z nich to ustaje. Ale i tak aż 7 proc. ludzi w wieku 13-16 lat nadal uskarża się na szepty, szmery i krzyki. Najczęściej trwają kilka minut i pojawiają się dwa głosy. Halucynacje mogą zdarzać się raz w miesiącu, ale w niektórych przypadkach nawet codziennie. Komentując wyniki swojej pracy, irlandzcy uczeni przyznali, że byli zaskoczeniu skalą problemu „głosów w głowie" wśród młodych. 

Ludzie dotknięci tą przypadłością, spotykają się raz w roku podczas kongresu World Hearing Voices. Ostatni odbył się pod koniec 2014 roku w Salonikach, w Grecji, a uczestniczyło w nim ponad dwieście osób. To daje im poczucie wspólnoty. Że są zwykłymi ludźmi, a nie pacjentami. Dzielą się swoimi doświadczeniami, bo wierzą, że ich problemy nie wynikają z tego, że słyszą głosy, ale są efektem zaburzonych relacji między ludźmi. Próbują zrozumieć, skąd się one wzięły. A to pierwszy krok, by nad nimi panować i nauczyć się z nimi żyć. Bez pomocy lekarzy i ich medykamentów.

Dorota Reinisch
fot. shutterstock

Źródło: Wróżka nr 5/2015
Tagi:
Już w kioskach: 2019


Pozostań z nami w kontakcie

mail fb pic YouTube

Wydanie specjalne 2/2019